Młody mężczyzna z Portsmouth od kilku lat nie ma łatwego życia. Za każdym razem gdy musi podać swoje nazwisko, robi mu się słabo. Wymianę tych samych zdań i denerwujące uśmieszki ma jak w banku. Nic dziwnego, skoro nazywa się Harry Potter. Naprawdę.

Zdjęcie prawdziwego Harry’ego trzymającego otwarty paszport obiegło niedawno brytyjskie portale. Chłopak użerał się z ludźmi wszędzie, gdzie musiał podać dane – z policjantami, sprzedawcami w firmie telefonicznej, a nawet gdy chciał umówić się z dziewczyną. Na dodatek wygląda na to, że największe kłopoty dopiero przed nim. Harry pracuje bowiem w banku. Czy gdybyś, drogi Czytelniku, brał kredyt i dostał dokument podpisany przez Harry’ego Pottera, ze spokojem odszedłbyś od kontuaru? Przecież kłopoty Harry’ego przejdą zaraz na ciebie i usłyszysz: „Panie, kogo pan chcesz zaczarować takim kredytem?”.

WYSTĘPÓW NIE BĘDZIE


Gdy parę lat temu Margaret Thatcher próbowała zmienić pracę, nikt nie oddzwaniał, uznając jej aplikację za żart. Dziś nie ma już takich kłopotów, bo „na szczęście ludzie przed trzydziestką słabo kojarzą, kim była Thatcher”. Nikogo nie interesuje też amerykański Gordon Brown. Młody człowiek z Seattle, który nazywa się tak samo jak brytyjski premier, przyznaje, że moje pytanie było pierwszym przejawem publicznego zainteresowania jego osobą. Zważywszy na orientację Amerykanów w geografii i polityce światowej – jest to zupełnie zrozumiałe.

Krzysztof Krawczyk kieruje działem montażu w firmie metalurgicznej pod Wrocławiem. Gdy się przedstawia, zawsze słyszy pytanie: czy będzie śpiewał? Do skojarzeń z piosenkarzem już przywykł i po prostu z góry zastrzega, że żadnych występów nie będzie. „Najczęściej spotykam się z niedowierzaniem, gdy rezerwuję pokój w hotelu” – opowiada. „Czasem muszę trzy razy potwierdzać, że naprawdę nazywam się Krzysztof Krawczyk. Ale nigdy mnie nie zlekceważono”. Ze znanymi nazwiskami nie mają też problemu korporacje taksówkowe – tam nazwisko jest tylko hasłem, nikt nikogo nie legitymuje. Znam dziennikarza, który zawsze zamawia samochód, podając nazwisko znanego polityka, i nigdy nie spotkał się z zaskoczeniem dyspozytorki.

Gorzej, jeśli osoba nosząca znane nazwisko dokona czegoś spektakularnego i wówczas wszyscy jego imiennicy są identyfikowani z tym faktem. Może to potwierdzić nasz redakcyjny kolega Artur Górski, który nazywa się tak samo jak poseł Prawa i Sprawiedliwości. Różnica wieku między nimi jest niewielka, na dodatek obaj kończyli tę samą uczelnię. „Skutki pomyłek dały znać o sobie gdy »tamten« Górski zaczął się udzielać publicznie. Został politykiem PiS-u i zgłosił na forum sejmowym wniosek o uczynienie Chrystusa królem Polski” – mówi nasz Artur. „Dowiedziałem się, że część potencjalnych nabywców moich książek nie kupuje ich, bo to dzieło »tego oszołoma z PiS«. Potem odebrałem kilka telefonów, z pytaniem »dlaczego nie lubię czarnych«? Bo przecież Artur Górski stwierdził, że wybór Baracka Obamy na prezydenta USA to »koniec cywilizacji białego człowieka«. Ktoś mi poradził, abym dodał sobie jakąś literę między imieniem a nazwiskiem, aby się odróżnić. Ale doszedłem do wniosku, że tego nie zrobię – powalczę o prawo do bycia Arturem Górskim, i to niech on doda sobie literkę. Póki facet regularnie strzela sobie w stopę – moje szanse na sukces rosną”.

NAZWISKO POMAGA


Z badań nad znaczeniem nazwiska dr Mirosław Boruta z Katedry Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie wysnuł wnioski zgodne z ludową mądrością: nazwisko jest ważne i lepiej nazywać się Poniatowski czy Zamoyski niż Brzdyl lub Gwóźdź. „Każdy chciałby mieć ładne, znane nazwisko. Niekiedy gwarantuje ono sukces, na który zapracowały poprzednie pokolenia, a osoby je dziedziczące są inaczej postrzegane przez społeczeństwo. Czasami łatwiej zdobyć im posadę czy dostać się na studia” – mówi dr Boruta. W ostatnich eurowyborach z listy Platformy Obywatelskiej mandat zdobył praktycznie nieznany Bogdan Marcinkiewicz. Bez wątpienia zadziałała magia nazwiska, tym bardziej że drugie imię kandydata to (a jakże) Kazimierz. Trzy lata temu na aukcji dzieł sztuki obraz średnio cenionego malarza Karola Wierusz-Kowalskiego sprzedano za zaskakująco wysoką cenę, tyle że „ten” Wierusz- Kowalski miał na imię Alfred.

Znane nazwisko może też stać się ciekawym wabikiem, zwłaszcza w erze internetu. O ile domena tusk.pl bez niespodzianek kieruje nas na strony Platformy Obywatelskiej, o tyle, wpisując adres kaczynski.pl, trafiamy na witrynę firmy... montującej bramy garażowe. Spółka powstała dawno, zanim Lech Kaczyński został prezydentem. Jak przyznaje jej dyrektor Piotr Kaczyński, tuż po wyborach liczba odwiedzin na stronie znacząco wzrosła, ale nie przełożyło się to na zauważalny wzrost obrotów. Doszło nawet do rozmów na temat sprzedaży domeny, ale kancelaria prezydenta nie była dość zdeterminowana, by adres odkupić.

Kolejnej zalety znanego nazwiska dowodzi przypadek mojego kolegi, który nazywa się tak samo jak wokalista znanego zespołu rockowego. Znalezienie w internecie jakichkolwiek informacji o nim graniczy z cudem. Ale czy nie jest to doskonały sposób na zachowanie anonimowości? Który cyberprzestępca będzie miał tyle cierpliwości, by wyłuskać go spośród setek tysięcy wpisów? Bezpieczeństwo w sieci gwarantowane!