Kiedy przed kilkoma tygodniami policjanci z Merseyside w Wielkiej Brytanii zdybali na gorącym uczynku złodzieja samochodów, ten niewiele myśląc rzucił się do ucieczki. Stróże prawa pobiegli za nim, ale szybko zgubili ślad. Nie dali jednak za wygraną. W pościg posłali latającego robota wyposażonego w kamerę termowizyjną, a ten wypatrzył zbiega w pobliskich krzakach i wskazał jego kryjówkę. To pierwszy przypadek w historii, kiedy latająca bezzałogowa maszyna pozwoliła zatrzymać przestępcę. Można się jednak spodziewać, że wkrótce usłyszymy o kolejnych, bo takie konstrukcje powstają już w około 40 krajach na świecie. Tworzone są nie tylko na potrzeby policji, ale też służb ratowniczych poszukujących ofiar katastrof, patroli granicznych tropiących nielegalnych imigrantów czy armii pragnących poznać zamiary wroga.

HELIKOPTER Z KRAKOWA


Latające roboty powstają także w naszym kraju. Najnowocześniejszy z nich, jedyny w Polsce robot helikopter ma około dwumetrową rozpiętość wirników. Prototyp maszyny powstał w krakowskiej Akademii Górniczo- -Hutniczej. Napędzany jest 3-konnym silnikiem benzynowym i jest w stanie latać na wysokości do 1000 metrów na odległość nawet do 10 kilometrów od centrum dowodzenia. Podstawowa wersja jest w stanie zabrać na pokład sześć kilogramów kamer i urządzeń pomiarowych. Powstająca właśnie druga wersja robota, ma unieść ich już 12 kg. Zadaniem tych urządzeń jest monitorowanie terenu, nad którym leci maszyna, i przekazywanie zarejestrowanego obrazu na Ziemię.

Na uwagę zasługuje zaawansowany system sterowania robotem. Maszynę wyposażono w algorytmy umożliwiające autonomiczny start, lot i lądowanie. – W praktyce oznacza to, że jeszcze przed startem robota, w laptopie ze specjalnym oprogramowaniem, na wczytaną mapę nanosi się punkty nawigacyjne – wyjaśnia twórca urządzenia dr Grzegorz Chmaj z AGH. Laptopem uruchamia się też procedurę startową. Później operator jest już zbędny. Robot rozkręca wirnik, startuje, osiąga pierwszy punkt nawigacyjny i podąża do kolejnych, tak jak trasa została zaprogramowana, po czym wraca i ląduje. Nad robotem można też w każdej chwili przejąć kontrolę i zdalnie sterować nim za pomocą dżojstika, jednak tę opcję przewidziano tylko na sytuacje awaryjne.

Człowiek nie jest też potrzebny do sterowania kamerami i innymi urządzeniami pomiarowymi. Sprzęty te zamontowane są na specjalnej samostabilizującej się głowicy. To ruchomy uchwyt, który samoczynnie dba o to, by oś optyczna kamery była stale skierowana w jeden punkt, z góry wyznaczony przez operatora, niezależnie od ruchów śmigłowca robota, na przykład wtedy gdy podmuch wiatru znosi maszynę na boki.

Jeśli operator chce mieć większą kontrolę nad tym, gdzie patrzy oko kamery, zakłada specjalne okulary, które reagują na ruchy jego głowy. Jeśli pochyli głowę w dół, to kamera też skieruje się ku dołowi.

Jeśli popatrzy w prawo, kamera obróci się w tym samym kierunku. Kamer może być więcej niż jedna. – Trzeba jednak pamiętać, że jeśli załadujemy kilka kamer, musimy wziąć mniej benzyny, a to oznacza, że zredukujemy zasięg śmigłowca – mówi dr Grzegorz Chmaj.

Niewątpliwą zaletą śmigłowca robota jest to, że maszyna tego typu może zawisnąć w powietrzu nad wybranym celem i prowadzić jego obserwacje przez dłuższy czas. Jest też niesłychanie zwrotna i pozwala oglądać obserwowany obiekt z dowolnej perspektywy. Jednak jeśli chodzi o monitorowanie dużych obszarów znacznie lepiej sprawdzają się roboty zbudowane na ramie samolotu. Takie konstrukcje powstają również w Polsce, między innymi w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, Politechnice Poznańskiej czy Rzeszowskiej. Nie są duże, a rozpiętość ich skrzydeł to około 2 metrów. Podobnie jak polski helikopter robot, samodzielnie, bez pomocy człowieka pokonują z góry ustaloną trasę.

SYMULACJA SPADANIA