Chłopak trochę się jąka, zwłaszcza, gdy zostaje przyparty do muru jakimś bardziej ofensywnym pytaniem. Ale nawet, gdy się jąka, sprawia wrażenie bardzo pewnego siebie. Pozwalam sobie na to określenie - chłopak - bo jest parę lat ode mnie młodszy. Jest bardzo młody, jeszcze przed trzydziestką. Ma różowe włosy, okulary w najmodniejszych oprawkach, kolczyk w nosie, można powiedzieć że - chyba, bo się nie znam - jest nawet przystojny.

 

Wygląda świetnie, jakby ktoś go wymyślił; trochę, jak młody, hipsterski raper, trochę jak gotowy bohater serialu z Netflixa.

Takiego o hackerach, nielegalnym wydobywaniu i przetwarzaniu danych osobowych, wojnie informacyjnej, pełnej zwrotów akcji mieszaniny "Black Mirror" i "Mr.Robot". Strona Guardiana transmituje właśnie na żywo zeznania chłopaka przed komisją poselską brytyjskiej Izby Gmin. Bez kitu, jakiś naprawdę bystry dział kreacji musiał wpaść na to, że prawdę o naszej prywatności w sieci i złowieszczej firmie Camrbidge Analytica przekaże nam właśnie Christopher Wiley - zadeklarowany gej i weganin, o wyglądzie Quebonafide wymieszanego z młodym Jaredem Leto.

Jedyne, co pewne, to fakt, że przyszłość będzie zupełnie inna, niż jesteśmy w stanie sobie dzisiaj wyobrazić.  Snujemy nasze profetyczne scenariusze - pozytywne, częściej apokaliptyczne - tylko i wyłącznie na podstawie danych i zmiennych, które już mamy. Nasze pole widzenia jest zawsze kalekie i zawężone. Gryziemy żubra w dupę. George Orwell przewidział istnienie Wielkiego Brata - półboskiej istoty, zaglądającej w życie przerażonych obywateli przez system kamer, oraz do ich głów, przez Policję Myśli. Nie przewidział istnienia internetu, który uczynił tradycyjny totalitaryzm czymś zupełnie zbędnym.

George Orwell nie wpadł na Wielkiego Brata, który wcale nie musi się starać, aby nas podglądać. Nosimy go codziennie w kieszeni i z rozkoszą, uśmiechem, pragnieniem gratyfikacji oddajemy mu wszystko. Panikujemy, gdy przestaje działać, wpadamy w histerię, gdy przestaje nas podglądać. Oddajemy mu to, co jemy, to, jak wyglądamy, to, gdzie spędzamy wakacje, nasze porażki i problemy, nasze lęki i nadzieje, zainteresowania, oddajemy mu praktycznie wszystko  poza naszym życiem intymnym (chociaż jest bardzo dużo ludzi, którzy oddają chętnie i to) - więc czemu się w ogóle dziwimy, że Wielki Brat przekroczył swoje uprawnienia? Że złamał jakąś umowę, której nigdy, tak naprawdę, z nim nie podpisaliśmy?

 

Pierwszy raz usłyszałem o firmie Cambridge Analytica dobrze ponad rok temu 

Różni znajomi zaczęli podklejać sobie na facebookowych wallach mrożący krew w żyłach artykuł o finansowanej przez amerykańskich, prawicowych milionerów firmie, która tworzy na podstawie pobranych z Facebooka danych osobowych profile psychologiczne całej populacji, a następnie, na podstawie tych kilkunastu wyodrębnionych modeli zachowań, tworzy i emituje ludziom dostosowany do nich emocjonalny przekaz, mający zmienić, albo jeszcze bardziej utwierdzić ich przekonania. Za pomocą fałszywych kont na Facebooku, reklamy kontekstowej i odpowiedniego pozycjonowania ludzie dostawali bardzo konkretny, mniej lub bardziej podprogowy przekaz, nieoznaczony jako reklama lub propaganda polityczna.

Przekaz udawał artykuły, reportaże, reklamy, wywiady, content wysyłany przez osoby prywatne. To, że tego typu przekaz, mający skłonić nas do konkretnych zachowań konsumenckich, to jedno. Przekaz, mający skłonić nas do konkretnych wyborów przy urnach, to coś nowego. Wiley, były pracownik Cambridge Analytica, obecnie jawny informator o praktykach tejże, pojawia się w przestrzeni publicznej dwa tygodnie temu. Nadaje całej sprawie twarz, młodą, atrakcyjną, rodem z najnowszej kampanii streetwearowych ciuchów. Ze spiskowej teorii krążącej po szemranych portalach sprawa awansuje na czołówki mediów na całym świecie.