Velux 5 Oceans to najtrudniejszy wyścig żeglarski świata. Zawodnicy płyną samotnie przez dziewięć miesięcy dookoła Ziemi wokół trzech przylądków. W tym roku po raz pierwszy w historii regat bierze w nich udział Polak, 37-letni Zbigniew Gutkowski (Gutek). 18-metrowym jachtem Operon Racing ściga się z byłym czołgistą, trenerem pilotów, szkutnikiem i... pechowym 30-latkiem, który przed startem złamał maszt, musiał kupić nową łódź, podczas pierwszego etapu dwukrotnie zawijał do portu z powodu choroby i poważnej awarii. Z francuskiego portu wypłynęli 17 października 2010 r., do mety dotrą w lipcu 2011 r. Po drodze czeka ich piekielny upał i przejmujący mróz, wiatr dochodzący do 150 km/godz. i kilkupiętrowe fale. Na oceanie są zdani tylko na siebie. „Jeśli coś mi się przydarzy na środku Pacyfiku, to pomoc nadejdzie najwcześniej po siedmiu  dniach” – mówił przed startem Gutek, gdy żegnaliśmy go w La Rochelle.

8 dni później, żeglując po Atlantyku, próbował odczepić wodorosty od płetwy sterowej i zraniło go śmigło generatora wiatrowego. „Nie zauważyłem śmigła, bo jak się szybko kręci, to go po prostu nie widać”. Krwawienie było mocne, lekarze kazali Gutkowi ogolić głowę i oczyścić ranę. Okazało się, że nie da się jej zszyć, bo cięć jest kilka. Aby uniknąć zakażenia, na jakiś czas utknął w kajucie. „Nie mogę wychodzić na zewnątrz, bo fale wchodzą na pokład, a płynę w sporym przechyle. Nie chcę zamoczyć głowy w słonej wodzie. Śmigło i tak było w soli morskiej”. Po tej przygodzie Gutkowi została na szczęście tylko szrama i dziś żartuje, że z blizną na czole wygląda bardziej męsko. Polski żeglarz nie jest oczywiście jedynym, który musiał sam się ratować. W 1998 r. Rosjanin Wiktor Jazikow przeprowadził na sobie operację wycięcia ropnia. Francuz Bertrand de Broc, uczestnik innych regat, rozcięty język zszył sobie nićmi do cerowania żagli. Na wypadek takich sytuacji zawodnicy przechodzą szkolenie medyczne – potrafią założyć sobie gips, zrobić zastrzyk lub podać kroplówkę. Gutek uczył się zszywać rany na świńskiej racicy. W apteczce ma środki na każdą okazję – jego żona jest weterynarzem i wyposażyła go nawet w niektóre leki dla zwierząt – jej zdaniem – skuteczniejsze.

 

Pokonać obrzęk mózgu

Sportowcy walczą z żywiołem nie tylko na morzu. Najsłynniejsza przygoda przydarzyła się alpiniście Joe Simpsonowi, który w 1985 r. z Simonem Yatesem postanowił zdobyć Siula Grande w Andach Peruwiańskich od zachodniej, nachylonej niemal pod kątem 90 stopni strony góry i to po alpejsku, czyli praktycznie bez zabezpieczeń (byli jedynie połączeni liną). Udało im się, ale podczas zejścia Joe złamał nogę, co – biorąc pod uwagę okoliczności – oznaczało wyrok śmierci. Simon początkowo próbował opuszczać go na dół na linie, ale w którymś momencie, gdy Joe się zaklinował, towarzysz musiał przeciąć linę, na której wisiał przywiązany do niego Joe, przekreślając jego szanse na przeżycie. 25-letni młody i silny alpinista  jednak przeżył upadek w lodową jaskinię, przez dwa tygodnie czołgał się i kuśtykał z nogą usztywnioną karimatą, jadł lód. Swoje niewiarygodne przeżycia opisał w książce „Touching the Void”, na podstawie której nakręcono film „Czekając na Joe”.

Alpinistów w wyższych partiach gór może zabić choroba wysokościowa – do tej pory jedyną metodą na jej pokonanie było podanie leków odwadniających i zejście niżej. Sęk w tym, że człowiek z obrzękiem mózgu nie myśli racjonalnie i nie potrafi prawidłowo ocenić swojej sytuacji. Tu życie może uratować przytomny partner i tzw. worek Gamowa – gumowy namiot, w którym układa się chorego, po czym wtłacza powietrze, wytwarzając ciśnienie atmosferyczne (+165 mmHg/+220 mbar), panujące na wysokości 1500–2000 m. Do obsługi namiotu wystarczy jedna osoba, która zostaje na zewnątrz i pompuje powietrze do środka. Najbardziej zaawansowanym modelem takiego sprzętu firmy Certec dysponuje Bogusław Ogrodnik – zdobywca Korony Ziemi. „Namiotu użyliśmy już podczas pierwszych dni wyprawy na K2 i Broad Peak” – mówi. „Jeden z naszych tragarzy miał ostre objawy choroby wysokościowej. Lekarka zaaplikowała mu zastrzyki z Dexometazonu i włożyliśmy go do komory. Po 10 minutach odzyskał świadomość, po 15 mówił, że jest głodny, a po 20 chciał wyjść”. W komorze powinno się przebywać od 60 do 120 minut. Jej obsługa wymaga jednak sporo wysiłku, szczególnie na dużych wysokościach. Sztucznie wytworzenie ciśnienia atmosferycznego raczej nie zastąpi zapewne powolnej aklimatyzacji. Przenośne komory hiperbaryczne, choć ratują życie, nie przyspieszają bowiem produkcji czerwonych krwinek, adaptacji do rozrzedzonego powietrza i mniejszego ciśnienia. A po wyjściu z komory trzeba niestety kierować się w dół. Kolejną ciekawostką jest kask ciśnieniowy TAR – prototypy niedawno przeszły pomyślnie testy. Razem z pompą waży niespełna kilogram. Po założeniu na głowę tłoczy się do niego powietrze a kołnierz i system uszczelek utrzymuje podwyższone ciśnienie w okolicy samej twarzy.

 

Zatrzymane w kadrze

Nie wszystkie próby radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach są heroiczne i wzniosłe, choć z reguły bywają dramatyczne. Ken Hildebrand jest kanadyjskim traperem. Pewnego dnia wybrał się samotnie w Góry Skaliste quadem. Samochód był bardzo obciążony, waży 500 kilo. Kiedy temperatura spadła poniżej zera i zerwała się wichura, postanowił wrócić. Nagle quad szarpnął i zaczął toczyć się po zboczu z Kenem w środku. Samochód przewrócił się, miażdżąc mu nogi. „Wiedziałem, że mam wykręconą stopę czułem połamane kości. Omal nie zwymiotowałem z bólu. Stalowy bagażnik przygniatał mi plecy do ziemi i utrudniał oddychanie. Nie byłem w stanie uwolnić się spod ciężaru”. Cały sprzęt i zapasy, jakie mogły pomóc mu przetrwać, były przytroczone do pojazdu i niedostępne. „Wypróbowałem wszelkie sposoby uwolnienia się, jakie przyszły mi do głowy. Po pięciu godzinach skończyły mi się pomysły”. Wiedział że jeśli zaśnie, mróz i wiatr zabiją go w pół godzi ny. Na późnym etapie hipotermii człowiek zaczyna czuć błogie ciepło, przestaje się trząść, zasypia i umiera.


Z quada wypadły martwe bobry, które Ken wyjął z pułapek. Oprawił jedno zwierzę siekierą którą udało mu się przyciągnąć do siebie sznurkiem (miał na szyi zawieszony kompas). Skórę zwierzęcia wcisnął sobie pod brzuch futrem do góry. Po 12 godzinach zaczęło mu grozić odwodnienie – wypocił sporo z bólu i wysiłku. Przy hipotermii poziom płynów jest bardzo ważny – krew zostaje wycofana do najważniejszych narządów i organizm potrzebuje wody. Ken miał przy sobie rolkę taśmy do oznaczania miejsc, w których zastawiał pułapki. Rozłożył ją, aby osadzał się na niej szron, i zlizywał krople. Po 20 godzinach zaczął jeść martwego bobra, z którego zdarł wcześniej skórę, ale od razu zwymiotował. W nocy przyszły zwabione zapachem krwi kojoty – na szczęście zadowoliły się truchłem. Drugi dzień Ken spędził bezczynnie, zlizując wilgoć z taśmy. Jako sanitariusz wiedział, że część jego ciała umiera. „Z nogą mogłem się już pożegnać. Przerażała myśl, że rodzina znajdzie mnie zjedzonego do połowy”. Trzeciej nocy kojoty wróciły, by zapolować stadnie. Tym razem Kenowi uratował życie gwizdek, który miał przy sobie – hałas odstraszył drapieżniki. „Przez cztery dni nie zmrużyłem oka. Świadomie powstrzymywałem się od snu, bo wiedziałem, że wiatr i mróz zabiłyby mnie na pewno”. Poniżej miejsca, w którym koło quada przyciskało go do ziemi, jego ciało było zamrożone. Po czterech dniach mężczyzna został odnaleziony przez przypadkowego człowieka. Lekarze musieli amputować zgniecioną i odmrożoną nogę Kena.

 

Skłony ciepła

Ze śmiertelnym mrozem zmierzyła się też sportsmenka Danelle Ballengee. W grudniu 2006 roku trenowała do zimowych triatlonów w Moab w stanie Utah (USA). Pewnego dnia wybrała się z psem na przebieżkę w jedną z ulubionych tras – dzikie miejsce, rzadko odwiedzane przez ludzi. „Dzień był słoneczny, ale zimny. Wzięłam kajak, bo po południu chciałam urządzić sobie spływ”. Sześciokrotnie wybrana amerykańską lekkoatletką roku, Danelle przywykła do skrajnego wysiłku w ekstremalnych warunkach. Nagle podczas biegu omsknęła jej się stopa i Danelle spadła w urwisko. Uderzenie strzaskało miednicę, rozdzielając szkielet na trzy części. Nogi łączyła z resztą ciała jedynie warstwa tkanki miękkiej. Kobieta utknęła na skalnej półce, z dala od psa, w sercu dzikiego pustkowia. Zwyczajny człowiek byłby w agonii, ale u wysportowanej Danelle nastąpił wyrzut adrenaliny, maskującej ból. Pies odszukał drogę do swojej opiekunki, poczołgała się za nim i dzięki temu wróciła na trasę, a potem popełzła na dno kanionu, w stronę samochodu. Fala adrenaliny w jej krwi zaczęła odpływać, ustępując miejsca bólowi. Zaledwie trzy kilometry od auta siły ją opuściły i przyszła mroźna noc. Czas działał na jej niekorzyść. Pies mógł przepłoszyć zwierzęta, ale nie mógł ochronić jej przed chłodem – gdy zanadto się zbliżał, przemieszcza jej kości.

Wyziębiony organizm ogranicza dopływ krwi do kończyn, by chronić ważne organy wewnętrzne. Jeśli Danelle miała przetrwać noc, musiała się rozgrzać. Mimo strzaskanej miednicy, zaczęła się… gimnastykować. „Unosiłam tylko głowę i ramiona. W moim stanie nie mogłam robić pełnych brzuszków. Pomyślałam, że muszę znaleźć tempo, jakie mogłabym utrzymać przez całą noc”. Zmuszała się do wykonywania jednego skłonu co pięć sekund przez sześć godzin. „Wiedziałam, że jeśli zasnę albo przestanę ćwiczyć – zamarznę”. Rano chciała czołgać się dalej do auta. Nie miała innego wyjścia – mieszkała sama, nikt jej nie szukał i nie wiedział, że zaginęła. Po 24 godzinach znalazła pełną mułu kałużę. Nie mogła pić za dużo, bo gdyby się zmoczyła, nasiąknięta moczem tkanina wspomogłaby ucieczkę ciepła przez skórę, przyśpieszając nadejście hipotermii. Jej stan zaczął się pogarszać. Odłamki strzaskanych kości uszkodziły naczynia krwionośne w jamie miednicy. Danelle wykrwawiała się na śmierć. Drugiej nocy z najwyższym trudem zmuszała się do rozgrzewających skłonów, miała omamy – zamiast gwiazd widziała pasy. „Pierwszej nocy pies leżał blisko mnie, ale za drugim razem już nie chciał. Czasem podchodził, żeby sprawdzić, jak się czuję, ale nie chciał się przytulić. Biedak, nie wiedział, co robić. Pewnie się zastanawiał: »Mogę już odejść i poszukać jedzenia, czy powinienem zostać i czuwać przy niej?«”. Najwyższym wysiłkiem odganiała sen, który sprowadził by na nią śmierć. Po 51 godzinach nie była w stanie dłużej powstrzymać moczu. Jej ostatnią nadzieją był pies. Powiedziała: „Taz, jestem ranna. Musisz sprowadzić pomoc. Odszukaj kogoś, proszę...”. A on odwrócił się i odbiegł. Po jakimś czasie wrócił z ratownikami. Danelle, po kilkumiesięcznej rehabilitacji wróciła do biegania i urodziła syna.
 

 

Kałuża ratująca życie

Brudna kałuża uratowała też życie Marcinowi Korzonkowi, który przemierzył tysiące kilometrów rowerem, od pustyń Azji po Himalaje. Pewnego razu wjechał osłabiony do zagubionej na pustyni syryjskiej wioski – zdefekował się na oczach gawiedzi i padł. „Dziś nie ruszam się nigdzie bez zapasu węgla leczniczego i innych środków na zatrucia” – mówi. Kiedy skończą się leki, można się ratować węglem drzewnym z wygasłego ogniska, ale kluczem do przeżycia z dala od cywilizacji jest dostęp do czystej wody. Niestety jej zapasy w trakcie przeprawy przez pustynię Gobi  w 2002 roku, na którą Korzonek ruszył z Jackiem Hugo-Baderem, skończyły się po kilku dniach. Mapa doprowadziła ich do wyschniętej studni. Ruszyli w poszukiwaniu zarośli, wśród których kryją się zagłębienia z wodą. Znaleźli kałużę z brudną zawiesiną, dookoła której było pełno odchodów zwierząt, a brzegi pokrywał nalot potasu. „Nabraliśmy kubkami ten szlam, odkaziliśmy podwójną dawką tabletek do uzdatniania wody i przegotowaliśmy kilka razy. Dzięki temu przeżyliśmy”.