Autorka szuka wsparcia u Kornela Makuszyńskiego: „Dziś zawiadomiono mnie, że sztuka moja jest z powodu przypuszczalnie mogącego nastąpić zgorszenia we wszystkich sytuacjach nieprzyzwoita. Posyłam ją panu prosząc, aby pan zechciał napisać w tej sprawie felieton. Niech pan to napisze zaraz – grają sprośne francuskie świństewka i to im uchodzi, ale gdy chciałam, jako tło pokazać zgniliznę wyższej burżuazji, narobiono wrzasku. (…) Jeśli nie pokażemy im zębów, klechy nas zjedzą”. Nie dostaje odpowiedzi. Nie pomagają też inni pisarze i krytycy. Sztuki nie dopuszczono na lwowską scenę. Wystawił ją za to Teatr Rozmaitości w Warszawie.

STARA BIEDA

To jednak nie ratuje sytuacji finansowej Zapolskiej. Nieustana renowacja domu, który kupiła po ślubie z Janowskim oraz sfinansowany mężowi pod koniec ich małżeństwa kosztowny wyjazd do Monachium, mocno nadszarpnęły kapitał pisarki. Gabriela decyduje się na sprzedaż swych najcenniejszych obrazów: van Gogha, Gauguina, Seurata. Jeszcze wcześniej, w 1911 r., proponuje Józefowi Wolffowi prawa autorskie do wydania zbiorowego jej dzieł: 68 tomów. „Przecież mnie więcej czytają jak Prusa – przekonuje go. – Ja jestem taka kopalnia złota dla wydawców”. Transakcja nie dochodzi do skutku. Dwa lata później trochę zmodyfikowaną propozycję przyjmuje wydawnictwo Orgelbranda.
Niestety, dewaluacja pieniądza po wybuchu I wojny światowej pozbawia autorkę większości zysków. A wojna polsko-ukraińska (1918–1919), która zastaje ją we Lwowie, jeszcze
bardziej dobija. „Raz pod grozą strzałów porwałam się w nocy, aby gdzieś uciec, padłam na ziemię, straciłam przytomność i odzyskałam ją w trzy dni – pisze do byłego męża, żołnierza Legionów Polskich – jestem czystym trupem”.

W innym liście skarży się: „Odebrali nam wodę. Ze stęchłych studni dają nam po odrobinie. Elektrownia spalona, żyjemy w ciemności. Gwizd latających szrapneli straszny. Wpadają do domów, zabijają wokoło, każda minuta niepewna. (…) Uczucie straszliwego smutku literalnie chodzi za mną i przytłacza jak grobowym kamieniem. Co mi po sławie, kiedy szczęścia nie ma”. Zapolska choruje na depresję. Traci wzrok. W tym czasie jej zaufanie zdobywa lekarz Eugeniusz Kapitain. Pisarka nie wie, że to hochsztapler, który uzurpował sobie tytuł doktora nauk medycznych. A on ją osacza. Zorientował się, że starsza pani ma słabość do młodych mężczyzn. Przymila się i namawia ociemniałą pacjentkę, aby sporządziła testament. Dochodzi do tego w 1920 r. Na świadków podpisania ostatniej woli Kapitain sprowadza dwóch sąsiadów pisarki. Przed ich wizytą robi Zapolskiej podejrzany zastrzyk. Potem półprzytomna Gabriela bezwolnie popisuje testament, na którego mocy Kapitain jest jedynym spadkobiercą wszelkich materialnych dóbr. Prawa autorskie oraz prawo do tantiem od sztuk teatralnych przypadają 10-letniej córce rzekomego lekarza. Dokument zawiera klauzulę: „Męża mego pijaka wydziedziczam”.

Okoliczności podpisania testamentu – a także klauzula dotycząca Janowskiego, o którym wiadomo, że nie nadużywał alkoholu – zaniepokoiły jednego ze świadków. O podejrzeniu fałszerstwa zawiadomił sąd. Zwołano konsylium lekarskie. Medycy stwierdzili, że chora nie miała świadomości, co się z nią dzieje. Szalbierstwa Kapitaina zdradził też fakt, że podpis donatorki wykonany ołówkiem (Zapolska od kilku lat nie używała pióra) pociągnął atramentem. Testament unieważniono. Lecz i tak umierająca Zapolska została ograbiona z antyków, cennych obrazów i dywanów. Kim był złodziej? Nie wiadomo. Kiedy pisarka nie mogła już podnieść się z łóżka, domu nie zamykano. Do kradzieży doszło jeszcze za jej życia. 18 grudnia 1921 r. ciało 64-letniej Gabrieli Zapolskiej spoczęło na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Tego dnia było tak zimno, że odprowadzających trumnę ubywało z minuty na minutę. W końcu kondukt zmalał do kilku osób.

Helena Kowalik – dziennikarka, reportażystka, autorka książek m.in. o procesach sądowych sprzed lat.