23 kwietnia domena google.com.ar przed godz. 22.00 pojawiła się jako dostępna do kupienia na serwisie Network Information Center Argentina. Cena z jaką wystawiła ją firma rejestrująca domeny krajowe .ar wynosiła 270 argentyńskich pesos, czyli ok. 3 dolarów. Chwilę wcześniej Nicolas Kuroña dostał na WhattsUpie informację, że nie można wejść na główną stronę argentyńskiej wersji wyszukiwarki Google.

Jak wyjaśnił później BBC, jego pierwszą reakcją po potwierdzeniu, że „faktycznie, nie chodzi”, było odwiedzenie NIC i wyszukanie szwankującej domeny. - Chciałbym wyjaśnić, że wszedłem na nic.ar i zobaczyłem, że google.com.ar jest dostępna więc legalnie ją kupiłem – oświadczył w wyjątkowo popularnym wpisie na Twitterze. 

Później na dowód wrzucił kolejnego twitta ze zrzutem ekranu potwierdzającym, że każdy chętny mógł argentyńską domenę Google’a zarejestrować dla siebie. - Kiedy zakończyłem proces płatności, i moje dane pojawiły się obok domeny, czułem pismo nosem. Wiedziałem, że coś się zaraz wydarzy i bałem się trochę. Po prostu nie wiedziałem co właściwie się stało – mówił BBC. O 21.54 domena google.com.ar należała do niego. Przynajmniej teoretycznie.

 - Muszę podkreślić, że nie miałem złych zamiarów. Po prostu chciałem kupić domenę, a NIC mi na to pozwolił – dodał projektant stron internetowych z Buenos Aires. BBC News zdołało uzyskać potwierdzenie z biura Google Argentina faktu chwilowego przejęcia przez osobę trzecią domeny, ale niewiele więcej. Nie wiadomo, co właściwie się stało.

Pierwsze skojarzenie, że najpewniej domena wygasła jest mało prawdopodobne, bo z wiarygodnych źródeł wynika, że nastąpić to miało dopiero 8 lipca. NIC sprawy nie chciał komentować w żaden sposób. Także tego, na co Kuroña poskarżył się brytyjskiemu dziennikarzowi, że serwis rejestrujący domeny nie kontaktując się z nim zupełnie po prostu odebrał mu domenę i nie zwrócił pieniędzy (przynajmniej do czasu wywiadu dla BBC).