Józef Walaszczyk urodził się w roku 1919. Jego bliscy mieli kiedyś kilka majątków. Dziś Walaszczyk mieszka w zwykłym bloku w Warszawie. W 2002 r. instytut Yad Vashem uhonorował go za pomoc Żydom podczas wojny. Teraz Walaszczyk jest wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Poprosiliśmy go, aby opowiedział Czytelnikom „Focusa Historia” o swoich wojennych doświadczeniach.
 

DROGA DO WOJNY

Jak wyglądało pana życie przed wojną?
 
Zdałem maturę i szykowałem się na studia. W 1939 r. byłem na ćwiczeniach wojskowych, na poligonie przy granicy Prus Wschodnich. Ćwiczenia przerwano, na nasze miejsce przyszło wojsko liniowe. Wróciłem do domu. Mieszkałem w majątku pod Warszawą u kuzynów. Była tam moja matka. Pomagałem jej. Były warunki sielskie-anielskie.
 
Podczas ćwiczeń dzielono pana kompanię na dwa plutony: żydowski i nieżydowski.
 
My byliśmy plutonem „inteligenckim”, w drugim zebrano Żydów. Pułkownik przydzielił nas do nich w ramach jednej kompanii, bo uważał, że będziemy się z nimi dobrze obchodzili.
 
Skąd w ogóle ten podział?
 
Pozostała młodzież nie była zbyt pozytywnie nastawiona do Żydów. Zdarzyło się też, że jak byliśmy na ćwiczeniach, to orkiestra zawodowa pobiła tych Żydów.
 
Dlaczego?
 
A tak, dla draki. Więc my z kolei pobiliśmy orkiestrę.
 

WRZESIEŃ

Jak pan zapamiętał wybuch wojny?

To był wielki szok. Wojna zastała mnie w Warszawie. Już w zaciemnieniu wróciliśmy do domu, do majątku. 6 września 1939 roku wydano zalecenie, że wszyscy zdolni do noszenia broni mają jechać na Wschód. No więc udaliśmy się do Brześcia nad Bugiem. Przebyliśmy trasę pod nalotami niemieckich sztukasów. W Brześciu nam powiedzieli, że żadnej mobilizacji nie będzie, że lepiej udać się na południe. No i zdecydowaliśmy się pojechać do Rumunii przez Wołyń i Podole. Zatrzymaliśmy się w majątku hrabiego Jezierskiego, 15 km od granicy radzieckiej. To było 17 września. Rano usłyszeliśmy w radio, że „naszi wajska zajeli Rowno”. A Równo było parę kilometrów od nas. Tak jak staliśmy ruszyliśmy najbliższą drogą do Bugu. Ci, co zostali, są na liście katyńskiej. Przejechaliśmy końmi nocą przez Bug, a potem przez pole minowe.

Tak po omacku?


Mostów już nie było na Bugu, zostały zniszczone. Znaleźliśmy Ukraińca, który znał przejazd brodem. Za odpowiednią opłatą zgodził się nas przeprowadzić także przez pole minowe, wiadomym mu przejściem. Była pierwsza w nocy. W końcu krzyknął: „Koniec, możecie jechać!” i zniknął. My jednak poczekaliśmy aż do świtu, żeby zorientować się, gdzie w ogóle jesteśmy. Zobaczyliśmy koleiny i nimi pojechaliśmy.

Postanowiliście uciekać w głąb terenów zajętych przez hitlerowców?


Wiedzieliśmy, że u bolszewików czeka nas śmierć. Trzeba było iść w stronę domu. Wracać do rodzin i próbować tam żyć. Ponieważ dobrze znałem niemiecki, to po powrocie do majątku zrobiono mnie dyrektorem ds. handlowych fabryki. Zakład był w Rylsku Wielkim, w powiecie Rawa Mazowiecka. To była fabryka mąki kartoflanej.

FABRYKA

 

Nie pracował tam pan przed wojną?

Pomagałem tam podczas wakacji. A kiedy mieszkałem w  Warszawie na kawalerce, to przydzielano mi sprawy różnych zakupów.

To wtedy, przed wojną, nauczył się pan smykałki handlowej od Żydów?

Tak. Kupowałem worki na placu Grzybowskim 10. Po lewej stronie placu był jeden hurtownik, a po prawej drugi. Ja kupowałem u tego po lewej. Pewnego dnia zaczepił mnie ten po prawej. „Pan kupuje tam worki po 1,10 zł. Ja panu dam rachunek po 1,10 zł, ale wezmę tylko złotówkę”. A kupowałem po tysiąc worków. Dla studenta to był pieniądz. Dostawałem sto złotych na życie, utrzymanie i komorne. I stołowałem się w dobrej restauracji.

Wydało się?

Woda sodowa uderzyła mi do głowy. Przyjechał kuzyn, mieszkał w hotelu, wezwał mnie. A ja tylko taksówkami jeździłem. Przyjechałem pod hotel nowym niebieskim chevroletem i kazałem szoferowi czekać. A kuzyn stał na balkonie i patrzył. Zapytał: „Słuchaj, a po co ty tę taksówkę trzymasz? Nie szkoda ci pieniędzy? Zarobiłeś? To się bardzo cieszę. Ale to głupota, taksówka jest na każdym rogu. Po co za darmo płacisz?”. Wstyd mi się zrobiło jak cholera.

Z pana strony w stosunku do Żydów nie było żadnych uprzedzeń.


Nie. Cały handel na wsi był w rękach żydowskich. Miałem kontakt z kupcami z Rawy Mazowieckiej. Z jednym byłem w bardzo dobrych stosunkach. Podczas okupacji, w 1940 r., zapytał mnie, czy nie zatrudniłbym w fabryce 30 młodych ludzi, bo jest tworzone getto. Miałem duże trudności, ale przekupiłem Niemca Millera, dyrektora Arbeitsamtu (urzędu pracy), i dał mi zezwolenie. Jednak co dwa tygodnie trzeba było je przedłużać. Oczywiście za kolejną łapówkę. Płaciłem osobiście u niego w gabinecie. Wziąłem za Żydów pełną odpowiedzialność, że nie uciekną. Tak to trwało przez półtora roku. Dostali lokal, kuchnię, mogli się swobodnie poruszać. Czuli się dobrze, zorganizowali nawet zespół i teatrzyk. Nie musieli ukrywać, że są Żydami. Wszystko było oficjalnie. A skończyło się tak, że kiedy miałem jechać po kolejne przedłużenie, to zadzwonili z urzędu i powiedzieli, żeby kontaktować się z nimi, bo dyrektor wyjechał służbowo. Ponieważ rozpoczęła się wtedy likwidacja małych gett, więc podejrzewałem, że to podstęp. Zwolniłem Żydów z pracy, poinstruowałem, gdzie się mają chować, i pojechałem do Arbeitsamtu. Kiedy tam dojeżdżałem, zobaczyłem samochody wysyłane po Żydów. W 80–90 proc. ocaleli. Ci, co uciekli. Pozostali nie wierzyli, że coś może się im stać. Przecież mieli u nas pełną wolność. No więc tych 6–7 osób Niemcy zastali i zgarnęli.

Przy ratowaniu Żydów ryzykował pan życie. Musiał się pan bać.

Nie. Byłem narażony na tyle rozmaitych rzeczy, że gdybym się bał, to nie mógłbym nic zrobić. Dzisiaj, jak myślę o tamtych czasach, to się boję. Ale wtedy nie. Jak temu Millerowi, staremu grubemu Niemcowi, zaproponowałem, że będę mu płacił, to w pierwszej chwili wyciągnął pistolet. Powiedział: „Co ty chcesz niemieckiego urzędnika przekupić?!”. Odparłem: „Ja nie chcę przekupić, tylko to jest taka umowa. Pan zrobi grzeczność, a ja chcę tę grzeczność wynagrodzić”. Potem koniak jeden, koniak drugi i się udało.

ŻONA

Pomagał pan Żydom w kilku miejscach.

Tak. Jednocześnie miałem Żydów w Warszawie. Zaczęło się od Ireny Front. Poznałem ją w 1940 r. na kolacji u znajomej. Bardzo mi się spodobała, bo była niesamowitej urody. Wtedy się nie przepuszczało, więc zakręciłem się koło niej... Ale dopiero w hotelu przyznała się, że jest Żydówką. Dopiero, kiedy przyszło gestapo na rewizję! Powiedziała mi, że nie ma dokumentów. Schowałem ją do szafy, wziąłem swoje papiery i udawałem chorego. Wręczyłem je gestapowcowi i powiedziałem, że muszę do toalety. A papiery miałem wyrobione mocne. Bo jak pozwolili działać fabryce, to dali mi zaświadczenie, że robię dla nich dostawy. Wręczyłem Niemcowi dokumenty i zamknąłem się w łazience, pojękując i czekając, co będzie. Właścicielka hotelu dodała, że jestem stałym klientem. To Niemcy machnęli ręką i wyszli. Po tym wszystkim wziąłem Irenę do siebie. A kiedy załatwiałem jej dokumenty w gminie, powiedziano mi, że dla bezpieczeństwa powinienem przyjąć, że to moja żona.

Ciężko było o takie papiery?


Tak. Zapłaciłem za nie słono. Ale dzięki temu Irena miała dokumenty, sięgające trzech pokoleń wstecz. Bardzo ciężko było je załatwić. Urzędnicy się bali. Przecież przy wpadce takich dokumentów wszystkich czekał obóz albo kara śmierci. Zrobili to tylko dlatego, że mnie znali, bo byliśmy znaczącym przedsiębiorstwem.

Na Irenie się nie skończyło?


Potem przyszła do mnie koleżanka Ireny i jej piastunka. Przecież ich z domu nie wyrzucę. No i miałem trzy.

KILOGRAM ZŁOTA

To nie był koniec kłopotów Ireny?

Została aresztowana, gdy poszła na spotkanie z koleżkami, którzy też się ukrywali. Irena była córką bardzo zamożnych Żydów. Tylko że jej rodzice byli w chwili wybuchu wojny za granicą. Jej znajomi też byli z zamożnych rodzin. Mieli już jakieś schowki w Warszawie, ale byli obserwowani. Na spotkaniu Niemcy wszystkich zgarnęli. Ja o tym nie wiedziałem, bo byłem w majątku. Ale Irena miała otrzymany ode mnie pierścionek z brylantem. Dała go niemieckiemu konwojentowi i poprosiła, żeby zadzwonił do mojego kolegi. Ten dał mi znać. Dzięki znajomym z AK dostałem kontakt do „naszego człowieka” w gestapo. On stwierdził, że sprawa jeszcze nie poszła „wyżej”. Ci, którzy przeprowadzili aresztowanie, zgodzili się zrobić przekwalifikowanie i wypuścić zatrzymanych, ale za kilogram złota. Miałem pięć godzin. Zorganizowałem złoto i wydobyłem wszystkich.

Ci zatrzymani potem się zrewanżowali?


Ja większości nawet na oczy nie widziałem. O piątej po południu było już ciemno. Jak podjechała na Kruczą ta buda policyjna, to wyszło z niej dwóch gestapowców w cywilu i zapytali: „Złoto jest? Waga się zgadza?”. Zgadzała się. To otworzyli drzwi i wszystkich wypuścili. Rozeszli się, ja nawet twarzy nie widziałem.

Trudno było zdobyć ten kilogram złota?

„Ograbiłem” przyjaciół z bransolet, papierośnic itd. Potem ich spłacałem. Dostałem też coś od Tadzia Leńskiego. Był Żydem, kierował dużym przedsiębiorstwem. Miał mocne papiery aryjskie. Mówił świetnie po niemiecku. Ale on skończył tragicznie. Zgłosił się do Hotelu Polskiego po dokumenty do Szwajcarii, a to była prowokacja gestapo.

A jak na ogół  zachowywali się wtedy inni Polacy wobec Żydów?

To wszystko zależało od tego, w jakim środowisku człowiek się obracał. W moim nie było żadnych akcentów antyżydowskich. O Tadziu Leńskim wszyscy w przedsiębiorstwie wiedzieli, że jest Żydem, i nikt go nie wydał. Ale miałem też przykład, że kolega Ireny miał papiery aryjskie. Dostał posadę u niemieckiego treuhändera [zarządcy zajętego przez Niemców mienia, przyp. red.], mógł wszystko robić. Zawsze ostrzegałem go, żeby nie był zbyt pewny. Ale on uważał, że owinął pracodawcę wokół palca. Zadał się z jego sekretarką, przespał się z nią, a ona doniosła, że jest Żydem. I rozstrzelali go. Zachciało mu się Niemki! Ja też miałem przygodę. Koleżanka Ireny Anka poznała takiego faceta i sprowadziła do mieszkania, bo się w niej zakochał. Upiłem go, zrewidowałem i wtedy okazało się, że ma pistolet i pracuje w policji kryminalnej. Anka o tym nie wiedziała. A wszystko mogło się wydać...

POCIĄG GROZY

 

Miał pan wujka w AK. I omal pan przez to nie zginął...

To było na dworcu w Nowym Mieście w 1942 r. Miałem dużo bagaży, w tym przesyłkę akowską. Była zakonspirowana, obłożona innymi rzeczami. Pociąg zatrzymano i zaczęto sprawdzać. Niemcy zwrócili uwagę, że wiozłem dużo rzeczy. I nagle one zniknęły! Więc Niemcy spytali, gdzie są. Ja na to, że przecież sami je wzięli. Oni odparli, że nie i że muszę mieć jakiś związek ze złodziejami. Okazało się, że wujek z AK przysłał ochronę i kolejarze schowali bagaże. Niemcy wciąż nie mogli ich znaleźć, więc wzięli mnie na przesłuchanie do poczekalni. Lali, kopali... Nie chcieli rękami, to bili mnie płazami bagnetów.

I co dalej?

Kazali mi wyjść na pole. Był marzec, śnieg jeszcze leżał. Kazali mi biegać po śniegu, a sami strzelali z karabinów. Jeden pod moje nogi, a drugi nad głową. Myślałem, że mnie uleją. Ale nic się nie stało. Potem zrobili „sąd”. Usiadło ich tam czterech i zrobili głosowanie. Wszyscy byli za karą śmierci. Uznali, że muszę być w coś wplątany, skoro zginęły tylko moje bagaże. No i postawili mnie przed pluton egzekucyjny. Karabiny już naszykowane, wycelowane. Czekają tylko na polecenie „ein, zwei, drei, feuer!”. Dowódca Hofman podniósł szpicrutę i odliczał. Przy „zwei” zamknąłem oczy. Ale wtedy usłyszałem „halt!”. Hofman podszedł do mnie i powiedział, że taka śmierć jest dla mnie za lekka. Że mnie przesłucha na komendzie i wyśle do Oświęcimia, to tam mnie załatwią. I wtedy pożałowałem, że mnie nie zastrzelił. Bo jego przesłuchania bym nie wytrzymał. To był straszny polakożerca.

Kto pana wybawił?

Matka. Kiedy tylko zaczęły się moje kłopoty, zadzwoniła do starego Niemca, nadzorującego gospodarkę w powiecie. Byłem z nim w bardzo dobrych stosunkach. Matka powiedziała mu, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ale on sam to mógł dyrygować tylko fabryką. Musiał dostać zezwolenie z centrali gestapo z Tomaszowa. Dokonał jednak cudu. Zdołał uzyskać zezwolenie telefonicznie i z komendy wysłano na motocyklu doręczyciela ze zwolnieniem. Ale gdyby mnie rozstrzelali, to przyszłoby już dla nieboszczyka.

NA KRAWĘDZI

Czasem pomagała panu...

Bezczelność. Mieliśmy z matką pięciopokojowe mieszkanie na Żurawiej. Kiedyś wpadła tam gosposia i powiedziała, że budynek jest otoczony, a Niemcy wyciągają mężczyzn z mieszkań. Byłem z Ireną. Wymyśliłem, że wyjdziemy „na chama”. Miałem piękny skórzany płaszcz i zielony kapelusz (tak wyglądali Niemcy w „Völkischer Beobachter”). Powiedziałem Irenie, że skoro nie zna niemieckiego, to ma tylko potwierdzać „ja, jawohl”, a ja będę coś głośno mówił i wymachiwał rękami. Tak, jakbym był bardzo zdenerwowany. No i wyszliśmy. Stał przed nami Niemiec. Nawet nie patrząc na niego, zacząłem perorować Irenie. Na każdym piętrze był strażnik. Przed bramą stała grupka 7–8 gestapowców. Poszedłem prosto na nich, prawie się otarliśmy. Myślałem: „Byle dobić do rogu placu Trzech Krzyży. Byle za róg i w nogi”.

Jaki był finał pana działalności?

8 grudnia 1944 r. przyszedłem rano do fabryki i wpadłem prosto w ręce gestapo. Cały majątek był już obstawiony. Wszystkich zatrzymywali i sprawdzali. Mój wujek przeszedł przez to bezkolizyjnie. Ale nocował u niego szef oddziału leśnego i został aresztowany. Wujek go uwolnił. Coś musiał zrobić pilnującym go Niemcom. Wpadł i został aresztowany. Dowódca oddziału ocalał, a wujka wzięli na gestapo. Potem zginął w obozie Gross-Rosen. A w majątku za ten incydent Niemcy aresztowali co dziesiątą osobę, m.in. Irenę. Stała i błagalnym wzrokiem patrzyła na mnie. Podszedłem więc do gestapowca i powiedziałem, że to moja żona, że jest chora i że może by ją zwolnił, a mnie wziął za nią. To Niemiec mnie też aresztował. Ale jak już przyjechały po nas samochody, to gestapowiec zatrzymał mnie i zapytał, kto będzie zarządzał przedsiębiorstwem. Ja mówię: „Nikt”. On na to: „Jak to nikt?!”. A ja: „Nikt, bo pan wszystkich aresztował”. Wtedy on zobowiązał mnie do zarządzania. Zwolnił i mnie, i Irenę.

A co z pozostałymi?


Tych, którzy nie zmieścili się do aut i pojechali wozem ze strażnikami-własowcami, starałem się wykupić. Wysłałem asystenta z forsą. Z tego wozu więcej jak połowę wykupił. Ale tych, co wsiedli do samochodów, to już się nie dało.

NOWE CZASY

Jak nowe władze odnosiły się do pana działalności podczas wojny?

Ja z nimi o tym nie rozmawiałem. Na temat mojej działalności zacząłem mówić po roku 2000, kiedy dali mi ten medal na podstawie zeznań uratowanych Żydów.

Z Ireną Front już pan po wojnie nie utrzymywał kontaktów?


Rozeszliśmy się gdzieś w 1949 r. Wyszła za mąż za mojego kolegę.

Liczył pan kiedyś, ile osób w ogóle uratował?

Mniej więcej 53. Osób żydowskiego pochodzenia, a byli jeszcze powstańcy z Warszawy itd.

Pana akcje pomocy nie były zorganizowane. Nie stała za nimi żadna organizacja.

Nie, to była moja osobista inicjatywa.

Zdarzyło się, że musiał pan kogoś zabić?


Nie.

Był pan w 2009 r. w USA, gdy prezydent Barack Obama zwracał się do kilku osób z grona polskich Sprawiedliwych. Jakie to było uczucie?

Czuliśmy się bardzo uhonorowani. Siedzieliśmy na Kapitolu w pierwszym rzędzie, vis-a-vis prezydenta. Jak tylko przyszedł, od razu nas powitał. Potem mówił o nas w przemówieniu. W Kongresie wydali przyjęcie. Kiedy tam się żegnałem z pewną panią, pocałowałem ją w rękę. Wyrwała się i powiedziała, że to ona mnie będzie całować. I pocałowała mnie w rękę.