Napisałam trochę o tym, kogo unikać. Teraz pozwolę sobie polecić kilka grup, które warto na Tinderze przesuwać w prawo. Rekomendacje są oczywiście bardzo subiektywne, wiadomo, że oparte na niewielkiej próbie, ale mam nadzieję, że komuś pomogą i nie tylko dla mnie Tinder będzie źródłem uciechy.

Dziennikarze kulturalni

Trochę tu jadę po pisarzach i dziennikarzach zajmujących się polityką i sprawami bieżącymi. Reporterzy, ba, nawet dziennikarze sportowi i motoryzacyjni myślą, że niosą kaganek oświaty i wychowują naród. Może się od tego przewrócić w głowie. Ale nie ma fajniejszej grupy niż ludzie zajmujący się kulturą. Po pierwsze, nomen omen to bardzo kulturalni ludzie. Piszą ładne wiadomości bez błędów i z przecinkami. Szalenie grzecznie umawiają się na spotkania, wymieniają uprzejmościami. Aż próbuję przy nich powściągać przeklinanie.

No i największa zaleta: serio wiedzą masę ciekawych rzeczy. Macie ból dupy, bo tyle nowych książek, a nic nie czytaliście? Nie wiecie, co to ten Pożar w Burdelu, na jaką iść wystawę i dlaczego wszyscy walą na Klątwę? Zapytajcie takiego. Nie dość, że wam odpowie i wytłumaczy, to jeszcze będzie się jarał, że w ogóle kogoś to interesuje. Ba, okaże się, że zna gościa z Pożaru, na Klątwę załatwi bilety (mimo że w teatrze już nie kupisz), a po wystawie oprowadzi cię jego kolega, którego prace wiszą w następnej sali.

Oczywiście możecie się nie interesować albo cierpieć, jak ja, na lekką fobię społeczną i nie chcieć poznawać ich kolegów czy chodzić razem w miasto, ale wciąż polecam. Może się zdarzyć, że są beznadziejni w łóżku, interesują ich inne rozrywki niż was albo za dużo piją. Wtedy polecam po kilku nieudanych próbach przynajmniej się z nimi zakumplować.

Naukowcy

Nie skreślajcie. Przesuwajcie w prawo, a najlepiej od doktorantów wzwyż. Kiedyś można było obejrzeć sobie program Sonda i dowiedzieć się tego i owego, dzisiaj w telewizji już tylko Studio YaYo i publicystyka. A naukowcy cieszą się jak dzieci, jeśli tylko ktoś zapyta ich: „To właściwie jak robicie te komórki macierzyste?”. Albo: „A widział ktoś kiedyś te czarne dziury?”. Na jednej z najciekawszych randek byłam z ichtiologiem. Nie żartuję, facet umiał opowiadać o rybach z taką pasją, że każdy by posłuchał z przyjemnością. Przy ciekawym naukowcu możemy odczuć, że nie ma nudnych tematów, są tylko nieciekawi rozmówcy. W dodatku pod koniec randki ichtiolog przyznał, że przyszedł tylko po to, żeby się dowartościować, że fajna laska chce się z nim spotkać. Ma żonę i bardzo przeprasza, ale nie chce jej zdradzać. Polecam tych użytkowników!

Nerdy

Owszem, jak wspominałam, masa wśród nich konserwatystów i facetów rodem z paleolitu. Ale nie skreślajmy ich. Może najpierw słowo wyjaśnienia, kim właściwie są kolesie, których roboczo określam tym mianem. Kiedyś o nerdach mówiono z pogardą, że to zakompleksione, aspołeczne, pryszczate nastolatki, które siedzą po domach i grają w gry. I było w tym zajebiście dużo prawdy. Bo owszem, nerdem przeważnie się zostaje, mając kilkanaście lat. Wtedy zaczynamy mieć jakieś bardziej ukształtowane zainteresowania niż zabawy przy trzepaku i wyzywanie dzieciaków z sąsiedniego podwórka. To grupa nastolatków, które odkrywają, że można czytać książki, gazety, grać w gry i malować różne figurki. Reszta dzieciarni dalej siedzi na trzepaku i zamiast wyzywać tych z sąsiedniego podwórka, zaczyna wyzywać nerdów. Od kiedy pamiętam, ta grupa miała towarzysko przechlapane. Pokłosiem tego towarzyskiego przechlapania był fakt, że wszyscy im te pryszcze wytykali. A przecież każdy w wieku trzynastu lat miał pryszcze. Nie każdy natomiast jarał się kosmosem i elfami.

 

No i wreszcie wśród nerdów prawie nie było dziewczyn. Jak byłam gówniarą i poszłam w miejsce, gdzie grało się w karcianki czy planszówki, to cała sala patrzyła na mnie, jakbym przyleciała z innej planety. Kiedyś przychodzę do klubu osiedlowego na jakieś spotkanie nerdów, o którym mówił starszy sąsiad. Siadam do stolika, nie bardzo wiem, jak się gra, ale może ktoś pomoże, bo to spotkanie dla początkujących. Naprzeciwko mnie siada nastoletni bóg karcianek, rodzice pozwalają mu mieć długie włosy i ubierać się na czarno, więc jest chyba najbardziej cool osobą na sali. Cały klub zamiera w oczekiwaniu. Mówię przestraszona, że mam karty, ale nie umiem grać. Pół sali toczy bekę, bo przecież to oczywiste, że dziewczyna nie umie grać, niech sobie idzie oglądać „Bravo Girl”. Robi mi się strasznie przykro, ale nie płaczę, od tego jest starsze rodzeństwo, żeby człowieka uodpornić na szyderę i kpiny. Drugie pół sali na wyścigi oferuje, że mnie nauczy i że pomogą mi grać, dadzą swoje karty.

Jestem niska, więc jeden nawet przynosi mi wyższe krzesło, żebym sięgała do stołu. Jedna połowa sali ustawia się za moimi plecami, druga połowa stoi za plecami demonicznego gówniarza. Daruję sobie opowiadanie ze szczegółami, co się działo później. Powiem tylko, że wywiązały się co najmniej dwie bójki (bez mojego udziału), nie nauczyłam się grać, zgubiłam karty, które pożyczyłam od sąsiada, i dostałam na pocieszenie pięć razy tyle nowych. Poznałam też kilku starszych chłopaków z mojej podstawówki i razem z nimi przez kolejne lata prowadziliśmy mniej lub bardziej intensywny transfer zainteresowań. Dzisiaj ten świat wygląda tak samo. Część to proste cepy o poglądach godnych neandertalczyków. Druga część nie skreśli mnie tylko dlatego, że jestem dziewczyną. Większość co prawda podejdzie do mnie protekcjonalnie, bo uzna, że z racji płci moja ekspertyza może być dyskusyjna. Z punktu widzenia gówniary coś takiego było ekstra, bo zawsze znalazła się kupa chłopaków gotowych, by objaśniać mi świat magii, potworów i statków kosmicznych. I można się było od nich uczyć w nieskończoność. Problem pojawił się trochę później: gdzieś tak pod koniec liceum odkrywam, że dziewczyny są wyraźnie dyskryminowane.

Goście od karcianek po prostu ich nie zapraszają. W grach fabularnych wszyscy oczekują, że dziewczyny będą czarodziejkami uzdrowicielkami i gdzie im tam machać mieczem. U zaprzyjaźnionych dziewczyn z bractwa rycerskiego dochodzi do impasu, bo bractwo zarządza oficjalnie, że dziewczyny nie mogą chodzić w zbrojach i walczyć. Bez sensu. Niby wszyscy chowali się na Ursuli Le Guin i Andrzeju Sapkowskim, ale to, że pierwsza była kobietą, a u drugiego kobiety były w pełni upodmiotowionymi feministkami, zdaje się nic nie znaczyć. Potem z zadowoleniem odkrywam, że dyskryminacja kobiet kończy się gdzieś na studiach. Bo wtedy zaczynamy się oswajać z myślą, że kobiety to też ludzie tacy jak my, tylko bez penisów, i można z nimi grać w strzelanki, a nie tylko chodzić za rękę. Na Tinderze jest masa nerdów. Po pierwsze, zawsze byli mniej popularnymi dzieciakami i nawet jako dorośli czują pewien strach przed podrywem, a przez aplikację jest łatwiej. O tym, że Tinder jest jak gra RPG, już mówiłam, więc nerdy bez problemu tworzą sobie ładne opisy i wstawiają ciekawe zdjęcia. Nie ma spiny, bo nie trzeba do dziewczyn podchodzić na żywo, tylko wszystko można robić na odległość. Szacuję, że jakieś 40 procent facetów, których poznałam na Tinderze, to nerdy. Spora część to nerdy bardzo aktywne i dalej zajmujące się tymi samymi grami i kartami, którymi zajmowali się dwadzieścia lat temu.

Część to faceci, którzy kiedyś dużo grali i siedzieli w temacie, ale potem trzeba było wydorośleć i zapieprzać. I rozmowa o nerdtematach jest dla nich trochę jak powrót do dzieciństwa – twarze im się rozjaśniają, bo możemy razem ponabijać się ze starych gier. Ale dlaczego ich polecam? Po pierwsze, mało która grupa ogarnia tak dobrze popkulturę jak oni. Zawsze mają do polecenia ciekawy serial. Wytłumaczą, dlaczego ludzie podniecają się łapaniem pokemonów i dlaczego CD Projekt zarabia tyle hajsu. Siedzą w internecie prawie od początków jego istnienia, czytają popularną literaturę, prawie nic, co ludzkie, nie jest im obce. Po drugie, jak wspomniałam, nerdy to grupa, która dużo czytała i mało się socjalizowała. Znajdziemy wśród nich zwyczajnych geniuszów. Nieoszlifowane towarzysko diamenty potrafią nas rozłożyć na łopatki wiedzą na każdy temat. I wcale nie mówię o cholernych smokach. Oni po prostu byli dociekliwi, przeczytali wszystko, mieli masę zainteresowań. I potrafią tak sobie żyć, zupełnie nieświadomi tego, że są niebywale ciekawymi kolesiami.

 

Kolejny powód to imponująca wiedza o kobietach. Każdy mężczyzna, który z racji bycia nerdem nie miał do kobiet zbyt wielkiego dostępu, chciał się przynajmniej czegoś o nich dowiedzieć. I tak nerdy zadziwiają mnie od lat praktyczną wiedzą na mój temat, poczynając od anatomii, a kończąc na modzie. Taki facet wie, na czym polega menstruacja, a jednocześnie potrafi powiedzieć, że mam figurę klepsydry i powinnam włożyć kopertową sukienkę. Jest jeszcze jeden istotny powód, dla którego na serio warto iść z nimi na randkę: będą wdzięczni. Tak rzadko spotykali się z zainteresowaniem ze strony kobiet, że będziemy się przy nich czuły naprawdę docenione. Próżno szukać wśród nich zblazowanych playboyów, nerdy poświęcą nam uwagę i będą się starać. Naprawdę cholernie mocno się starać. W dodatku, pozbawieni praktyki i doświadczeń, będą w swoich staraniach oryginalni i pomysłowi.

Artyści

Tak, wiem, że neuroza i popieprzenie, bo jednak jak ktoś pracuje emocjami, to tak wychodzi, że często wrażliwość przekłada się na problemy w codziennym funkcjonowaniu. Ale warto rozważyć. Zwłaszcza jeśli akurat nam się strasznie nudzi i chcemy konkretnie oderwać się od rzeczywistości. I poczuć coś mocnego. Na takich randkach ktoś się uprze, że zrobi gipsowy odlew waszego biustu. Ktoś inny przeczyta wam swoje wiersze. Jakiś gość posadzi was w domowym studio i będzie wam tłumaczył, jak robi muzykę do filmu, który pojawi się niedługo w kinie. U innego zobaczycie w domu ciekawe rzeźby, obrazy, rysunki.

Rozmowy będą fascynujące, nawet jeśli połowy nie zrozumiecie. Atmosfera na takich randkach jest trochę podniosła, trochę tajemnicza, no i zwykle kończy się to w łóżku, a tam, jak wiadomo, takie rzeczy jak fantazja mają cholernie duże znaczenie. Jeśli macie dość rozmów o stopach procentowych, kolesi w gajerach, prawników, którzy na randce dają wam wizytówki, eleganckich restauracji i biurowych żartów, to przesuńcie artystę w prawo. Zabawa praktycznie gwarantowana, najwyżej będzie trochę zbyt intensywnie i dojdziecie do wniosku, że wracacie do oswojonej, bezpiecznej rutyny.

Książka ukazała się nakładem wyd. Krytyka Polityczna