Focus: Zajmuje się pani łagodzeniem cierpień i poprawą jakości życia ciężko chorych osób. Jednak pani książka „Ostatnie chwile” zaczyna się od opisów umierania. Dlaczego?

dr Kathryn Mannix: Chcę, by ludzie więcej wiedzieli o śmierci i mniej się jej bali. Dlatego opisuję ważnych dla mnie pacjentów. Piszę m.in. o tym, kiedy po raz pierwszy słyszałam, jak lekarz opowiada pacjentce o procesie umierania, szczegółowo, aż do ostatnich oddechów. Wtedy odkryłam, jaką moc ma prawdziwa wiedza, która potrafi rozwiać strach i obalić mity. Można powiedzieć, że napisałam książkę po to, by porozmawiać z czytelnikami w taki sposób, by przestali się bać umierania.

Jak się pani tego nauczyła? Kiedy ja studiowałem medycynę w latach 90. XX wieku, wykładowcy bardzo mało czasu poświęcali kwestii komunikacji z pacjentem. Nie uczono nas, jak rozmawiać o niepomyślnej diagnozie czy śmierci.

- Choć studiowałam wcześniej niż pan, bo na przełomie lat 70. i 80., miałam bardzo postępowy program nauczania. Odwiedzaliśmy ciężko chore osoby w ich domach. Rozmawialiśmy z emerytowanymi górnikami z zaawansowanymi schorzeniami płuc, ze stoczniowcami cierpiącymi na azbestozę, z kobietami w średnim wieku chorującymi na raka piersi. Szczerze opowiadali o swoich objawach, leczeniu i zbliżającej się śmierci. Nauczyliśmy się wtedy bardzo ważnej rzeczy: ludzie będą mówić, jeśli lekarze będą słuchać.

Warunki pracy lekarzy są dziś takie, że na to słuchanie często brakuje czasu.

- W tej dziedzinie powinniśmy stawiać wysoko poprzeczkę. Jako lekarze rozmawiamy z ludźmi o najważniejszych sprawach na świecie: ich życiu, płodności, zdrowiu ich dzieci, ich własnej sprawności, o tym, jak długo mogą jeszcze żyć i o śmierci. Słuchanie jest tu bardzo ważne. Chodzi o to, by dać pacjentowi czas na wypowiedzenie się i o to, by przemyśleć jego odpowiedź, zanim zadamy kolejne pytanie. To wydłuża konsultację, ale też sprawia, że pacjent ma szansę dojść do sedna swoich zmartwień. I potem jest mniej zestresowany, ma większe poczucie kontroli nad swoją chorobą, co z kolei powoduje, że lekarze czy pielęgniarki mają mniej pracy.

W Polsce problem polega m.in. na tym, że jest za mało lekarzy i katastrofalnie mało pielęgniarek.

- A ja właśnie od pielęgniarek najwięcej się nauczyłam. One pokazały mi, jak „być obok” osób, które umierają. To, że po prostu jesteśmy obecni, że podamy im wodę, zrobimy herbatę, potrzymamy za rękę, porozmawiamy o zainteresowaniach... To, że jesteśmy po prostu ludźmi, znaczy więcej niż cokolwiek innego.

W książce pisze pani o wzorcach umierania. Co to takiego?

- To objawy poprzedzające śmierć i różne ich konfiguracje. Jeszcze sto lat temu były one powszechnie znane. Ludzie w średnim wieku widzieli, jak umierają ich rodzice, rodzeństwo, dzieci. Rozpoznawali wczesne objawy zbliżającej się śmierci, takie jak utrata energii, apetytu i zainteresowania sprawami innymi niż te dotyczące najbliższej rodziny. Znali wzorce pojawiające się w ostatnich dniach i godzinach: zmieniający się poziom świadomości, charakterystyczny rytm oddychania pojawiający się podczas utraty przytomności. Ze śmiercią wiązały się rytuały wynikające z wiary lub kultury.

Teraz najczęściej ludzie umierają w szpitalach lub domach opieki, bez kontaktu z rodziną. Czuwanie przy umierającym stało się rzadkością.

- I dlatego nie jesteśmy oswojeni ze śmiercią. Śmierć w młodym wieku stała się rzadkością. Żyjemy dłużej i statystycznie przed osiągnięciem wieku średniego mamy możliwość zetknąć się ze śmiercią nie więcej niż raz. Nawet lekarze i pielęgniarki mają coraz rzadziej do czynienia ze stopniowym procesem umierania. Oczywiście to świetnie, że nowoczesna medycyna pozwala uratować ludzi przed śmiercią w kwiecie wieku i przywraca ich do zdrowia. Niestety, wskutek tego powstają też nierealne oczekiwania – że niezależnie od tego, jak bardzo pacjent jest słaby, chory i wiekowy, medycyna zawsze znajdzie rozwiązanie. Dla pracowników służby zdrowia śmierć często staje się „medyczną porażką”, a nie nieuchronnym końcem.