Oczywiście kilkaset lat temu na Marsie nie istniała żadna ludzka cywilizacja, ale... może tam funkcjonować w przyszłości. Dzieci trafiłyby więc na Ziemię podczas dziwacznego wypadku, który doprowadził do zakłóceń czasoprzestrzeni. Zawsze pozostaje również możliwość, że cofnęły się w czasie na Ziemi, ale z przyszłości tak odległej, że planeta zmieniła się nie do poznania. Można sobie wyobrazić, że nie wszystko, co mówiła Agnes, było w średniowieczu zrozumiałe, nawet dla wykształconych ludzi. I że kronikarze zapisali tylko część, a reszta – bardziej interesująca – trafiła po kilkudziesięciu latach do uszu Rogera Bacona, który spisał wyłaniającą się ze wspomnień Agnes wizję technologicznych wynalazków przyszłości. Można też sobie wyobrazić, że wolał nie dodawać, skąd to wie, aby nie zostać oskarżony o jakieś diabelsko-magiczne machinacje i nie trafić na stos...

 

SPONTANICZNIE PRZENIESIENI

Istnieje oczywiście ewentualność, że przekazy kronikarzy o dzieciach z Woolpit są co do joty zmyśleniem. Tak jak, zapewne, historia Gila Pereza. Człowiek ów pojawił się znienacka 24 października 1593 r. na głównym placu miasta Meksyk. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zapewniał, że służy jako strażnik w pałacu hiszpańskich władz w Manili na Filipinach, a do Ameryki przeniósł się „w czasie krótszym niż pianie koguta”, gdy zdrzemnął się na posterunku! Aby dowieść, że mówi prawdę, przekazał wiadomość o niedawnym zamachu na filipińskiego gubernatora. Wystarczyło poczekać, aż za kilka tygodni pojawi się w Meksyku statek z wieściami z Manili. Ten czas Perez spędził w więzieniu pod okiem hiszpańskiej inkwizycji. Kiedy jednak przybył statek z Azji, potwierdził
informację o zamachu na gubernatora. Pereza wypuszczono na wolność i... nic więcej o nim nie wiadomo.

Sęk w tym, że nie ma o nim też wzmianki w żadnych archiwach, a opowieść o dziwnej podróży w czasie i przestrzeni pojawiła się pierwszy raz w kronice „Conquistas de las Islas Filipinas” Gaspara de San Agustina w 1698 r., czyli ponad sto lat po opisywanych wydarzeniach. Tak łatwo nie da się zignorować dwóch innych spraw: incydentu wersalskiego z 1901 r. oraz wydarzeń z angielskiej miejscowości Kersey z roku 1957. Na początku XX w. dwie wykształcone brytyjskie turystki – dyrektorka St Hugh’s College w Oksfordzie Charlotte Anne Moberly oraz jej zastępczyni Eleanor Jourdain – przeżyły dziwną przygodę w Wersalu, szukając pałacyku Petit Trianon. Zgubiły drogę, a potem robiło się coraz dziwniej, zaś kobiety czuły się coraz bardziej nieswojo. Najpierw wypatrzyły na poboczu stary pług. Później mężczyzn w małych trójgraniastych kapeluszach i długich szarozielonych płaszczach. Na koniec ujrzały kobietę w staromodnej sukience i szalu, siedzącą na stołku i coś szkicującą. Po czym nagle się ściemniło i kobiety zagadał lokaj, który wybiegł z pobliskiego budynku. Czar prysł. Wróciły do rzeczywistości, a postacie z innej epoki zniknęły.

Nie byli to aktorzy ani plan filmowy. Brytyjki po własnym śledztwie ustaliły, że... zobaczyły okolicę z 1789 roku, a także samą Marię Antoninę oraz żołnierzy z królewskiej gwardii szwajcarskiej. Czyżby „spontanicznie” przeniosły się w czasie tam i z powrotem? Podobną przygodę przeżyli trzej zaprzyjaźnieni piętnastoletni kadeci Royal Navy – William Laing, Michael Crowley i Ray Baker – podczas marszu na orientację we wschodniej Anglii w październiku 1957 r. Trafili do wioski Kersey, która nie dość, że wyglądała na opuszczoną, to jak z innej epoki. Budynki były stare, szachulcowe. Domy puste, z nielicznymi meblami i bielonymi ścianami. Wokół panowała upiorna cisza. Nie było śladu po samochodach, antenach, kablach. Najbardziej zaszokował ich jednak „sklep mięsny” w wiosce – było to pomieszczenie z wiszącymi półtuszami wołowymi, częściowo już zzieleniałymi i spleśniałymi. Nastolatkowie, chociaż aspirujący do noszenia żołnierskiego munduru, wystraszyli się i czym prę dzej dali nogę z wioski. Przez długie lata wspominali swoją przygodę, aż w końcu zajęli się nią badacze zjawisk paranormalnych. Uznali, że kadeci nagle, na krótko, cofnęli się w czasie do początków XV w. Dodajmy, że wioska Kersey leży w Suffolk, dwadzieścia kilometrów od wcześniej wspomnianego Woolpit...

 

CO SIĘ KOMU ZDAWAŁO

Jak to wszystko wytłumaczyć? Szekspir pewnie stwierdziłby, że „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. Badacze zjawisk paranormalnych sugerowali, że nawet jeśli nie doszło do przeniesienia się w czasie, to do zjawiska tzw. retrokognicji. Czyli zobaczenia przez uczestników tych wydarzeń obrazów z przeszłości, z innego wymiaru. Lecz obie te sprawy da się wyjaśnić racjonalnie, bez uciekania się do pseudonauki. Brytyjskie turystki mogły wpaść w Wersalu na uczestników przebieranej historycznej zabawy, jakie wówczas w okolicy praktykowano. Zaś Kersey jest niesamowicie klimatyczną i malowniczą wioską, z wieloma średniowiecznymi budynkami, krytymi strzechą. Zdaniem psychologów, w tych warunkach i przy dodatkowym stanie pewnego podniecenia (turystki podekscytowane zwiedzaniem, chłopcy podekscytowani misją), a także rosnącego zmęczenia (turystki zgubiły drogę, chłopcy trochę już wędrowali) mogło wystąpić zjawisko
derealizacji. Uczestnikom wydarzeń wzrósł poziom adrenaliny, a jednocześnie mózgi nie przyjmowały wszystkich bodźców. Mogli więc postrzegać otaczający ich świat jako odrealniony, mieć uczucie snu na jawie, a nawet stracić poczucie czasu. Reszta przyszła z latami, gdy człowiek ubarwia sobie wspomnienia i zaczyna pamiętać nawet rzeczy, których nie przeżył.