Horror w reżyserii Alfreda Hitchcocka miał – wedle klasycznej receptury – zaczynać się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie stopniowo rosło. Podobnie wyglądała sytuacja w przypadku wycieku ropy z podmorskiego odwiertu w Zatoce Meksykańskiej. Po 20 kwietnia, gdy doszło do awarii na platformie wiertniczej Deepwater Horizon, użytkowanej przez brytyjski koncern BP, mówiło się o ilości rzędu 5 tys. baryłek (ok. 800 tys. litrów) dziennie. Potem co chwila pojawiały się nowe szacunki. W połowie czerwca naukowcy stwierdzili, że wyciek w rzeczywistości może być 10 razy większy! A przez dwa miesiące akcji ratowniczej nie udało się go skutecznie zahamować. Gdy zamykaliśmy to wydanie „Focusa”, plama ropy miała powierzchnię taką jak ćwierć Polski.

Problemy z oszacowaniem rozmiaru katastrofy i jej opanowaniem są oczywiście przykładem na bezradność nauki. Tyle że uczeni nie mogą wyciągać wniosków czy rozwiązań ratunkowych z rękawa – muszą najpierw przeprowadzić badania, symulacje i eksperymenty. A na to, niestety, w ostatnich dziesięcioleciach chronicznie brakowało pieniędzy. Koncern BP jeszcze niedawno twierdził, że jest przygotowany na szybkie opanowanie takiego wycieku, ale w obliczu faktów musiał przyznać, że było to zwykłe kłamstwo.

W rzeczywistości nikt nie wie nawet, jakie skutki może mieć ta katastrofa. Z pozoru problem jest ogromny, ale – jak pokazuje historia – to jeszcze o niczym nie świadczy.

PODWODNA ZAGADKA


W 1979 r. z odwiertu Ixtoc I (też na dnie Zatoki Meksykańskiej) wypłynęło 350 mln litrów ropy, ale po kilku latach praktycznie nie było po niej śladu. Z drugiej strony, relatywnie małe incydenty mogą wywołać potężne spustoszenie. W 1989 r. u wybrzeży Alaski z tankowca Exxon Valdez wypłynęło „tylko” 40 mln litrów, czego skutki są widoczne do dziś. Jeszcze gorzej było 20 lat wcześniej, gdy do wody przedostało się 700 tys. litrów ropy w okolicy West Falmouth na Florydzie. Ta „kropelka” – w porównaniu z Deepwater Horizon, który wypuszcza ponad dziesięć razy tyle w ciągu jednej doby! – po prostu zmasakrowała nadmorski ekosystem.

Wszystko zależy od tego, jaka frakcja ropy trafia do wody i z jakimi rejonami się zetknie. A tego też dziś nie wiadomo – awaria wydarzyła się na dużej głębokości, gdzie nie docierają nurkowie, a zdalnie sterowane maszyny mają spore problemy. Z odwiertu prawdopodobnie wypływa „aerozol” złożony z ropy i metanu, który jest potem roznoszony przez prądy morskie w trudnych do przewidzenia kierunkach. „Z opracowanej przez nas symulacji wynika, że toksyczna plama za jakiś czas skazi nie tylko wybrzeża Florydy – z ich unikatowymi bagiennymi ekosystemami – ale też wydostanie się z zatoki i, niesiona przez Prąd Zatokowy, popłynie na północ wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Ameryki Północnej” – ostrzega Synte Peacock z National Center for Atmospheric Research. Skażenie może w ten sposób dotrzeć do Europy, choć będzie wówczas zapewne na tyle roźcieńczone, że nie wyrządzi większych szkód. Ale po drodze jest jeszcze Morze Sargassowe – jeden z najcenniejszych pod względem biologicznym akwenów na świecie.

Skutki ekologiczne są w tym przypadku trudne do oszacowania. Zapewne dopiero po wielu miesiącach dowiemy się, które stworzenia ucierpiały najbardziej. Na razie najwięcej uwagi media poświęcały pelikanom brunatnym, czyszczonym przez armie zdesperowanych obrońców przyrody (nie wiadomo nawet, czy miało to sens – wiele ptaków mimo to zginie). Ten gatunek całkiem niedawno zmienił swój status z zagrożonego na stabilny – plama ropy może zniweczyć dziesięciolecia wysiłków nad jego ochroną. W jeszcze gorszej sytuacji jest tuńczyk błękitnopłetwy, który akurat w tym okresie pojawia się w Zatoce Meksykańskiej na tarło. Ogółem na liście stworzeń zagrożonych przez wyciek jest ponad 600 gatunków.

WIĘCEJ BRUDÓW NA HORYZONCIE


Po takiej katastrofie na pewno znajdzie się więcej środków na badania naukowe związane z wpływem ropy na środowisko. Pytanie tylko, czy to wystarczy. Nie jest to przecież pierwszy duży wyciek ropy i niestety raczej też nie ostatni. Koncerny naftowe wiercą dziś w dnie morskim na tysiącach platform na całym świecie. Wiele z nich ma mniejsze i większe wycieki, które nie zawsze nawet są zgłaszane władzom – twierdzą organizacje ekologiczne. A ponieważ łatwo dostępne złoża się wyczerpują, firmy sięgają coraz głębiej i coraz dalej.

Głębokość jest tu o tyle istotna, że w razie kłopotów trudno jest szybko opanować sytuację, czego smutnym przykładem jest Deepwater Horizon. Odległość może dopiero stać się problemem. „Kanada jest coraz bardziej zainteresowana szukaniem ropy na terenie Oceanu Arktycznego, a po ostatnich posunięciach administracji prezydenta Obamy USA też będą mogły się tym zająć” – pisze na blogu Class M James Hrynyshyn, amerykański dziennikarz i konsultant. Jego zdaniem katastrofa w tym rejonie byłaby jeszcze gorsza – nie dość, że to „daleko od domu”, więc trudniej dotrzeć z pomocą, to na dokładkę arktyczne wody należą do najbardziej bioróżnorodnych ekosystemów świata. Naukowcy od dawna apelują o objęcie ich ochroną, ale wygląda na to, że presja przemysłu i polityków da efekt wręcz odwrotny.

GORZEJ NIŻ W CZARNOBYLU