W Polsce najlepiej z segregacją śmieci radzą sobie bezdomni zbierający puszki, butelki i złom na ulicach miast. Większość z nas nadal wyrzuca śmieci do kosza po to, żeby się ich pozbyć. Miała to zmienić tzw. ustawa śmieciowa. Plan był prosty: szybko uczymy się segregować śmieci, wkładamy je do kolorowych pojemników. Następnie specjalnie wybrane firmy przewożą przynajmniej część odpadków zamiast na cuchnące wysypiska do sortowni przygotowujących je do ponownego użycia. Równocześnie jak grzyby po deszczu rośnie liczba spalarni śmieci i biogazowni, w których produkowana jest energia, zaś firmy pozyskujące z odpadków surowce robią na tym doskonały interes. Rewolucja na razie się nie udała. Winni są nie tylko nieudolni urzędnicy. Śmieci trzeba docenić, a my wciąż nie dostrzegamy ich potencjału.

–  Nie zdajemy sobie sprawy, że większość tego, co trafia do kontenera (Polacy produkują 10 mln ton odpadów rocznie), można wykorzystać. Wielu z nas nie wie nawet, że we wstępnym, „domowym” sortowaniu chodzi przede wszystkim o to, żeby oddzielić odpady organiczne od nieorganicznych. Te ostatnie ponownie trafiają na linię sortowniczą – tłumaczy Anna Rodak, kierownik działu gospodarki odpadami w poznańskiej firmie doradczej Eko-Projekt. I dodaje: – Pewnie dlatego każdy inwestor, który rozważa zbudowanie zakładu zagospodarowania odpadów, trafia na ścianę społecznych protestów. Nie chcemy sortowni i spalarni w naszym sąsiedztwie, choć teoretycznie wiemy, że powinny powstawać.

Oczywiście nie tylko Polacy traktują śmieci wyłącznie jak kłopot. Na początku roku Wieczne Miasto dotknął kryzys śmieciowy podobny do tego, który kilka lat temu paraliżował słoneczny Neapol. Powód? Zatkała się Malagrotta, największe wysypisko śmieci w Europie – miało zostać zamknięte już w 2007 roku, ale zabrakło innego miejsca, gdzie mogłyby trafiać odpadki z Rzymu. Kryzys rozwiązano oczywiście doraźnie: śmierdzące transporty wędrują teraz do innych części Włoch. I problem z głowy. Tymczasem Włosi – tak jak Polacy – mogliby na swoich śmieciach zarobić krocie. Jak? Wystarczy zapytać Chińczyków.

Mieszkańcy Państwa Środka dostrzegli w niechcianych przez inne kraje odpadkach paliwo, którego potrzebował ich żarłoczny przemysł.

Chiński skup makulatury

Jeszcze na początku tego wieku Chiny importowały z USA głównie samoloty, auta i układy scalone. Kilka lat temu do tych produktów przemysłowych przewożonych statkami do Chin dołączyły tony zużytego papieru, plastikowe opakowania i popsuty sprzęt elektroniczny. Najciekawsze jest to, że nie Amerykanie płacili Chińczykom za składowanie odpadów, tylko Pekin kupował śmieci od USA. A odpadków nie brakowało. W 2011 r. Ameryka zarobiła na ich sprzedaży do Państwa Środka 11 miliardów dolarów. Mogłaby jeszcze więcej: niewykorzystywanie śmieci w samych Stanach to stracone 50 miliardów dolarów rocznie! Co z tego mieli Chińczycy? Część kupowanych odpadów po prostu spalali w elektrociepłowniach – wychodziło taniej niż kupowanie węgla czy tym bardziej gazu. Inne śmieci dosłownie oskrobywali z metali i substancji, które dla rozpędzonego chińskiego przemysłu, ciągle borykającego się z brakiem surowców, są cenniejsze niż złoto.

Do Ameryki płynęły później statki wypełnione wyprodukowanymi w Chinach tabletami, laptopami i smartfonami. Koło się zamykało. Niestety nadal za mało państw potrafi utylizować śmieci i równocześnie na tym zarabiać. Tymczasem światowa góra odpadów nieubłaganie rośnie.