Jednak kochanek niebacznie zdemaskuje pochodzenie pozytywnych recenzji o grze Gabrieli. Opowiada w środowisku polonijnym, że pisze je sama pod różnymi pseudonimami i wysyła do czasopism w Polsce! Nie ujdzie mu to na sucho. W lipcu 1894 r. dostanie pożegnalny list. Razem z… prośbą o skóry karakułowe na futro, „cienkie, dobrze przygładzone”. Kupowało się przecież takie w Rosji, gdzie subiekt ostatnio bywał.

NATURALIZM I LUBIEŻNOŚĆ

W kwietniu 1895 r. z kuframi pełnymi nowych ubrań i cennymi obrazami paryskich impresjonistów takich jak Monet, Renoir i Degas (roztropnie lokowała pieniądze od kochanków), Zapolska wraca do Warszawy. Niewiele pracuje twórczo. Ale modnie ubrana, niestrudzona w bywaniu na rautach i bankietach budzi sensację. We wrześniu 1897 r., znużona takim trybem życia wyjeżdża do Krakowa. A tam czeka na nią, „salonową lwicę”, towarzystwo dekadentów ze Stanisławem Przybyszewskim w roli głównej. Po którejś z zakrapianych absyntem kolacji, gdzie wiele mówi się o znakomitych nowatorskich felietonach gospodarza w „Życiu”, Zapolska komentuje: „Pan Przybyszewski nadal kontynuuje swoje naśladowanie Catulle Mendesa [francuski poeta i pisarz – przyp. red.], a głupcy otwierają usta i sądzą, że to coś nowego. A to nie literatura nagiej duszy, ale nagiej… tu należy zmienić literę”.

Nie przestaje prowokować. Kiedy w 1897 r. w Krakowie wystawiono jej „Małkę” – sztukę o żydowskiej dziewczynie – nie przejęła się zarzutem niektórych antysemickich recenzentów o „bezecnym sprzyjaniu Żydom”. Po udanej krakowskiej premierze urządziła bankiet z wyłącznie żydowskim menu. Z zaproszeniami wydrukowanymi w jidysz.
Krytyków drażni też zapatrzenie się pisarki w naturalizm Zoli, nad Wisłą jeszcze odrzucany. Recenzenci zarzucają pisarce „wysoce nieapetyczne lubowanie się w rynsztoku, a przede wszystkim w praniu tych brudów”. Recenzent Ignacy Chrzanowski pisze: „U Pani Zapolskiej porządny człowiek rozpoczyna się od pierwszej dziury w surducie lub w butach. Kto tego patentu nie posiada, musi być kretynem (…). Kobieta zaś uczciwą się staje dopiero po upadku i wtedy p. Zapolska otacza ją laurą męczennicy, ofiarą przesądu uprzedzeń i zwierzęcości”.

Krytyk Teodor Jeske-Choiński, który kiedyś bronił Zapolskiej, gdy miała proces z Świętochowskim, zarzuca autorce, że „ma skłonność do walania się bez wstrętu w kale materialistycznym”. Ona nic sobie z tego nie robi, nawet przed pisaniem wodewilów dla podrzędnych kawiarnianych teatrzyków pieczołowicie zbiera dokumentację. Kiedy w sztuce „Jojne Firułkes” potrzebne są jej kuplety śpiewane, wyprawia się do dzielnicy żydowskiej w Krakowie. Wchodzi do piwnic, suteren. Aby napisać powieść z życia łódzkich robotników, jedzie do fabryki Scheiblera. I znów jest zakochana. Związała się z młodym literatem Ludwikiem Szczepańskim. W listach nazywa go Lulu. Romans przebiega burzliwie. Aby zatrzymać kochanka, próbuje wywołać u niego zazdrość. Pisze o jakimś tajemniczym zalotniku poznanym w niemieckim uzdrowisku. Skutek zostaje osiągnięty, krakowski literat natychmiast zjawia się na miejscu.

Lecz w marcu 1899 r. Szczepański dowiaduje się o istnieniu innego rywala. Jest nim krakowski malarz Stanisław Janowski. Literat domaga się wyjaśnień. Zapolska go zwodzi, łamie obietnice. Ale też nie zrywa z nim, choć Janowskiego zapewnia: „Kocham cię jednego i dalsze ukrywanie się nasze byłoby niegodne mnie i Ciebie i stawiało zwłaszcza Ciebie w fatalnym położeniu. Ja tu się boję, to szalony człowiek”. Lecz chyba tak bardzo nie boi się swego „szalonego Lulu”, skoro jeszcze tego samego wieczoru pisze do Szczepańskiego: „Ja często nie jestem taką, jaką być dla Ciebie powinnam, ale mój drogi, ja się tak boję pozwolić sobie ogarnąć uczuciu, które może kiedyś stać się dla mnie tylko źródłem udręczenia i smutku”. Owija sobie mężczyzn wokół palca.