Na ulicach kilkudziesięciu miast Stanów Zjednoczonych słychać strzały, krzyki i płacz rannych. Gwardia narodowa i uzbrojona w wojskowy sprzęt policja wlała się na amerykańskie przedmieścia. Zwykli obywatele w bolesny sposób odkrywają, że zachęcani przez przełożonych (z tym głównym włącznie) do nieproporcjonalnego reagowania mundurowi chcą i robią im krzywdę.

Tak było 60 lat temu, tak jest i teraz. Wtedy zastrzelono Martina Luthera Kinga Jr’a, teraz kolanem zaduszono Georga Floyd’a. I wtedy i dziś ”ludzie mieli tego dość” a władza grzmiała o ”radykalnych agitatorach”.

W niemal wszystkich stanach ludzie szukali ujścia dla swoich frustracji, gniewu i strachu znajdując je zarówno w aktach przemocy i wandalizmu, jak i pokojowych protestach przed budynkami administracji państwowej. Tak jak wtedy, rządzący skierowali przeciwko nim lufy gładko-lufowej broni.

 

 

 

 

Jak zauważa pracujący dla Associated Press Ted Anthony, odniesień do przeszłości można znaleźć więcej. – Dla Amerykanów w pewnym wieku, także tych świadomych historii własnego kraju, niemożliwe jest ignorowanie podobieństw ostatnich dni i tych z lat 60-tych ubiegłego wieku – pisze dziennikarz.

Niespełna rok po zabójstwie pastora Kinga, 20 lipca 1969 roku załoga Apollo 11 przeszła do historii stawiając ludzką stopę na srebrnym globie. Teraz jesteśmy świadkami kosmicznego sukcesu bezpośrednio nawiązującego to tamtych czasów chwały. Znów kontekst społeczny jest ponury.

Gdy 30 maja satyryk Andy Milonakis skomentował na Twitterze wspólną misję SpaceX i NASA pogratulował astronautom i stwierdził: Opuścili dziś Ziemię. Dobry wybór, jego wpis przesłało dalej blisko milion osób a 4 miliony polubiło. Właśnie Twitter jest tym, co w znaczący sposób odróżnia przeszłość od teraźniejszości.

 

- Współcześnie żyjący muszą umieć poruszać się w rzeczywistości mediów społecznościowych przeładowanych obrazami zdolnymi prowokować. To komora echa pełna płynu do zapalniczek, będąca – także z winy prezydenta – punktem narodowej niezgody – podkreśla Anthony.

Wszystko wskazuje, że będący dopiero na półmetku, rok 2020 może przeskoczyć ów tragiczny 1968 jako jeden z najbardziej zapalnych w historii USA. Począwszy od nieudanej próby pozbawienia Donalda Trumpa władzy (impeachment), poprzez pandemię, szalejące bezrobocie na śmierci George’a Floyd’a kończąc.

Jak pisze autor Associated Press, ”wszystkie te nici przenikają się i wspólnie tworzą szalejącą, mętną rzekę będącą dla nas wszystkich niewyobrażalnym wyzwaniem”. Od początku istnienia Stanów Zjednoczonych osią podziału społecznego, obok nierówności ekonomicznych, jest ”różne rozumienie faktów i prawdy”.

- Wspólnym fundamentem tych wszystkich wydarzeń w naszej historii jest brak zgody co do tego, czym jest rzeczywistość. Brak zgody na temat faktów, na temat przyczyn – twierdzi historyk John Baick z Western New England University. 

Widać to w nieustającej debacie o tym, co ważniejsze: prawa indywidualne czy wspólne dobro. Dramatyczną kulminacją takiego cyklu był przecież rok 1860, gdy punktem zapalnym było niewolnictwo. Dziś tym punktem zapalnym jest przemoc policji wobec czarnoskórych.

 

W tle widzimy wydarzenia żywcem wzięte z wieku XX: pandemię roku 1918, kryzys ekonomiczny lat 30, kryzys administracji roku 1974 i zamieszki na tle etnicznym roku 1992. I tak jak w 1968 roku, echa tego co w USA słychać w Europie. 

Nie można kłaść absolutnej równowagi między polskim Marcem ’68 czy paryskim Majem ’68, ale faktem jest, że rok 1968 był czasem protestów na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych punktem zwrotnym były działania ruchów społecznych, często bardzo rewolucyjnych jak Czarne Pantery.

Masowe protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, wywołane dramatycznym epizodem, jakim była skierowana przeciwko siłom USA Ofensywa Tết, odbywały się w całych Stanach Zjednoczonych, ale i w Londynie, Paryżu, Berlinie i Rzymie.