„Gdy cięto nożami ich ciała, czułem, jakby to mnie krojono. Nie mogłem powstrzymać łez, a oni uśmiechali się i patrzyli obojętnie przed siebie” – autor tych słów George Catlin był pierwszym artystą, któremu indiańskie plemię Mandanów pozwoliło obserwować i uwiecznić na rysunkach Taniec Słońca.

Obrzęd, który tak nim wstrząsnął, przypominał brutalne tortury. Szaman nacinał skórę mężczyznom na piersiach lub plecach, przez krwawiące rany przeciągał drewniane kołki, które mocował do rzemieni zwisających z potężnego pala–totemu. Co pewien czas rzemienie naciągano, unosząc „tancerzy” na wysokość kilku met-rów. Potworny ból sprawiał, że tracili przytomność lub doznawali wizji uważanych za przesłanie od duchów. Rytuał kończył się, gdy skóra pękała i oszołomieni ludzie padali na ziemię.

Gdyby Catlin żył 150 lat, przeżyłby szok, oglądając film, jaki na YouTube umieścił polski raper Popek, dokumentujący wstrzykiwanie tuszu w… gałkę oczną. Popkowi nie wystarczał już tatuaż na całym ciele i skaryfikacje na twarzy, wyrwanie zębów i wstawienie złotych. Wytatuowanie oczu to zabieg niebezpieczny, grożący utratą wzroku, nieodwracalny. Trzeba naprawdę dużej determinacji, by się mu poddać.

Chociaż efekt w postaci deformacji ciała bywa podobny, Indianom z amerykańskiej prerii i ekscentrycznemu raperowi przyświecały inne cele. Indianie katowali się, by przebłagać istoty nadprzyrodzone, pozyskać ich pomoc w polowaniu lub na wyprawie wojennej, od czego zależało przetrwanie całego plemienia. Raper robi to dla rozgłosu,  kreując się na twardziela.

Człowiek zagrożony

Najstarsi Europejczycy i Amerykanie, którzy przeżyli drugą wojnę światową, mają dziś ponad 70 lat. Prof. Steven Pinker, psycholog z uniwersytetu Harvarda, dowodzi więc nie bez podstaw, że świat nigdy nie był tak bezpieczny jak dziś. Na potwierdzenie tej tezy przytacza w książce „Better Angels of Our Nature” (Lepsze anioły naszej natury) mnóstwo argumentów. Otóż w średniowieczu na 100 tys. ludzi około 100–110 padało ofiarą morderstw. W czasach prehistorycznych 500. Obecnie ten wskaźnik waha się w okolicach… jednego!

Jeszcze większe żniwo zbierały wojny. Gdy ludzie żyli w społecznościach zbieracko-myśliwskich, nieustannie zmieniali miejsce koczowania i wchodzili na tereny innych rodów czy plemion. Konflikty były więc nieuchronne, a od ich wyniku zależało przetrwanie.

Antropolog Lawrence Keeley ocenia, że w czasach prehistorycznych i w społecznościach plemiennych od 15 do 60 proc. mężczyzn nie umierało śmiercią naturalną, lecz ginęło z rąk innych wojowników. Obliczenia te oparł na wynikach prac archeologów i własnych badań ludów Nowej Gwinei, wśród których śmiertelność osiągała ten górny pułap. „Gdyby podobne wskaźniki obowiązywały w XX wieku, liczba ofiar dwóch wojen światowych nie wyniosła-by 100 milionów, lecz dwa miliardy” – powiedział Pinker w wywiadzie dla tygodnika „New Scientist”.