Andrzej Grabowski: Nie przygotowałem się, ale... może gdybym się zastanowił to bym głupio gadał? Co by tutaj takiego historycznego znaleźć w mózgu? Wiem. Góra Synaj.

Hanna Halek: Był Pan na niej?


Andrzej Grabowski: Dwa lata temu chyba. Powiedziano nam, tzn. moim córkom, dziewczynie i mnie: "Ubierzcie się ciepło", więc człowiek założył na grzbiet te dwa t-shirty, prawda? "Weźcie coś do picia"- to ja jak ten idiota obwiesiłem się pięcioma litrami wody. O drugiej w nocy wystartowaliśmy spod monastyru św. Katarzyny. I wtedy...przewodnik zrobił coś okropnego. Powiedział, że to może wcale nie jest "ta" góra Synaj i możliwe, że Mojżesza tam w ogóle nie było.

Hanna Halek: Jezu!

Andrzej Grabowski: Boże! A tu noc i kamienna pustynia. Absolutnie rozczarowany odpadłem po pierwszych 2 kilometrach. Córki z dziewczyną poszły jednak dalej, telefonując do mnie co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy mnie jakiś tygrys nie zeżarł.  

Hanna Halek: Ale tam nie ma tygrysów.


Andrzej Grabowski: A bo to wiadomo co tam jest? Ciemno było.

Hanna Halek: I co Pan robił w tych ciemnościach?

Andrzej Grabowski: Siedziałem na kamieniu, a wokół mnie chodzili ci wszyscy beduini z wielbłądami i powtarzali: "good camel, good price". Wynająłem więc w końcu camela, wsiadłem na niego i z całym swoim lękiem wysokości, chybocząc się na lewo i prawo na skraju przepaści, wjechałem na górę.

Hanna Halek: Uff...

Andrzej Grabowski: Ale wielbłąd nie wwiózł mnie na samą górę, bo od pewnej wysokości były już długie (siedemset albo i nawet siedem tysięcy, przynajmniej wtedy tak mi się zdawało) schody i musiałem wspinać się po nich sam. Szedłem w kolejce, jeden za drugim jak na Marszałkowskiej mając na wysokości oczu co najwyżej tyłek jakiejś starej prawosławnej Rosjanki. Zmęczony, obwieszony niepotrzebnymi bagażami i przy temperaturze 0 stopni wystrojony w dwa t-shirty byłem coraz bardziej zdegustowany faktem, że najprawdopodobniej to w ogóle nie jest "ta" góra Synaj i w ogóle nie było na niej Mojżesza i tylko ludzie tak to sobie później ustalili. I co ja tu w ogóle robię? Trzeba było jednak zaprzestać myślenia i maszerować dalej, żeby zdążyć na 5.23.- na wschód słońca, podobno jeden z najpiękniejszych na świecie. Córki były już na miejscu, siedziały owinięte w niezmiernie brudne i zapchlone, wynajęte od beduinów koce. Wschód słońca okazał się całkiem przeciętny, widziałem lepsze w Gorcach albo Bieszczadach, a gdy już wyszło to słońce, żeby zdążyć przed nadchodzącym upałem, trzeba było szybko schodzić z powrotem pod monastyr, gdzie rośnie krzew gorejący.

Hanna Halek: Prawdziwy czy rzekomy?

Andrzej Grabowski: Prawdziwy, ale przewodnik nie omieszkał nas poinformować, że jest to po prostu pewien gatunek krzewu, który przy pewnych temperaturach sam się zapala, więc Mojżeszowi również mógł zapłonąć bez udziału wyższych mocy. To mnie już całkiem dobiło. I jeszcze ci podskakujący pod krzewem ludzie, by zerwać choć jeden listek, bo nie wolno. Trzęsą tymi gałęziami, rzucają kamieniami. Ja oczywiście też jakiś listek zerwałem czy też znalazłem.

Hanna Halek: To zerwał Pan czy znalazł?


Andrzej Grabowski: Nie pamiętam. Chyba znalazłem. Trochę byłoby mi przecież wstyd tak podskakiwać, bo a nuż byłby w okolicy jakiś Polak i zobaczyłby Ferdka Kiepskiego, który skacze pod gorejącym krzewem.

Hanna Halek: A gdyby był Pan tam sam? Skakałby Pan?

Andrzej Grabowski: Kto wie? Może bym i skakał.

Hanna Halek: I co dalej?

Andrzej Grabowski: Próbowałem trzymać się pozytywnej wersji. Mimo, że to nie jest pewne, że to góra Synaj, że ten krzew gorejący to niekoniecznie kwestia cudu ze Starego Testamentu, że nie wiadomo, czy ten Mojżesz tam był czy nie był i ile tych tablic zniósł, bo podobno było więcej przykazań.

Hanna Halek: A przynajmniej powinno być...

Andrzej Grabowski:...bo wtedy nie byłoby siedmiu grzechów głównych sprecyzowanych przez kościół. Przez półtora dnia nie mogłem dojść do siebie ze zmęczenia oraz zimna. I to już koniec historii.

Hanna Halek: Czego Pan oczekiwał na tej rzekomej górze Synaj?

Andrzej Grabowski: Myślałem, że na szczycie, przy najpiękniejszym wschodzie słońca na świecie, otrzymam może nie tablicę z dekalogiem, ale jakąś łaskę. A tu? Żadnych przeżyć nie miałem, oprócz tego, że chciałem jak najszybciej zleźć z tej góry Synaj. Mówię o tym, że ten świat tak w ogóle człowieka coraz bardziej rozczarowuje. Oczekiwałem od historycznej góry większego przeżycia. Absolutu. Nie westchnąłem na niej jednak: "Jestem, Boże drogi, oto jestem!".

Hanna Halek: A może rozczarował się Pan sobą?

Andrzej Grabowski: Może tak jest, że starszym ludziom wyobraźnia już inaczej pracuje.

Hanna Halek: Pomyślał Pan, że nie stać Pana już na wyższe uczucia...

Andrzej Grabowski: To też nie jest przyjemne. Człowiek myśli wtedy: "Zaraz, czegoś mi brakuje. Tej dziecięcej naiwności, nie potrafię się naprawdę przejąć, doznać czegoś niesamowitego. Powinienem przeżywać, a ja nie przeżywam".

Hanna Halek: Często spotyka się Pan z Andrzejem Grabowskim?

Andrzej Grabowski: Tak naprawdę to tylko w mojej rodzinnej Alwerni. Tam jestem nieskażony tym, co widziałem i jednocześnie bardzo blisko moich wyobrażeń z  czasu dzieciństwa. Te niewielkie dęby, które tam wciąż rosną, nadal są dla mnie największymi baobabami na świecie. To mnie porusza. Wspomnienia, korzenie, miejsca, w których już bywałem, a nie te, które znam z telewizji, z książek, historii czy opowieści kolegów.

Hanna Halek: Wiele się Pan na tej górze Synaj o sobie dowiedział.

Andrzej Grabowski: Tak. Zacząłem analizować: "Dlaczego nie miałem żadnych orgazmów na górze Synaj?"

Hanna Halek: Dlaczego?

Andrzej Grabowski: Zimno, zmęczenie i nawet ta rzekomość Synaju to dalszy plan. Tak naprawdę nie miałem uniesień, bo to miejsce jest osiągalne dla każdego człowieka. Wobec tego, obcując z nim, nie jestem nikim wyjątkowym. Skoro nie jestem nikim wyjątkowym, widzę, że tu wypożyczają mi pchły z koca i sprzedają lurowatą herbatę, to kim ja jestem? Nie mogę powiedzieć, że przeżywam orgazm, skoro go po prostu nie przeżywam. To byłoby samooszustwo i za chwileczkę zacząłbym mówić o moim zawodzie, jako o wielkim posłannictwie, którym nie jest i opowiadać jak dojmująco zmieniła mnie góra Synaj. Zszedłem z niej nowy, nawrócony i lepiej zacząłem myśleć o świecie i bliźnich. To bez sensu. Mam do siebie pretensje, ale w sumie jednak...jestem zadowolony, że tam byłem.

Hanna Halek: O!?

Andrzej Grabowski: Bo innej góry Synaj nie ma, mimo, że ona niekoniecznie jest "tą" górą Synaj. Wiem też, że wszystko co się dzieje, dzieje się w nas, a nie na zewnątrz. Na górze Synaj przyznałem się do siebie. Do swojej normalności.