Służba zdrowia na całym świecie boryka się z takim samym problemem – w jaki sposób skutecznie zapobiegać chorobom i je leczyć, mając do dyspozycji ograniczone środki finansowe. Są państwa, którym to wychodzi lepiej, i takie, które sobie nie radzą (do tej kategorii, niestety, wypada zaliczyć Polskę). Wszędzie jednak koszty opieki medycznej rosną w zastraszającym tempie, a ludzie nadal zbyt często chorują i wcześnie umierają. Co prawda futurolodzy twierdzą, że już za kilkadziesiąt lat wyrafinowana nanotechnologia rozwiąże nasze problemy medyczne raz na zawsze, ale dla każdego z nas ważniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Pomoc przychodzi z dość nieoczekiwanej strony – nowych technologii, szczególnie tych związanych z komputerami, internetem i robotami. Z pozoru są one drogie, ale taka inwestycja szybko się zwraca. Lekarze coraz częściej współpracują z firmami informatycznymi, przygotowując grunt pod cyberrewolucję, czekającą nas w najbliższych latach. Oczywiście będzie się ona wiązać ze sporą dawką „dehumanizacji” medycyny, ale jest to cena, którą warto zapłacić za niższe koszty usług medycznych, większą dostępność specjalistów czy wreszcie mniejszą ilość powikłań po zabiegach operacyjnych.

Bardzo ważne jest też to, że medycy znów będą mogli skoncentrować się na najważniejszej stronie swej profesji. „Zanim nadeszła era nowoczesnych technologii, lekarze spędzali więcej czasu na rozmowach z pacjentami, osobistym z nimi kontakcie. W dzisiejszym skomplikowanym świecie tym bardziej powinni stać się dla chorych mądrymi przewodnikami i powiernikami. Być może maszyny będą decydować, ale to wciąż lekarze będą leczyć” – pisze dr Atul Gawande w książce „Komplikacje. Zapiski chirurga o niedoskonałej nauce”. Przyjrzyjmy się więc sześciu zwiastunom nadchodzącej ery cybermedycyny.

Siła wikimedycyny

Który lekarz cieszy się największą popularnością na świecie? Nie, niekoniecznie dr House. Jeśli spojrzymy na statystyki, przekonamy się, że najczęściej odwiedzaną „przychodnią” jest Google, a duża część pacjentów zasięga opinii specjalistki zwanej Wikipedią. Zainteresowanie informacjami medycznymi deklaruje prawie co piąty polski internauta – wynika z badań Megapanel PBI/Gemius. I nic dziwnego, bo sieć daje niespotykane dotąd możliwości w tym zakresie. Oczywiście dla części lekarzy zbyt dobrze wyedukowany pacjent to zmora. Niestraszny mu medyczny żargon, tajemnicze skróty czy nazwy leków – praktycznie wszystko to można wyszperać w internecie. Poważniejszym problemem jest to, że równie dobrze można tam natrafić na informacje nieścisłe, niepełne lub wręcz zafałszowane – zwłaszcza przez firmy sprzedające różne specyfiki lub domorosłych cudotwórców i szarlatanów. Takich rzeczy w sieci jest niemało i, niestety, często lądują w czołówce wyników wyświetlanych przez Google. Lekarzom nie pozostaje nic innego niż przejąć inicjatywę i zająć się wzbogacaniem internetu o wartościowe treści. Zwłaszcza że – jak twierdzi firma badawcza Manhattan Research – z informacji zawartych w Wikipedii i tak korzysta co drugi amerykański medyk.

Otwartość tej sieciowej encyklopedii to zarazem zaleta i wada. W jej tworzeniu bierze udział wielu lekarzy, studentów czy naukowców, stąd poziom wielu artykułów jest naprawdę dobry. Jednak ponieważ wpisy w Wikipedii może edytować każdy, także i tu nietrudno o dezinformację czy manipulację. I nawet jeśli redaktorzy encyklopedii wychwycą i skasują takie „kwiatki”, zawsze istnieje ryzyko, że wcześniej przeczytają je nieświadomi przekłamań pacjenci. Stąd projekty sieciowych encyklopedii tworzonych wyłącznie przez grono specjalistów. Lekarze mają do dyspozycji serwisy takie jak RadiologyWiki czy WikiSurgery, a dla szerszego grona odbiorców przygotowano także ogólną Medpedię – wspólne dzieło kilku dużych amerykańskich uczelni medycznych i organizacji lekarskich. „Chcemy stworzyć stronę, na którą lekarze będą mogli odsyłać pacjentów w celu poszerzenia wiadomości o chorobach czy profilaktyce” – mówi James Currier, który zainicjował prace nad serwisem.

Medyczny światek bacznie przygląda się również serwisom społecznościowym. Internauci od dawna wykorzystywali różne narzędzia do komunikowania się z osobami, które mają podobne zainteresowania lub identyczny problem medyczny. Dotyczy to zwłaszcza osób cierpiących na przewlekłe lub rzadkie schorzenia. Dawniej mogli co najwyżej zapisać się do stowarzyszeń pacjentów lub (i to raczej w krajach zachodnich) szukać grupy wsparcia. Dziś można osiągnąć to samo, nie ruszając się sprzed komputera. Internauci zbierają się w grupach i na forach dyskusyjnych, zakładają blogi lub zapisują się do serwisów w rodzaju PatientsLikeMe (pacjenci tacy jak ja). Dla medyków są to wymarzone wręcz miejsca do edukowania chorych, ale też np. do poszukiwania chętnych do udziału w testach klinicznych nowych terapii lub prowadzenia badań ankietowych. „To zupełnie nowy typ interakcji między lekarzami a pacjentami – obie strony mogą na tym tylko skorzystać” – twierdzą uczeni zaangażowani w projekt „New Media Medicine” w Massachusetts Institute of Technology. Bo choć dla części lekarzy wyedukowany pacjent może być „trudniejszy w obsłudze”, to na pewno dzięki rzetelnej wiedzy może też być zdrowszy – a o to tutaj przecież chodzi.

Dołącz pediatrę do znajomych

 

Wydzwanianie do poradni w celu zapisania się na zwykłą wizytę u internisty, wielomiesięczne oczekiwanie na konsultację specjalisty, siedzenie w kolejce pod drzwiami gabinetu – któż z nas tego nie zna albo chociaż o tym nie słyszał? Nawet osoby korzystające z prywatnej służby zdrowia nie są od tego wolne. Problem polega na tym, że także komercyjne firmy działające w tym sektorze najczęściej posługują się przede wszystkim technologią sprzed tysięcy lat. „Biznes obracający bilionami dolarów opiera się na ręcznie pisanych notatkach” – ironizuje dr Jay Parkinson, jeden z pierwszych amerykańskich lekarzy korzystających z nowoczesnych narzędzi. Założył stronę internetową i bloga, konsultował pacjentów przez internet, przyjmował płatności poprzez serwis Pay-Pal. A wreszcie rozpoczął współpracę z kanadyjską firmą Myca Health, co zaowocowało nowatorskim systemem, który można by śmiało nazwać elektroniczną przychodnią. Nie chodzi tu wyłącznie o cyfrową dokumentację medyczną. Całość przypomina raczej Facebooka czy Naszą-klasę. I lekarze, i zapisani do poradni pacjenci mają swoje profile ze zdjęciami i podstawowymi informacjami. Możemy wybrać specjalistę, przeczytać opinie o nim, znaleźć wolny termin w jego kalendarzu i umówić się na wizytę – zarówno „fizyczną”, jak i wideokonsultację czy czat. Dostępne są też zapisy wcześniejszych spotkań, wyniki badań itd. Wszystko oczywiście na dobrze zabezpieczonym serwerze, do którego dostępu nie mają osoby niepowołane. Lekarze z kolei mogą lepiej wykorzystywać czas, informować pacjentów e-mailem o nowych terapiach albo dodatkowych konsultacjach. No i dostają z tego tytułu niezłe wynagrodzenie, ponieważ takie e-przychodnie (pierwsza wystartowała już w USA pod szyldem HelloHealth) mają raczej młodą i zasobną klientelę.

Z pozoru nie jest to nic nowego. Od wielu lat mówiło się o tzw. telemedycynie czy systemach do wideokonferencji. Niektórzy lekarze stosowali te wynalazki na własną rękę i to z powodzeniem – ostatecznie przy mniej poważnych dolegliwościach nie trzeba pacjenta oglądać osobiście, wystarczy kamera wideo i połączenie „głosowe”. Brakowało jednak systemu, który spiąłby to wszystko w całość. A pracuje nad tym nie tylko jedna kanadyjska firma. Platformą Myca Health zainteresował się elektroniczny gigant Google, który już od dawna pracuje nad swym serwisem Google Health. Co więcej, w erze wszechobecnych telefonów komórkowych pojawiły się zupełnie nowe możliwości interakcji z pacjentem. Firmy pracują już nad mobilnymi aplikacjami dla pacjentów, które będą im przypominać o wizytach, przekazywać zalecenia lekarzy, a nawet współpracować z urządzeniami medycznymi. Wygląda więc na to, że telemedycyna w XXI w. stanie się naprawdę bliska człowiekowi.

Receptę wyślemy E-mailem

Trudno dziś znaleźć szpital czy przychodnię bez komputera, a jednak nadal lwia część dokumentacji medycznej istnieje na papierze (a nierzadko tylko w tej formie). Pomijając czysto mechaniczne trudności, system ten ma jedną potężną wadę – jeśli informacja dotycząca pacjenta jest pilnie potrzebna w odległym szpitalu czy przychodni, wyszukiwanie i przekazanie danych zajmuje mnóstwo czasu, od którego może przecież zależeć również czyjeś życie. Polacy są coraz bardziej mobilni i coraz częściej leczą się nawet za granicą. Zapotrzebowanie na elektroniczną dokumentację będzie więc coraz większe. Niestety, wprowadzanie nowych technologii w polskiej służbie zdrowia idzie jak po grudzie – brak standardów i odgórnych działań rządowych, a inicjatywy prywatnych firm czy pojedynczych placówek publicznych często nie są ze sobą „kompatybilne”. Poligonem dla e-dokumentacji są te druki, które lekarze najczęściej wręczają pacjentom – recepty i skierowania na badania czy konsultacje. Korzyści z przejścia na wersje elektroniczne są tu oczywiste: ściślejsza kontrola ograniczy nadużycia (takie jak wystawianie recept na osoby, które wcale nie są chore), a rezygnacja z odręcznego pisma sprawi, że skończą się problemy z odczytaniem nazwy czy dawki leku w aptece (takie problemy oznaczają nie tylko stratę czasu dla pacjenta, ale i zagrożenie dla jego zdrowia).

Zaawansowane programy wdrażania e-recept do użytku są prowadzone m.in. w Wielkiej Brytanii, USA i krajach skandynawskich. Docelowo każdy lekarz będzie miał możliwość przepisania pacjentowi leku nawet bez komputera – wystarczy przenośne urządzenie, takie jak palmtop czy telefon komórkowy. Zlecenie zostanie wysłane do apteki bezprzewodowo, a połączenie z bazami danych pozwoli sprawdzić, czy farmaceutyk nie wejdzie w niekorzystne interakcje z innymi preparatami branymi przez pacjenta.
Amerykanie oszacowali, że wprowadzenie elektronicznych recept w całej służbie zdrowia będzie kosztować co najmniej 150 mln dolarów, ale roczne oszczędności mogą sięgnąć nawet 29 mld dolarów. W Polsce był prowadzony pilotażowy projekt testujący e-recepty, który zakończono w 2008 r. Od tamtej pory dzieje się niewiele – poza inicjatywą RX24, która skupia grupę prywatnych firm zainteresowanych wypracowaniem standardów. Pozostaje nam więc czekać, aż naszej służbie zdrowia ktoś wreszcie przepisze skuteczny lek na stagnację.

Dr Komputer twierdzi, że...

Przez stulecia najważniejszym elementem procesu diagnostycznego był lekarz. To on zbierał w całość wywiad i wyniki badań, stawiał hipotezy, wyciągał wnioski, by wreszcie podjąć decyzję co do leczenia pacjenta. I dopóki wiedza medyczna była stosunkowo skromna, system ten sprawdzał się znakomicie. Jednak w XX w. okazało się, że informacji przybywa w takim tempie, że nawet specjaliści w danej dziedzinie nie są w stanie przyswoić sobie ich wszystkich. Sięganie do podręczników i skoroszytów z procedurami czy konsultacje z kolegami po fachu stały się niezbędnymi elementami pracy lekarza. A mimo to i tak pojawiały się – i pojawiają nadal – błędy, które nierzadko oznaczały śmierć pacjenta. Dlatego pod koniec ubiegłego stulecia zaczęły się pierwsze próby włączenia komputerów do „aktywnego” uczestnictwa w stawianiu diagnozy. Postęp prac nad tzw. sieciami neuronowymi sprawił, że maszyny nabyły zdolność uczenia się i wyciągania wniosków ze zgromadzonych informacji.

Przełomem było stworzenie systemu automatycznie oceniającego wyniki EKG, który okazał się w tym skuteczniejszy od wybitnego kardiologa. Potem ruszyła lawina. „Jeden system, PAPNET, jest już szeroko używany w procesie kontrolnego badania wymazów z pochwy – mikroskopijnych próbek śluzu pobieranych z szyjki macicy – pod kątem zmian nowotworowych lub przednowotworowych, co wcześniej leżało w zakresie obowiązków patologa. Do tej pory naukowcy opublikowali ponad tysiąc prac poświęconych zastosowaniu sieci neuronowych w prawie każdej dziedzinie medycyny. Stworzono programy, które diagnozują zapalenie wyrostka, demencję, zaburzenia psychiatryczne i choroby przenoszone drogą płciową. Inne przewidują skuteczność leczenia nowotworu, przeszczepu narządów czy operacji wszczepienia zastawki serca. Istnieją również systemy, które odczytują zdjęcia rentgenowskie, obrazy mammograficzne i wykonane za pomocą pozytonowej tomografii emisyjnej” – pisze dr Gawande w „Komplikacjach”. Dr Michael Segal z Harvard Medical School opracował nawet oprogramowanie, które zastępuje konsultacje ze specjalistami z wielu różnych dziedzin. Wystarczy wprowadzić do komputera dane dotyczące pacjenta i objawy choroby, a maszyna postawi wstępne rozpoznanie i zaproponuje dalsze badania. Ba – istnieje nawet powszechnie dostępny serwis internetowy Medgle, oferujący zbliżone możliwości! I choć lekarze narzekają na pacjentów, którzy przychodzą do nich z „gotowymi” diagnozami, to w ogólnym rozrachunku będą mieli z tych technologii więcej pożytku niż szkody. Ostatecznie i tak to do nich należą ostateczne decyzje, a w przypadkach skomplikowanych oraz nietypowych i tak ludzka intuicja nadal okazuje się niezastąpiona.

Roboty na sali operacyjnej

 

Myśl o maszynach, które grzebią w naszych ciałach, może budzić przerażenie. Prawda jednak wygląda tak, że chirurgia już od dawna jest uzależniona od narzędzi, które coraz bardziej „odsuwają” lekarza od tkanek pacjenta. Praktycznie nikt (z niechlubnym wyjątkiem filipińskich szarlatanów) nie operuje gołymi rękoma. Nowoczesna medycyna doszła do granic możliwości człowieka: neurochirurgia skupia się na tak małych obszarach, że lekarze muszą je oglądać przez mikroskop podczas zabiegu, zaś chirurdzy naczyniowi używają do zszywania małych tętnic tak cienkich nici, że prawie ich nie widzą. Ważne jest też ograniczenie uciążliwości zabiegu dla pacjenta. Stąd tak wielka popularność zabiegów endoskopowych – lekarze nie muszą już wykonywać rozległych cięć, wystarczą niewielkie otwory (tzw. mały dostęp czy też „dziurka od klucza”), przez które do wnętrza ciała chorego wprowadzane są narzędzia, źródło światła i kamera. Chirurg operuje więc niemal wirtualnie – na tkankach, których nie tylko sam nie dotyka, ale nawet nie widzi na „własne oczy” (i dobrze, bo może oglądać obraz w powiększeniu). A stąd już niewielki krok do zastąpienia ręki człowieka ramieniem robota. Z prostego powodu – maszyna jest niesłychanie precyzyjna, nie męczy się i nie zadrży jej „dłoń”. Tymczasem nawet najlepszy chirurg może mieć z tym problem, zwłaszcza po długim dyżurze i wielu godzinach stania przy stole operacyjnym w obciążającej całe ciało pozycji.

Robot jest narzędziem, które daje lekarzowi niespotykany dotąd komfort pracy, a dla pacjenta oznacza szybszy powrót do zdrowia i krótszą hospitalizację. Czemu więc roboty nadal są rzadkością w szpitalach? Na przeszkodzie stoją koszty samego sprzętu (od miliona dolarów w górę) i szkolenia personelu. To ostatnie staje się coraz łatwiejsze – np. dzięki dr. Douglasowi Murphy’emu z amerykańskiego St. Joseph’s Hospital w Atlancie, który zorganizował kursy dla cyberkardiochirurgów przez internet. Kosztuje to sporo (100 tys. dolarów od osoby), ale i tak do Murphy’ego ustawiają się kolejki chętnych. I choć na razie na rynku dominuje jeden producent robotów chirurgicznych – Intuitive Surgical z całą rodziną systemów o nazwie da Vinci – do gry zaczynają wchodzić inne firmy. Większa konkurencja zawsze oznacza spadek cen, więc już niedługo cyberoperacje mogą stać się dla nas równie oczywiste jak zabiegi laparoskopowe.

Zdalny dyżur

W wielu krajach lekarzy pozornie jest zbyt dużo – nie mogą znaleźć pracy w zawodzie albo zarabiają za mało i w efekcie zasilają np. szeregi pracowników firm farmaceutycznych. W rzeczywistości jednak na rynku medycznym, także polskim, brakuje specjalistów w wielu dziedzinach. „Importowanie” ich z zagranicy sprawdza się umiarkowanie, czekanie na wykształcenie kolejnego pokolenia medyków też niczego nie załatwia. Z pomocą przychodzą więc roboty, które pozwalają lekarzom być niemal dosłownie w dwóch miejscach jednocześnie. Pionierami w tej dziedzinie są oczywiście Amerykanie. Nie tylko dlatego, że inwestują sporo w nowe technologie, ale również z powodu geografii swego kraju. Szpitale położone na głębokiej prowincji dzielą od centrów akademickich nierzadko setki kilometrów, a szczupłe budżety takich szpitali nie pozwalają na zatrudnienie pełnoetatowego specjalisty. Przykładem może być Mecosta County Medical Center w miejscowości Big Rapids. Placówki nie stać na zatrudnienie neurochirurga (w USA to wydatek rzędu 500 tys. dol. rocznie), więc w nagłych przypadkach, np. przy podejrzeniu udaru, prosi ona o konsultację dr. Omara Qahwasha z odległego o ponad 300 km miasta Pontiac. Lekarz nie musi w tym celu ruszać się z domu – wystarczy, że włączy laptop i przejmie kontrolę nad robotem RP-7. Maszyna ta jest w sumie zdalnie sterowanym zestawem do telekonferencji. Może podjechać do łóżka pacjenta, z którym lekarz rozmawia, pojawiając się na 15-calowym wyświetlaczu. Dzięki kamerze może obejrzeć nie tylko chorego, ale i wyniki jego badań. Jeśli stwierdzi, że dany przypadek wymaga nagłej interwencji, zaleci przetransportowanie pacjenta helikopterem do najbliższej wyspecjalizowanej placówki.

Nie jest to bynajmniej eksperymentalne przedsięwzięcie. Szpitale wspólnie utworzyły tzw. Michigan Stroke Network, w której pracują 33 roboty do zdalnych konsultacji neurochirurgicznych. Miesięczny koszt użytkowania jednego RP-7 to ok. 7 tys. dolarów, więc nawet po doliczeniu honorarium dla konsultanta rzecz jest opłacalna. Podobnych inicjatyw przybywa w szybkim tempie. Roboty komunikacyjne mogą częściowo zastąpić lekarzy np. w domach opieki dla osób starszych i z przewlekłymi chorobami. Do tych samych placówek mogą trafić cybernetyczni pielęgniarze, którzy wyręczą ludzi przy obciążających pracach, np. takich jak podnoszenie pacjentów. Czy będzie to dehumanizacja medycyny? Raczej wręcz przeciwnie. „Pacjenci czują ulgę, widząc przy swym łóżku specjalistę, nawet jeśli odbywa się to za pośrednictwem monitora” – mówi Connie Parliament, nadzorująca działanie Michigan Stroke Network. Poza tym w niektórych szpitalach RP-7 są ubierane w białe fartuchy i noszą tabliczki z nadanym przez personel imieniem. Ot, po prostu kolejni członkowie zespołu