Zimą 1930 roku utwór „Love for Sale" Cole’a Portera został uznany za skrajnie obsceniczny po obu stronach Atlantyku, potępiony przez dziennikarzy i zakazany przez stacje radiowe. Przemysł muzyczny stworzył pierwszy przebój stanowiący nośnik wielkiej obyczajowej afery. Wkrótce pojawiły się kolejne skandalizujące szlagiery, bulwersujące głowy państw, organy ścigania, a nawet watykańskich hierarchów. W niektórych przypadkach skończyło się ekskomuniką! Ale przeboje te stały się wielkimi ikonami popkultury.

 

PAPIEŻ NAJLEPSZYM PR-OWCEM GAINSBOURGA

„Wchodzę między twoje nerki" - mruczał po francusku męski głos przy dusznej, obezwładniającej melodii, inkrustowanej orgazmicznymi damskimi jękami. Męski głos należał do Serge’a Gainsbourga, pani nazywała się Jane Birkin, a ballada o tytule „Je t’aime, moi non plus” w równie spektakularny sposób podbiła, co zaszokowała świat na sam koniec lat 60. „Rytm może przyjemny, ale tekst plugawy” - piętnował szansonistę watykański dziennik „L’Osservatore Romano”. Wtórował mu brytyjski „The Observer”, który „Je t’aime” określił jako „muzyczny odpowiednik smarowanego wazeliną erotycznego filmu »Emmanuelle«”.

Gdyby stworzyć składankę najbardziej skandalizujących, erotycznie prowokacyjnych utworów wszech czasów, takich, które świadomie czy nie przyczyniły się do obyczajowego wyzwolenia i podejmowały dialog z tabu w sferach intymnych, przebój Gainsbourga otwierałby listę. To jasne - pojęcie skandalu w muzyce przez lata dewaluowało się w miarę przekraczania przez show-biznes kolejnych barier i łamania kolejnych norm. Ta dewaluacja ma jednak dwie strony. Dziś zbulwersowanie znieczulonej na prowokacje opinii publicznej jest dużą sztuką i trzeba się postarać bardziej, niż tylko rozbierając się do rosołu na scenie podczas występu w telewizji. Z drugiej strony aura skandalu to od wieków obowiązkowy sztafaż artysty. Byli tacy, z Gainsbourgiem na czele, którzy używali tej aury jako narzędzia.

Zanim Serge nagrał „Je t'aime”, zdążył zasłużyć sobie na miano najbardziej rozwiązłego idola francuskiej piosenki, i nie chodziło wyłącznie o jego łóżkowe podboje. W 1966 roku, czyli 3 lata przed pikantnym duetem z Birkin, napisał dla France Gall pozornie niewinne „Les Sucettes”, czyli „Lizaki”. 18-letnia wówczas solistka, nieświadoma seksualnych dwuznaczności, nuciła: „Kiedy słód jęczmienny o smaku anyżowym spływa aż do gardła, Anne jest w raju”. Inna wokalistka Regine śpiewała taką oto kompozycję pana Gainsbourga: „Otwórz usta, zamknij oczy, nie przejmuj się, jeśli wlecą muchy plujki”.

Choć w 1969 roku w Europie wzbierały już fale obyczajowej rewolucji (Paryż miał świeżo w pamięci wydarzenia „maja 1968”), w niektórych krajach wciąż zakazane były nie tylko pigułki antykoncepcyjne czy pornografia, ale też rozwody i kontakty homoseksualne. W samej Francji, kraju wolności i równości, zamężne kobiety do 1965 roku nie mogły otworzyć rachunku bankowego ani podjąć pracy bez zgody małżonka. Mimo zmian obyczajowych utwór Gainsbourga gościł w radiu dopiero po godzinie 23.

Trudno byłoby zliczyć wszystkie kraje, w których „Je t'aime” podbił singlowe notowania. Wystarczy powiedzieć o ponad 6 mln sprzedanych egzemplarzy. Jego emisji zabroniono m.in. w Hiszpanii, Szwecji, Brazylii, no i w Polsce schyłkowego Gomułki. Podobnie w Wielkiej Brytanii. Doświadczenia Brytyjczyków z hippisowskim wyzwoleniem i swingującym Londynem nie przekonały stróżów publicznej, wciąż mocno purytańskiej moralności - nagranie uznano za świńskie lub, w najlepszym przypadku, dowodzące powszechnie znanej lubieżności Francuzów. Firma Philips wycofała singiel ze swojego europejskiego katalogu, bo oburzona nim była holenderska królowa Juliana. We Włoszech „Je t’aime” potępiały konserwatywne media, a dystrybutor utworu w Italii został aresztowany, skazany na dwa miesiące w zawieszeniu i... ekskomunikowany przez Watykan. „Papież jest moim najlepszym PR-owcem” - komentował Gainsbourg. Pytany, czy w „Je t’aime” słychać przebieg faktycznego stosunku seksualnego z Birkin, mówił: „Dzięki Bogu nie, bo wyszedłby longplay”.

 

ERODISCO PANNY SUMMER

Zaledwie kilka lat później, w roku 1975, magazyn „Time” naliczył 22 orgazmy w 17-minutowym utworze „Love To Love You Baby” Donny Summer. Piosenkarka wprawiła w osłupienie opinię publiczną na całym globie, oświadczając, że „odłożyła na bok swoje chrześcijańskie przekonania, by pokazać to, co dotychczas było dla niej tajemnicą”. Choć nęcących pojękiwań, stękań i westchnień wyszło więcej niż w „Je t’aime”, krytycy wydawali się bardziej zawstydzeni niż oburzeni erodisco panny Summer. Jak pisał „The Guardian”, wokalistka odpowiadała na pytania rumieniących się reporterów: „Czy była pani sama w studiu?”. „Tak, byłam sama”. „Czy dotykała się pani?”. „Tak, miałam rękę na kolanie”. „Czy fantazjowała pani o czymś?”. „Jak zawsze, o moim chłopaku Peterze”.

Gdy szczytowanie Donny wdrapało się na szczyty list przebojów, a na jej koncertach zaczęła zbyt mocno udzielać się chutliwa atmosfera (we Włoszech piosenkarka musiała uciekać ze sceny do autobusu przed napalonymi fanami), dyskutowano, czy artystka jednak nie posunęła się za daleko. Nie czekając na wynik tej debaty, BBC zakazała dalszego odtwarzania piosenki w Wielkiej Brytanii. W USA czarnoskóry polityk Jesse Jackson powiedział w „Telegraph Magazine”: „Powinniśmy martwić się, jak ten utwór wpłynie na naszą młodzież”. Jackson organizował bojkot wulgarnej fali w muzyce, której miała przewodzić Summer. Utrzymywał, że media celowo obniżają standardy moralne w społeczeństwie, a utwory takie jak „Love To Love You” mają wpływ na rosnący odsetek niechcianych ciąż wśród nastolatek. Paradoksalnie, to dość trafna obserwacja. Jane Birkin wspominała, że w Londynie zwierzył jej się taksówkarz: „Trójkę dzieci zrobiłem przy dźwiękach »Je t’aime«”.

 

MIŁOŚĆ NIE JEST NA SPRZEDAŻ

Tak jak Serge i Donna mają niezaprzeczalne zasługi w podsycaniu namiętności rewolucji seksualnej wielkiego przełomu lat 60. i 70., tak przywołany na początku Cole Porter mniej intencjonalnie odcisną! swoje piętno na rozluźnianiu przedwojennej amerykańskiej pruderyjności. W 1930 roku kompozytor napisał jeden ze swoich najsłynniejszych standardów „Love for Sale" do powstającego na Broadwayu musicalu „The New Yorkers”. Utwór był wyznaniem prostytutki, która kupczyła tytułową miłością na ulicy - oferowała miłość starą, nową, każdy jej rodzaj, poza tą prawdziwą.

Z perspektywy anatomicznych metafor Gainsbourga tekst Portera brzmi niewinnie jak szkolna czytanka. Ale w 1930 roku wywołał porównywalną międzynarodową aferę. Po premierze „egzekucję” urządziła kompozytorowi większość nowojorskich dziennikarzy, uznając „Miłość na sprzedaż" za akt rynsztokowej ordynarności.

Trzeba zaznaczyć, że Stany Zjednoczone lat 30. widziały w rozwiązłości nie tylko grzech, ale i źródło śmiertelnego żniwa chorób wenerycznych. Zanim do zastosowania klinicznego dekadę później trafiła penicylina, na kiłę umierało rocznie ok. 20 tys. ludzi. Jednak święte oburzenie z powodu hymnu o miłości proponowanej każdemu wedle jego potrzeb to oczywiście typowa amerykańska drobno- mieszczańska obłuda tamtych czasów. Wszak prostytucja nawet u kresu prohibicji wciąż pozostawała powszechnym i dochodowym zjawiskiem.

Totalną hipokryzją pachniały też działania broadwayowskich producentów, którzy w 1931 roku usunęli z roli ulicznicy śpiewającej „Love for Sale" białą aktorkę Kathryn Crawford i zastąpili ją czarnoskórą Elizabeth Welch. Zmieniono też jej rewir - już nie kręciła się przed Reuben’s Restaurant przy Madison Avenue, lecz przy Cotton Club w murzyńskim Harlemie. Gdy „Love for Sale" trafiła do radia, zagościła w czołówkach notowań. Ale i tam bezeceństwa Portera wypatrzyli żołnierze cnotliwości i amerykańskie stacje wprowadziły zakaz emisji utworu. To przysporzyło mu dodatkowej popularności i kolejnych wrogów. Kompozytor Alec Wilder oświadczył: „Próba upiększania ponurej, podłej profesji może tylko zawstydzać".

Po wyeksportowaniu „Miłości na sprzedaż" do Europy do bojkotowania jej w oficjalnym obiegu ochoczo przystąpiła stacja BBC; i kompozycja Portera przeszła do historii jako pierwsza zakazana w brytyjskiej stacji. Mimo tych praktyk utwór nie popadł w zapomnienie, wręcz przeciwnie - w kolejnych latach wykonywały go najróżniejsze sławy muzyki: od Billie Holiday przez Ellę Fitzgerald i Lizę Minnelli po Elvisa Costello.

 

SATYSFAKCJA OBRZYDLIWA

Cały katalog skandalizujących kawałków nagrywali w różnych etapach swojej kariery muzycy The Rolling Stones. Ten najsłynniejszy „(I Can’t Get No) Satisfaction" to dziś hymn pokolenia zbuntowanego przeciwko kulturze mieszczańskiej, przeciwko konsumpcjonizmowi - jak pisze magazyn „Rolling Stone" - to „głos generacji zniecierpliwionej czekaniem na odziedziczenie świata". W 1965 roku grupa objeżdżała z utworem USA w przededniu kulminacji awantury o wojnę w Wietnamie i Amerykanom brak satysfakcji kojarzył się z jednym. „To piosenka pełna obrzydliwych treści" - oburzał się „Newsweek". Z kolei „Time" wnioskował ze słów: „(Panienka) mówi mi: przyjdź za tydzień chłopcze, bo dzisiaj jestem bez fartu", że mamy do czynienia z aluzją do... menstruacji, uniemożliwiający współżycie.

Aluzje byłyby może jeszcze do przełknięcia, gdyby w tekście „Satisfaction" nie było frazy „chcę dorwać panienkę". To ona, zdaniem Amerykanów, jednoznacznie potwierdzała prawdziwie bezecne oblicze Stonesów. Sytuacja była absurdalna szczególnie dla zapraszających zespół do audycji telewizyjnych i radiowych - z jednej strony wiedzieli, że spora część publiczności za Oceanem szaleje za Jaggerem i Richardsem („Satisfaction" w ciągu tygodnia dotarła na szczyt listy Billboard Hot 100), z drugiej - obawiali się szalejącej cenzury. Dlatego podczas występów grupy w takich programach jak „Shindig!" czy „Ed Sullivan Show" z „Satisfaction" w karykaturalny sposób wycinano lub zniekształcano bulwersujące (sic!) zdanie.

 

FBI KONTRA PIOSENKA O MARYNARZU

Dwa lata przed premierą epokowej piosenki Stonesów na amerykańskiej scenie wydarzyła się inna ciekawa historia podszyta obyczajową aferą. Grupa The Kingsmen wypuściła na rynek singiel zatytułowany „Louie Louie". Utwór w 1955 roku skomponował Richard Berry - opowiadał o marynarzu, który żeglując po Karaibach, tęskni za ukochaną z Jamajki. Dziś to ikona rocka, szacuje się, że liczba jej interpretacji (utwór grali m.in. Motorhead, Lou Reed, John Lennon, The Doors, Bob Dylan i R.E.M.) przekracza 1,5 tysiąca. Częściej coverowanym standardem jest tylko „Yesterday" The Beatles. Ale Berry kariery z „Louie Louie" nie zrobił; przymierając głodem, sprzedał prawa do piosenki za skromne 750 dolarów.

The Kingsmen wylansowali ją na międzynarodowy hit i to pomimo że mało kto był w stanie zrozumieć, co nuci wokalista. Jego dykcja do dziś sprawia problemy słuchaczom, ale w 1963 roku bełkotliwy śpiew Jacka Ely’ego ściągnął na zespół... gniew i śledztwo FBI. Prawdopodobnie fani The Kingsmen przerzucali się własnymi, alternatywnymi transkrypcjami tekstu „Louie Louie" i w pewnym momencie narodziła się legenda, jakoby utwór był wyjątkowo obleśnym wyznaniem wspomnianego marynarza, a niewyraźne śpiewanie służyło ukryciu wulgarności.

Plotka zaczęła żyć własnym życiem i uruchomiła lawinę spekulacji na wysokich szczeblach amerykańskiego życia społeczno-politycznego. Matthew Welch, gubernator Indiany, osobiście zabronił odtwarzania „Louie Louie" w stacjach radiowych na terenie całego stanu. Zaniepokojony Robert Kennedy, prokurator generalny USA, machał w telewizji listem od równie przejętego rodzica, który obawiał się wpływu paskudnej piosenki na jego dzieci.

Wydarzenia przybrały absurdalny obrót i jeszcze w 1963 roku sprawą zainteresował się sam J. Edgar Hoover, szef FBI, znany ze swoich specyficznych praktyk na rzecz obrony amerykańskiej moralności. FBI wszczęło śledztwo, które. miało wyjaśnić, czy The Kingsmen winni są publicznego zgorszenia. Przesłuchano muzyków podejrzanej grupy, autora utworu, pracowników firmy fonograficznej i inne zespoły, które włączyły „Louie Louie" do swego repertuaru. Funkcjonariusze federalni puszczali kawałek w zwolnionym tempie, by wychwycić rzekome obelżywości, pracowały nad nim laboratoria FBI i specjaliści od fonoskopii. Nie przekonali ich członkowie The Kingsmen, pokazujący oryginalny tekst (bez wulgaryzmów), i tłumaczący, że to nieporozumienie. Kilka lat temu w internecie udostępniono akta FBI z tego śledztwa. Fascynującą lekturę stanowią liczne interpretacje agentów, którzy słyszeli w „Louie Louie" takie frazy jak „Będziemy pieprzyć twoją dziewczynę", „Poczułem swojego penisa w jej włosach", „Dziś o dziesiątej znów będę z nią kopulował" albo „Pokażę jej, co to piekło".

Postępowanie trwało dwa lata. Zwieńczył je raport, który trafił na biurko dyrektora FBI w Detroit. „Badania laboratoryjne nie były w stanie jednoznacznie wykazać, czy utwór jest obsceniczny" - informuje dokument. „Nie jest możliwe zinterpretowanie żadnego ze słów padających w tekście, dlatego nie jesteśmy w stanie podjąć dalszych decyzji" - czytamy dalej.

 

SKANDALICZNE LATA 80.

Gdyby Hoover dowodził FBI w latach 80., miałby z show-biznesem pełne ręce roboty. W muzyce tamtego okresu jak w zwierciadle odbijają się odmiany ówczesnego społecznego hedonizmu. To wtedy rozkwitał przemysł pornograficzny, narastała najbardziej radykalna fala feminizmu, kształtowały się ruchy gejowskie, a raczkująca MTV emitowała teledyski, które dziś można obejrzeć w internecie po wyłączeniu filtra rodzinnego. Te ostatnie dały artystom nowe narzędzia nie tylko na polu kreacji czy promocji, ale i prowokacji. Madonna wykorzystała je wszystkie, wywołując burze jedna po drugiej.

Zaczęła od opowiadania o utracie dziewictwa w „Like a Virgin" (rok 1984), potem było o nastolatce, która nie chce usuwać ciąży mimo nalegań ojca w „Papa Don’t Preach" (1986), a na koniec dekady wyśpiewała swój największy hit, „Like a Prayer” (1989), z bluźnierczym tekstem i teledyskiem (płonące krzyże, stygmaty, uwodzenie czarnego Jezusa). Przed chodzeniem na koncerty i słuchaniem pani Ciccone ostrzegał sam Jan Paweł II. „To skandaliczna, prze- kalkulowana obsceniczność: rozrabianie seksu i religii” - pisała z kolei nowojorska „The Daily Gazette”. Premiera „Like a Prayer” zbiegła się z kampanią Pepsi z udziałem Madonny. Dlatego środowiska katolickie nawoływały do bojkotu nie tylko muzyki piosenkarki, ale i produktów, które reklamuje. W USA wielebny Donald Wildmond zebrał 380 tys. podpisów oburzonych obywateli. W efekcie koncern PepsiCo wycofał się ze współpracy z artystką, co tylko przysporzyło jej dodatkowego rozgłosu. Singiel „Like a Prayer” sprzedał się w zawrotnej liczbie 5 milionów kopii na całym świecie.

W kategorii „największy skandal obyczajowy na listach przebojów” - z Madonną mógł równać się tylko zespół Frankie Goes To Hollywood. W 1983 roku grupa wywołała w Wielkiej Brytanii powszechne zgorszenie tworem „Relax” (6 mln sprzedanych płyt), homoseksualną orgią zaklętą w chwytliwy synthpopowy hit. Dla wielu radiowych dj- wokalista powtarzający w refrenie: „Czy chcesz dojść?” („Do you wanna come?”) albo „kiedy chcesz to ssać”, był jak barbarzyńca plujący im do herbaty o godzinie 17. Mike ad ze stacji Radio 1 przerwał utwór na antenie w trakcie śniadaniowej audycji, po czym zwrócił się do władz BBC o natychmiastowy zakaz emisji świńskiego kawałka. „To niewątpliwie ciekawa nowa grupa, ale tekst »Relax« jest po prostu skrajnie nieprzyzwoity. I to nie tylko moje zdanie” - tłumaczył.

W styczniu 1984 roku „Daily Mirror” poinformował, że Frankie Goes To Hollywood został zakazany również w telewizji. Określono go mianem „totalnie obrzydliwego”, wygnano z popularnego programu „Top of the Pops”, a kontrowersyjny teledysk wycięto z playlisty MTV Ba, nawet znany z ekstrawagancji Boy George oświadczył w magazynie „Rolling Stone”, że jest „zaniepokojony stopniem, w jakim członkowie FGTH eksponują swoją seksualność”. Na lepszą promocję nie można było liczyć. „Relax” wskoczył na pierwsze miejsce singlowych bestsellerów na Wyspach i w czołówce notowań utrzymał się przez 48 tygodni.

Zanim powiemy, że dziś takie rzeczy szokują tylko nasze babcie, przypomnijmy, co działo się po premierze „I Kissed a Girl”, popowego przeboju Kate Perry z 2008 roku. Córka ewangelickiego pastora, doskonaląca do tej pory kunszt wielbienia Pana religijnym hymnem, zaśpiewała o tym, jak przyjemne może być całowanie dziewczyny. Przez drugą dziewczynę. Perry na przemian chwalono za przełamywanie barier i urządzano połajanki za promocję homoseksualizmu. Oliwy do ognia dodała matka wokalistki, która w „Daily Mail” oświadczyła, że „przesłanie piosenki jest obrzydliwe i godne pożałowania”. Choć potem Kate zapewniała, że ta wypowiedź została sfabrykowana, afera nie przygasała. Kilka miesięcy później agencje prasowe doniosły o nauczycielu z Brazylii, który został wyrzucony ze szkoły za to, że na lekcji angielskiego przybliżał nowe słówka i zwroty na podstawie tekstu „I Kissed a Girl”.

Powinien był zacząć od „Love for Sale”. Na szczęście dla kondycji moralnej uczniów romanistki do dziś czerwienią się na myśl o uczeniu języka francuskiego za pomocą „Je t'aime” Gainsbourga.


Zakazany top 6

1. Bing Crosby - „I'll Be Home For Christmas"

Co kontrowersyjnego kryto się w świątecznej balladzie Crosby'ego z 1943 roku? Stacja BBC zakazała emisji utworu w obawie o... morale żołnierzy walczących na froncie II wojny światowej. Była to część programu „wykluczania z anteny utworów ckliwie sentymentalnych”.

 

2. Phil Collins - „In the Air Tonight"

Podobnie jak standard Crosby'ego hit Collinsa został zakazany w Wielkiej Brytanii i USA w absurdalnych okolicznościach. W1991 roku Brytyjczycy zabronili puszczania go słuchaczom po przystąpieniu ich kraju do I wojny w Zatoce Perskiej. Powód? Mroczna atmosfera i mocne dźwięki bębnów. W Ameryce część stacji radiowych usunęła „In the Air Tonight” ze swoich ramówek po zamachu na World Trade Center.

 

3. John Lennon - „Imagine"

Atak na WTC skłonił amerykańskie stacje radiowe do głębokiej rewizji listy utworów, które nadają się do emisji. „Imagine”, pokojowy hymn Lennona, trafił na czarną listę razem z przedstawionym powyżej „In the Air Tonight”, a także m.in. „Walk Like An Egyptian” The Bangles i „Rock The Casbah” The Clash. Co ciekawe, nie zakazano kontrowersyjnego utworu The Cure - „Killing An Arab”.

 

4. Sex Pistols - „God Save The Queen"

Tu wątpliwości nie było żadnych. W Zjednoczonym Królestwie śpiewanie o „faszystowskim reżimie monarchini, która nie jest ludzką istotą”, aż prosiło się o szlaban. Co ciekawe, według jednej ze spiskowych teorii, to służby specjalne stały za tym, że utwór nie zdobył pierwszego miejsca na listach przebojów (dotarł do 2. pozycji), choć singiel z nim był bestsellerem w 1977 roku.

 

5. The Moontrekkers - „Night of the Vampire"

Wyjątkowa pozycja w spisie zakazanych piosenek. Wyjątkowa, bo instrumentalna. W1961 roku zabroniono puszczania jej w brytyjskim radiu, ponieważ... dźwięki skrzypiących drzwi i upiorny śmiech, które słychać w utworze, mogły przerazić kogoś na śmierć...

 

6. Don Cornell - „Hold My Hand"

Rok 1954. Przyjemna, niewinna piosenka Cor nella opowiada o miłości z dziewczyną, która dla autora jest niczym niebo. W Wielkiej Brytanii odebrano to jako bluźnierstwo. Stacje radiowe odmówiły emisji utworu z iście skandalicznym porównaniem.