Jeśli czytacie to wydanie „Focusa” po 21 grudnia 2012 r., to znaczy, że koniec świata nie nastąpił. Miłośnicy teorii spiskowych dyskutowali o nim od lat, opierając się na przepowiedniach Majów. Owi Indianie z Ameryki Środkowej zasłynęli stworzeniem kalendarza, w którym zamiast, tak jak my, określać upływ czasu za pomocą 100-letnich wieków, oznaczali kolejne, trwające ok. 400 lat epoki, tzw. baktuny. I tak 21 grudnia 2012 roku miał się według Majów zakończyć trzynasty cykl kalendarzowy, a wraz z nim – jak twierdzili zwolennicy teorii apokalipsy – cała nasza ziemska cywilizacja. W maju nastąpił jednak przełom. „Koniec świata odroczony!” – poinformowali z triumfem amerykańscy archeolodzy William Saturno z Boston University i David Stuart z University of Texas, którzy w ruinach Xultun, starożytnego miasta w Gwatemali, odkryli najstarszy, bo pochodzący aż z IX w., kalendarz Majów.

Po przebadaniu znaleziska naukowcy stwierdzili, że metoda pomiaru czasu Majów zakłada korzystanie z cykli o wiele dłuższych niż baktuny. „W tym roku jeden cykl się kończy, ale następny się zaczyna. Kalendarz Majów będzie działał przez kolejne miliardy, tryliony, a nawet oktyliony lat” – zapewniał światowe media dr Saturno.

 

Przepowiednie na szerokich wodach nauki

Czy możemy więc spać spokojnie? Niekoniecznie. Istnieje jeszcze przecież proroctwo Oriona głoszące, że poczynając od 21 grudnia 2012 r. Ziemię miałby nawiedzić ciąg kataklizmów, prowadzących do zagłady ludzkości.

Propagatorem tej wizji jest belgijski astrofizyk amator Patrick Geryl. Od ponad roku przygotowuje on nowoczesną Arkę Noego – grupę przetrwania, która przed końcem świata ma zamiar schronić się gdzieś w górach Afryki.

Co czeka nas w najbliższych latach? Kiedy skończy się świat? Czy ktoś wynajdzie lekarstwo na raka i poznamy sekret wiecznej młodości? Ludzie od zawsze interesowali się przyszłością. Prorocy i wizjonerzy stawali się bohaterami swoich czasów, a sława wielu z nich nie malała nawet po śmierci. Do dziś ekscytujemy się przecież wieloznacznymi przepowiedniami XVI-wiecznego francuskiego lekarza Nostradamusa, który miał rzekomo przewidzieć zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki oraz śmierć księżnej Diany.

Przepowiednie, które fascynowały masy, jednocześnie śmieszyły naukowców. Jednak ostatnio to się zmienia. Futurologia, zaliczana dotąd do świata ezoteryki, wkracza teraz na szerokie naukowe wody – chociażby w badaniach dotyczących przyszłości naszej planety.

„Futurologia to dość młoda, ale bardzo rozwojowa gałąź nauki. Człowiek od zawsze patrzy do przodu. Przyszłość jest jak ekran, w którym odbijają się nasze marzenia i lęki. Fascynuje nas to, co nieznane, nawet jeśli chodzi o przepowiednię na miliard lat wprzód” – tłumaczy prof. Nick Bostrom, profesor filozofii, który kieruje oksfordzkim Instytutem Przyszłości Ludzkości. Jednym z nowoczesnych futurologów związanych z Instytutem jest brytyjski astronom sir Martin Rees, z wykształcenia teoretyk kosmologii, który rok temu został uhonorowany brytyjskim odpowiednikiem Nobla – Nagrodą Templetona.

„Słońce powstało 4,5 miliarda lat temu i paliwa starczy mu jeszcze na około sześć miliardów lat. Ale to nie my, ludzie, będziemy świadkami jego końca. Prawdopodobnie zobaczą to twory tak podobne do nas jak my do dzisiejszych owadów” – mówił sir Rees podczas odbierania nagrody. I choć w jego przepowiedniach zdecydowanie więcej jest twardej nauki niż w pełnych fantazji wierszach Nostradamusa, część analiz Instytutu Przyszłości Ludzkości przypomina futurologię z książek Michaela Crichtona czy Stanisława Lema.

„Nie boję się tego powiedzieć: następne sto lat jest krytyczne dla ludzkości” – mówi prof. Bostrom, wyliczając apokaliptyczną listę zagrożeń dla współczesnego człowieka: od zagłady nuklearnej przez naturalne lub stworzone przez człowieka wirusy i bakterie, które zgładzą pół świata, aż do niebezpieczeństw technologicznych, takich jak atak nanorobotów. To właśnie ze względu na te niebezpieczeństwa futurologia jest, według Brytyjczyka, niezbędna. Musimy patrzeć w przyszłość, żeby minimalizować ryzyko dnia codziennego.

 

Kombinezony i mikrofalówki

A co się dzieje, jeśli próbujemy wybiec w przyszłość nie miliard, nie sto, ale kilkanaście lat? Dla specjalistów od reklamy, mody i nowych mediów przyszłość to nie wróżenie z fusów, ale analiza rynku. Dlatego obserwują rozwój trendów i tworzą wzory tego, co będzie się sprzedawać za rok czy kilka lat. W jednym z ostatnich trend booków przewidywano na przykład, że w roku 2012 konsumenci postawią na androgyniczność, wielofunkcyjność i minimalizm.

Z kolei w Wielkiej Brytanii od dwóch lat furorę robi książeczka dla dzieci z lat 70., której autor przewidywał, jak będzie wyglądał świat czterdzieści lat później. Napisana przez Geoffreya Hoyle’a, pisarza  science fiction i syna znanego astronoma sir Freda Hoyle’a (autora określenia „Wielki Wybuch”), książeczka zatytułowana „2010: Living in the Future” stała się kultową pozycją dla fanów futurologii. Nic dziwnego. Jej autorowi z zadziwiającą trafnością udało się zgadnąć, jak ogromną rolę w życiu człowieka będzie odgrywał przenośny komputer, jak niezbędne staną się smartfon i kuchenka mikrofalowa, a także w jaki sposób będziemy funkcjonować: robiąc zakupy z domu, korzystając z ekranów dotykowych i komunikując się za pomocą kamer internetowych.

Owe „proroctwa” były efektem bujnej i inteligentnej wyobraźni pisarza, którego wizja miała jednak kilka słabych punktów. Przewidywał on na przykład, że tydzień pracy skróci się do trzech dni, a na co dzień wszyscy będą nosić… kombinezony.