Dr Johan Beringer (1667–1740) miał niesamowite szczęście. Skamieniałości, na które natrafiał w okolicach Würzburga, były doprawdy niezwykłe. Pszczoły zbierające kwietny nektar, kopulujące żaby, pająki czyhające w zachowanej w skale sieci czy jaszczurka spetryfikowana w trakcie pożerania muchy nie były wcale najbardziej niezwykłymi okazami. Miał bowiem też skamieliny...  ogoniastych komet i promieni słonecznych, jak również zapisane po hebrajsku imię stwórcy, tzw. Tetragrammaton (YHWH). 

Niewinne kłamstwo na wieki

Dumny z tych wiekopomnych odkryć opublikował je w książce „Lithographie Wirceburgensis” (1726). Autor, choć dostrzegał ich niesamowitą i wręcz podejrzaną wyjątkowość, nie wątpił w ich autentyczność. Odrzucił też sugestie, że są one wykonane ludzką ręką. Dla kolejnych pokoleń naukowców Beringer stał się wzorem uczonej naiwności, człowiekiem, który dał się nabrać na tani żart swoich studentów. 

Dopiero od 1934 r., dzięki badaniom Heinricha Kirchnera w miejskim archiwum w Würzburgu, wiemy o sprawie więcej. Za żart odpowiadali inni lokalni uczeni: Ignatz Roderick i Johann Georg von Eckhart. Pierwszy uczył na uniwersytecie geografii i algebry, drugi był bibliotekarzem. Stworzyli kuriozalne fałszywki i z pomocą nastoletniego Christiana Zängera podsunęli nielubianemu koledze.

Coś z niczego

Na obronę Beringera można powiedzieć, że to, co dziś wydaje się nam absurdalne, przy ówczesnej wiedzy takie do końca nie było. Na początku XVIII w. proces powstawania skamieniałości nie był oczywisty. Choć zaczynał dominować pogląd o ich organicznym pochodzeniu, w naukowym obiegu były też poglądy o ich naturalnym powstawaniu. Skały i minerały miały wedle tej teorii spontanicznie naśladować naturę ożywioną. Takie widzenie skamieniałości dodatkowo wspierała teoria o spontanicznym powstawaniu życia (abiogeneza). Wedle tej jeszcze Arystotelesowskiej koncepcji drobne organizmy jak muchy, robaki czy żaby miały wyłaniać się samoistnie z błota, padliny czy innej materii nieożywionej

Wprawdzie już w 1668 r. Francesco Reddi przeprowadził eksperyment, w którym udowadniał, że larwy nie pojawiają się w gnijącym mięsie, jeżeli jest ono zabezpieczone przed muchami, ale całkowite odrzucenie abiogenezy nastąpiło dopiero w czasach Pasteura. 

Naukowy żart i zaślepiająca chęć sławy

To wszystko tylko częściowo broni zacietrzewionego Beringera, który podekscytowany odkryciem i liczący na sławę, nie wstrzymał się z publikacją, choć sami autorzy oszustwa zaczęli ostrzegać go, że ma do czynienia z fałszerstwem. Żart poszedł za daleko i mleko się rozlało. 

Mimo okpienia, Beringer zachował naukowe tytuły i najwyraźniej cieszył się estymą. Eckhart wkrótce zmarł, zaś Roderick, najprawdopodobniej pod przymusem, opuścił Würzburg. 

Ich żart ma się jednak dobrze do dziś. Po pierwsze afera, jaką wywołali, stała się jednym z kroków do finalnego przekonania świata nauki, że skamieniałości mają charakter organiczny. Po drugie swoisty hołd żartownisiom oddają też... współcześni fałszerze. Stephen Jay Gould, paleontolog i popularyzator wiedzy o ewolucji, przyglądał się kiedyś w Marrakeszu straganom z podrobionymi skamielinami, wciskanymi naiwnym turystom. Ku swojemu zdumieniu, trafił też na kilka takich, które miejscowi oszuści najwyraźniej skopiowali z publikacji Beringera.