Nie opowiem o bitwie pod Cedynią, bo nie byłem jej świadkiem, choć może nie wyglądam. Wydarzyło się jednak przed paroma laty coś, co uświadomiło mi różne zdarzenia dotyczące historii mojej rodziny. To jest bardzo osobiste i nie wiem, czy kogokolwiek zainteresuje... Człowiek nie myśli, skąd się wziął... Na ogół niespecjalnie zagląda w przeszłość, szczególnie dzisiaj, gdy wszyscy zasuwamy, a sen z powiek spędzają nam pytania, czy kurs dolara spadł albo czy banku przypadkiem nam nie zamknęli.

...Wtem?


Część rodziny, z którą miałem bardzo luźny kontakt, zorganizowała w Krakowie obchody setnej rocznicy urodzin mojego stryja i z tej okazji z różnych miejsc pościągali ludzie ze strzępkami informacji na temat tego, skąd się wzięliśmy. Jakaś rodzina z Anglii przysłała kartki, które projektował mój ojciec i które niegdyś można było kupić sobie w kiosku. Była tam nawet kartka, którą ja do nich wysłałem. I teraz ja, stary chłop, patrzę nagle na te moje literki i pretensjonalny podpis, i życzenia Marry Christmas, bo popisałem się oczywiście znajomością angielskiego... To naprawdę jest przeżycie. Okazało się też, o czym w pewnym stopniu już wiedziałem, że część mojej rodziny przejechała z Niemiec przez Wiedeń do Lwowa, gdzie się osiedliła, że mój dziadek inżynier był później przez pewien czas dyrektorem kopalni w Wieliczce...

No proszę.

No proszę. W rodzinie mieliśmy także Józefa Manna, jednego z najsłynniejszych śpiewaków operowych, który po ogromnych sukcesach w Europie dostał zaproszenie do Metropolitan Opera, i gdy już taka absolutna światowa kariera się przed nim otwierała, umarł na scenie. Podczas występów w Berlinie.

Niezły numer, prawda? Historia nagle otworzyła się przede mną w kanale własnego tropu wstecz. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że postanowiłem wybrać się do Lwowa. Lwów jak to Lwów – wiadomo. Fantastyczne opowieści, cmentarz, pomnik Mickiewicza, inny klimat. Ale dla mnie było to także miejsce, które miałem wciąż w pamięci z opowieści rodziców, którzy stamtąd pochodzili.

Co opowiadali?

Ojciec zawsze był potwornie zły, bo za komuny w dowodzie osobistym jako miejsce urodzenia miał wpisane: Lwów, Związek Radziecki. Przecież ja się w Polsce urodziłem. Jakim prawem oni tak piszą? – powtarzał. Pojechałem więc do tego Lwowa. Sporo zdołali go niestety zniszczyć nasi przyjaciele. Jakaś pani pokazała mi co prawda tabliczkę z polską nazwą ulicy, ale to były wyjątki, które przetrwały przypadkiem, bo po prostu nikt ich nie zauważył. Jednak ja miałem zanotowany adres domu mojego dziadka. I tu pierwszy problem – adres był przedwojenny, polski, ulica nazywała się Potockiego. Na szczęście trafiłem na przewodnika, który orientował się w sprawach i miał nawet starą przedwojenną mapę. Okazało się, że Potocki był teraz Puszkinem, więc nie najgorzej, prawda? Pojechałem tam. Patrzę, stoi dom, niezniszczony, patrzę dalej i jestem już naprawdę wstrząśnięty, bo nad drzwiami wejściowymi wisi herb mojego dziadka. Radwan. Zapomniany ślad polskości. Relikwia. Czary jakieś. Stoję z rozdziawioną gębą, aż w pewnym momencie wychodzi jakiś gość i pyta mnie: Czewo choczesz? Myślałem, że zaraz wyciągnie jakąś siekierę, ale on potwornie się rozczulił. To był kolejny szok w całej tej serii wydarzeń. Wciągnął mnie do środka. Willa dziadka została podzielona na maleńkie mieszkania dla pięciu rodzin. Na ścianach bohomazy, przepierzenia z dykty. On mieszkał na parterze. Powiedział, że ma teraz dobry okres finansowy w życiu, chce wykupić pozostałe części willi i ją zrekonstruować. Wydawałoby się, że to Polacy powinni chcieć takie rzeczy robić, a tu nagle on.

Zaproponował pan pomoc przy remoncie?

Tak. Spytał, czy mam jakieś fotografie albo obrazki sprzed wojny. Jedno tylko jakieś pamiętne zdjęcie się zachowało, bo moi dziadkowie wyjechali ze Lwowa do Warszawy i wszystkie dokumenty poginęły w czasie wojny. Moja babka, którą pamiętam, opisywała ten dom bardzo dokładnie, ale co mi z tego? Nie mogłem temu obywatelowi pomóc. On jednak patrzył na mnie trochę jak na wydziedziczonego właściciela i chciał pokazać, że bardzo szanuje moją historię.

Porozumienie ponad podziałami.


Połączenie wszystkiego. Polski z Ukrainą, własnej rodziny. Przywrócenie miejsca, o którym myślałem, że już w ogóle nie istnieje.

Umocowanie w świecie i spokój?

Jedno i drugie. I poczucie ciągłości. Klocki zaczęły się układać. Nie mam już teraz wrażenia, że istnieję od chwili, gdy pojawiłem się na Powiślu w Warszawie. Powstały puzzle, w których nadal są co prawda dziury, ale już dużo więcej widać. Koło się zamknęło.