Bycie martwym to absurd. To najgłupsza sytuacja, w jakiej możemy się znaleźć. (...) Śmierć jest smutna, i poważna. Utrata kogoś, kogo się kocha to nic zabawnego; tak samo nie jest zabawnie, kiedy samemu trzeba odejść. Moja książka opowiada o ludziach już martwych; o anonimowych, nierozpoznawalnych zwłokach. Zwłoki, które oglądałam, nie były ani przygnębiające, ani przyprawiające o palpitacje serca, ani odstręczające. Wyglądały uroczo i życzliwie; czasami smutno, nieraz zabawnie” – pisze Mary Roach w książce „Sztywniak”. To znak nowych czasów – oddzielamy sam proces umierania, którego się boimy i brzydzimy, od tego, co się stanie z nami po zejściu z tego świata. A w tej dziedzinie ludzka pomysłowość nie zna granic, ocierających się czasem wręcz o perwersję. Nic dziwnego, że angielski antropolog Geoffrey Gorer nazwał nasze współczesne podejście do umierania „pornografią śmierci”.

Koniec życia stał się tak wstydliwy i niewygodny, że chętnie wypychamy go jak najdalej z naszego życia. Stosujemy strategię, która w biznesie nazywa się outsourcingiem. Umierających powierzamy opiece szpitali i hospicjów, umarłych – wyspecjalizowanym firmom pogrzebowym, zwłokami zaś zajmują się coraz bardziej wyrafinowane technologicznie maszyny. Miejsce emocji zajmuje chłodna ekonomiczna kalkulacja.

SPŁONĄĆ CZY SPŁYNĄĆ?

Wystarczy zajrzeć na polskie fora dyskusyjne, by przekonać się, jak często internauci spierają się o wyższość kremacji nad tradycyjnym pochówkiem i vice versa. Spopielenie zwłok zaczyna jednak zdobywać widoczną przewagę, nawet mimo ponurych skojarzeń z czasami II wojny światowej. Perspektywa rozkładu ciała i żerujących na nim robaków dla wielu jest nie do przyjęcia – coraz częściej możemy zobaczyć tego typu sceny w telewizji (choćby w popularnych serialach z cyklu „Kryminalne zagadki...” czy „Kości”) i nie chcemy, żeby z nami działo się to samo.

Ale kremacja też nie jest już tak idealizowana jak kiedyś. Wprowadzono ją wszak jako bardziej ekologiczną alternatywę pogrzebu. Jak pisze Mary Roach: „W połowie XIX w. powszechnie (i błędnie) wierzono, że pogrzebane, rozkładające się ciała wydzielają trujące gazy, które zanieczyszczają wody gruntowe, a wraz z nimi docierają na powierzchnię, gdzie tworzą trupie, unoszące się nad cmentarzami »miazmaty« zakażające powietrze i wywołujące choroby u tych, którzy tamtędy przechodzą”. Dziś jednak wiadomo już, że spalanie zwłok uwalnia do atmosfery nie tylko gazy cieplarniane, ale i groźne zanieczyszczenia (np. związki rtęci z dawniej stosowanych materiałów dentystycznych). Swoje zrobiły też skandale, takie jak sprawa amerykańskiego Tri-State Crematory. Na jego terenie znaleziono 339 rozkładających się ciał, upchanych w szopach, zatopionych w stawie oraz poukładanych jedne na drugich w betonowej piwnicy.

Nic dziwnego, że naukowcy i związane z nimi firmy poszukują nowych, przyjaznych środowisku sposobów na pozbycie się ciała. Jednym z nich jest proces trawienia tkanek, zwany też bardziej elegancko „redukcją wody ” (water resolution). Zwłoki umieszcza się w hermetycznym zbiorniku, a następnie poddaje się je działaniu ługu (a konkretnie wodorotlenku potasu – KOH), gorącej pary wodnej i dużego ciśnienia. Po 2–4 godzinach tkanki rozpuszczają się, zostawiając po sobie kupkę kruchych, wypłukanych z kolagenu kości, które można pokruszyć na pył. Reszta, czyli jakieś 97–98 proc. masy ciała, zamienia się w wyjałowiony płyn koloru kawy, który – po odfiltrowaniu zanieczyszczeń – ma trafiać do kanalizacji. „Naszą technologię od trzech lat testują instytuty badawcze, w tym prestiżowa Mayo Clinic. Jesienią tego roku redukcja wody po raz pierwszy trafi do oferty domów pogrzebowych. Mamy pełną aprobatę zarówno specjalistów od ochrony środowiska, jak i etyków” – powiedział „Focusowi” Bradley Crain, prezes amerykańskiej firmy BioSAFE Engineering.

Sprzedawane przez nią urządzenia – tzw. digestory – można nabyć za około 40 tys. dolarów (w ofercie dominują modele przeznaczone do likwidacji martwych zwierząt – takie było pierwsze zastosowanie redukcji wody). Proces pochłania dziesięciokrotnie mniej energii niż kremacja. „Digestory znalazłyby szczególne zastosowanie na terenach wiejskich, gdzie populacja jest zbyt mała, aby opłacało się utrzymywać piece rozpalone przez cały czas, tak jak to się najczęściej robi. Rozpalanie pieca, potem całkowite studzenie go, potem rozpalanie na nowo i tak w kółko, niszczy jego wewnętrzne warstwy; idealnie jest, jeśli ogień pali się nieprzerwanie, a jedynie przykręca się go nieco podczas usuwania popiołu i wkładania kolejnego ciała, ale to z kolei wymaga stałej kolejki ciał” – wyjaśnia Mary Roach. W krajach, gdzie kremacja jest dominującą formą pochówku (np. w Szwecji czy Japonii) takie argumenty są po prostu przejawem myślenia rynkowego.
 

WYROSNĄ NA MNIE KWIATKI...

Na jeszcze bardziej zgodny z naturą pomysł wpadła szwedzka biolog Susanne Wiigh-Mäsak. Założona przez nią firma Promessa ma produkować tzw. promatory, zamieniające ludzkie ciało na kompost. Zwłoki będą zamrażane w ciekłym azocie, a potem rozbijane na drobne kawałki z użyciem wibracji. „Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że aby obrócić ciało w proch, potrzebujemy pewnej dawki energii. A ultradźwięki przynajmniej dobrze się kojarzą. Nie widać użycia siły. Chciałabym nawet, aby rodzina mogła to zobaczyć, stojąc za szklaną ścianą. Chciałabym czegoś, co mogłabym pokazać nawet dziecku i dziecko nie zaczęłoby płakać” – twierdzi pomysłodawczyni.
 

 

Prywatyzacja żałoby

Michel Vovelle, znawca tematyki tanatologicznej, powiedział, że śmierć jest odbiciem społeczeństwa, w jakim się wydarzyła. Dlatego „oświecone” współczesne chrześcijaństwo wypada na tle innych kultur szokująco. „Śmierć i żałobę traktuje się dzisiaj z taką pruderią jak przed wiekiem popędy seksualne” – stwierdził Geoffrey Gorer. Dlaczego? Bo społeczeństwo nie chce mieć udziału w przeżyciach osób będących w żałobie. To słabość charakteru, bezsensowna histeria. Można ją oczywiście przeżywać, ale nigdy publicznie. Świat chrześcijański wyklucza żałobników ze swego grona. Swoista „kwarantanna” obejmuje wszelkie kontakty: telefon milczy, poczty brak, znajomi unikają spotkań. Żałobnik zostaje sam ze sobą i myślami o zmarłym. Tymczasem badania, jakie przeprowadziła w 1988 r. E. Burgoine, dowodzą, że pełniejsze przeżywanie żałoby powoduje skrócenie depresji po stracie bliskiej osoby. Łatwiej dojść do siebie, jeśli ma się oparcie w grupie społecznej. Psychologowie twierdzą też, że musi upłynąć co najmniej 12 miesięcy, by można było oswoić się z tak dramatycznym przypadkiem – trzeba przeżyć pełen roczny cykl, wraz ze wszystkimi świętami, i wydarzeniami rodzinnymi, ale już bez zmarłego.

Drobinki ciała, ciągle jeszcze zamrożone, poddane zostaną liofilizacji i użyte w charakterze kompostu pod pamiątkowe drzewo czy krzew, które będzie można zasadzić w przykościelnym parku pamięci lub we własnym ogrodzie. Aby uniknąć źle kojarzącego się rozsypywania szczątków, zostaną one umieszczone w niewielkim biodegradowalnym pojemniku, czyli ekotrumnie. Ekologicznie do bólu, a na dodatek całkiem tanio – cała operacja ma kosztować najwyżej tysiąc dolarów.

Ekologia w Szwecji ma niemal religijny status. „Śmierć to zapowiedź nowego życia. Ciało staje się czymś innym. I chciałabym, żeby to coś innego było tak pozytywne, jak to tylko możliwe” – mówi Wiigh-Mäsak. Od lat stara się przekonać do swej idei Szwedów i ma już poparcie króla Gustawa, szwedzkiego Kościoła oraz sporej części branży pogrzebowej, nie tylko w Skandynawii.

Zgłosili się nawet wyznawcy zaratusztrianizmu, którzy od 8 tys. lat zostawiają swych zmarłych na pożarcie sępom (teraz mają z tym spory problem, bo ptaki te zaczęły wymierać). „Mamy za sobą wszystkie niezbędne testy. Jeśli nic nie stanie nam na przeszkodzie, pierwszy promator zacznie działać wiosną 2010 r. w Szwecji lub innym kraju europejskim. Następna w kolejce jest Korea” – powiedziała „Focusowi” Wiigh-Mäsak.
 

PIERŚCIONEK Z BABCIĄ

Nie brak też oczywiście propozycji bardziej ekscentrycznych, a przy tym daleko mniej przyjaznych środowisku. Prochy zmarłej osoby można wysłać w kosmos – na orbitę okołoziemską (1 tys. dol.) lub na Księżyc (12,5 tys. – wiadomo, odległość robi swoje) za pośrednictwem firmy Space Services. Sporą popularnością cieszy się też zamienianie zmarłych w syntetyczne diamenty. Wiele firm oferuje takie usługi, których ceny wahają się od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów (choć to i tak około 40 proc. taniej niż koszt naturalnych klejnotów tej wielkości). Prochy poddaje się działaniu temperatury rzędu 1,5 tys. stopni Celsjusza oraz ciśnienia przekraczającego 60 tys. atmosfer. Po kilku tygodniach powstaje diament (najczęściej o błękitnym lub żółtawym zabarwieniu), którym zajmują się szlifierze. Potem pozostaje tylko wybranie stosownej oprawy.

W takiej sytuacji sformułowanie „mój najdroższy mąż” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Popularyzatorzy tej metody pochówku sugerują, że w ten sposób łatwiej przekazać pamięć o bliskich kolejnym pokoleniom. Rzeczywiście, coś w tym może być. Z całą pewnością rodowy pierścionek czy naszyjnik z brylantami (nawet zrobionymi z babci czy dziadka) będzie budzić emocje w następnych pokoleniach. Choć niekoniecznie pozytywne. Wkrótce zresztą sami pewnie się o tym przekonamy – część zakładów pogrzebowych oferuje już tego typu usługi, wysyłając prochy do zagranicznych podwykonawców, a pionier w tej branży, amerykański LifeGem, ma nawet polskie przedstawicielstwo.

Zaletą diamentowego pochówku jest też niewątpliwa mobilność. W razie przeprowadzki po prostu chowamy drogich nieobecnych do szkatułki... Jest tylko jeden problem. Zgodnie z prawem obowiązującym w Polsce od 1959 r., szczątki ludzkie – czy to w formie ciała, czy popiołu – mogą spocząć jedynie na cmentarzu, ewentualnie w morzu (a i to tylko w przypadku śmierci na pokładzie statku).

Wszelkie inne formy – w tym rozsypywanie prochów na tzw. polach pamięci czy popularne ostatnio trzymanie ich w urnie w domu – są więc nielegalne, a na dodatek krytykowane przez Kościół (ten zresztą bardzo opornie akceptuje „nowości” – wszak kremacja została uznana za zgodną z doktryną katolicką raptem w 1963 r.). Dopiero niedawno rząd ogłosił, że rozważa nowelizację ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, tak aby zezwalała na alternatywne formy pochówku.
 

 

Zaloty na cmentarzu

Od narodzin chrześcijaństwa śmierć była naturalnym, jeśli nie centralnym elementem naszego kręgu kulturowego. Najistotniejszy jest tu motyw umierania czy dobrowolnego ofiarowania życia, a więc ukrzyżowanie. Oprócz aspektu cierpienia, przykład ten miał też krzepić – Jezus ma odkupić grzechy ludzkości i dać nadzieję na życie wieczne. Śmierć nie miała być zatem końcem, tylko kolejnym etapem. W epoce średniowiecza dawało to ludziom nadzieję i pomagało im „oswoić” śmierć. Nie było zresztą innego wyjścia. Mało kto dożywał 20. roku życia – dzieci umierały masowo z banalnych dziś przyczyn, dołóżmy do tego powszechne niedożywienie, epidemie, najazdy wrogich wojsk... Nic dziwnego, że maksyma memento mori była tak powszechna. Ale choć każdy pamiętał o ulotności życia, to jednak właśnie wtedy cieszono się nim najpełniej. Świadczy o tym choćby instytucja średniowiecznego cmentarza. W starożytności uważano zmarłych za nieczystych i grzebano ich z daleka od ludzkich siedzib. Ale już od VI w. (notabene aż po wiek XVIII) cmentarzem zaczął być kościół – nawet mimo zakazów, jakie nakładały na parafie kolejne sobory. Zmarłych przybywało, więc stopniowo przenoszono ich na kościelny dziedziniec. W tym samym czasie miasta rozbudowywały się, wchłaniając parafie zlokalizowane na przedmieściach. W ten sposób cmentarze stały się integralną częścią miast. Indywidualne groby w kościele były kaprysem możnych, dla reszty przewidywano pogrzeby w zbiorowych mogiłach mieszczących 500–700 ciał. Doły nie były wypełniane od razu (z wyjątkiem okresów epidemii), więc zwłok nie zasypywano, a tylko pobieżnie przykrywano np. deskami. Gdy zaczęło brakować miejsca na nowe pochówki, wydobywano kości z tych grobów, gdzie ciała już całkowicie się rozłożyły, i przenoszono je do galerii zwanych ossuariami. Cmentarz był wówczas także centrum życia społecznego – odbywały się tam spotkania, zaloty, kwitł handel, a nawet budowano domy. Śmierć była traktowana jako rzecz oczywista. Nie oznacza to jednak wcale, że nie niosła ze sobą poczucia straty. Zmarłemu oddawano należną cześć poprzez modlitwy w jego intencji i orszak pogrzebowy; obchodzono także żałobę. Zwyczaje te nasiliły się w wieku XIII, wtedy także powszechnie uznano czerń za kolor żałoby. Do śmierci należało się przygotować: przyjąć stosowne sakramenty, pożegnać się z rodziną i, co najważniejsze, umrzeć we własnym łóżku, czyli tam, gdzie przychodzi się na świat. Natomiast prawdziwym lękiem napawała mors repentina, śmierć nagła. I tak było aż do reformacji.

RELIGII CORAZ MNIEJ

Nic dziwnego, że zmienia się też obrzędowość związana z pogrzebem. W ostatnich dekadach stawał się on wydarzeniem coraz bardziej bezosobowym. Rozluźnienie więzi społecznych i religijnych (a to obserwujemy w wielu wyznaniach chrześcijańskich) doprowadziło do tego, że kapłani nie znają swoich parafian, więc nad trumną nie potrafią powiedzieć czegoś bardziej osobistego na temat zmarłego i jego rodziny. W efekcie pogrzeb często staje się jałową ceremonią, która nie jest dla bliskich żadnym pocieszeniem. Zapewne z tego samego powodu jest to też wydarzenie coraz bardziej prywatne. Do tego stopnia, że w niektórych krajach obowiązują zaproszenia na pogrzeby!

Lepszym rozwiązaniem okazały się ceremonie humanistyczne. Potocznie łączy się je z ateistami, choć to nadmierne uogólnienie. Ceremonie humanistyczne mogą zawierać elementy religijne, ale ich znaczenie odbiega od znaczenia tradycyjnego pochówku, są to bowiem wydarzenia z założenia świeckie. W Australii określa się je jako „pogrzeby zorientowane na życie”. Prowadzą je mistrzowie ceremonii, którzy – choć są dla rodziny obcymi osobami – konsultują się z bliskimi zmarłego po to, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji i opowiedzieć zgromadzonym, jaki naprawdę był. Wspólnie dobiera się muzykę, a nawet fragmenty ulubionych książek żegnanej osoby – a zatem wszystko to, co najpełniej odzwierciedla jej życie. Przesłanie jest jasne: nawet jeśli życie pozagrobowe to fikcja, zmarły i tak będzie żyć nadal – w naszej pamięci.

Popularność takich ceremonii znacznie wzrosła. Tylko w latach 90. XX w. stanowiły od 3 do 10 proc. wszystkich pogrzebów w świecie chrześcijańskim. A można oczekiwać, że ten odsetek będzie rósł. Pogrzeb humanistyczny wygrywa swoim aspektem terapeutycznym – to łagodne pożegnanie, bez widma piekła czy wiecznego potępienia.
 

Egzotyczna żałoba

W dzisiejszym świecie śmierć nie zawsze jest marginalizowana, choć wszędzie niesie ze sobą poczucie pustki i straty. W Indiach umierający nie zostaje sam. Do ostatnich chwil otacza go rodzina – bez względu na to, czy zgon następuje w domu, czy w szpitalu. W czasie uroczystości pogrzebowych, które trwają 12 dni, bliscy samodzielnie przygotowują ciało zmarłego, obmywając je i namaszczając olejkami. Osieroconej rodzinie towarzyszą liczni krewni. Ich zadaniem jest wspomaganie opłakujących oraz uczestnictwo w spotkaniach modlitewnych, które są największym hołdem dla zmarłego. Co ważne, od praktyk nie odsuwa się dzieci, więc śmierć jest dla nich czymś naturalnym. Wyrażanie żalu po stracie jest powszechnie aprobowane. Przeżywanie żałoby jest również typowe dla judaizmu. Jej okres trwa do 11 miesięcy, z czego najintensywniejszy żal przypada na siedem kolejnych dni po pogrzebie. Okres ten to shiva. Rodzina pogrąża się w smutku i koncentruje wyłącznie na stracie bliskiej osoby. Krewni i znajomi mają obowiązek odwiedzenia żałobników, choć nie mogą oczekiwać przejawów gościnności. Rodzina zmarłego staje się najważniejsza, dlatego otoczenie przejmuje opiekę nad nią w zakresie codziennych czynności.

MIĘDZY ELVISEM A LENNONEM

Kolejną reakcją na zmiany zachodzące w naszym stylu życia są cmentarze wirtualne. W Polsce funkcjonuje już kilka takich stron internetowych. Niektóre przypominają kartkę z pamiętnika czy kalendarza, inne są replikami rzeczywistych nekropolii. To miejsca odpowiednie dla osób każdego wyznania: do wyboru mamy m.in. cmentarz komunalny, buddyjski, ateistyczny, a także katakumby. Grób w wirtualnej nekropolii możemy zafundować sobie, komuś bliskiemu (jeśli jest to osoba żyjąca, będzie potrzebna jej zgoda), nawet idolowi lub psu (cmentarz zwierzęcy to osobna kategoria na tej stronie WWW). Wykupienie miejsca to wydatek rzędu 20 zł (plus 22 proc. należnego podatku VAT). W cenie zawarty jest m.in. pośmiertny mailing do rodziny i znajomych, który może zawierać treści, jakich nie zdążyliśmy (lub nie chcieliśmy) przekazać za życia oraz elektroniczny nekrolog. Za dodatkową opłatą można zlecić projekt indywidualnego wirtualnego pomnika oraz zamówić cyfrowe, „wieczne” kwiaty i znicze. Ekscentryczne? Może i tak, ale z pewnością chętnych nie zabraknie. Zwłaszcza że można spocząć między „pochowanymi” tam sławami: Elvisem Presleyem, Johnem Lennonem, Michaelem Jacksonem, Leszkiem Kołakowskim, Janem Pawłem II... I niech złośliwi wypominają, że to grób tylko na serwerze. Tam przynajmniej zawsze będzie panował porządek, nikt nie musi grabić liści ani wyrzucać wypalonych zniczy. A wejść na cmentarz można z dowolnego miejsca na świecie.

Przeciwnicy mówią o dehumanizacji i zaniku wartości. Zwolennicy utrzymują, że to rewelacyjne rozwiązanie dla tych, którzy mieszkają daleko od miejsca, gdzie pochowali swoich bliskich. Bo cyberznicze i cyberkwiaty nie różnią się wyglądem od prawdziwych, a najważniejsze – czyli pamięć o zmarłych – i tak pozostanie w naszych sercach.
 

 

Szybko, we śnie, bezboleśnie...

W okresie reformacji nagła śmierć staje się pożądana. Jej pochwałę głosił między innymi Erazm z Rotterdamu. Nękany przeróżnymi dolegliwościami, widział w takiej śmierci wyzwolenie z fizycznych cierpień. Szczytem marzeń i pobożnych życzeń jest zgon we śnie. To była „śmierć sprawiedliwych”, natomiast grzesznicy mieli umierać, wijąc się w konwulsjach. W liturgii chrześcijańskiej też zachodzą zmiany. Najważniejsze stają się rozważania nad marnością żywota. Śmierć miała wyzwalać ludzi z iluzoryczności ziemskiej doczesności. Pojawia się coś, co w obecnych czasach jest zupełnie powszechne – powściągliwość w okazywaniu żałoby. Kontemplowanie śmierci, przynoszące ulgę i spokój, było godną naśladowania postawą. Stąd motyw vanitas, czyli symboli przypominających o przemijaniu. Wypadało mieć co najmniej pierścień z trupią czaszką lub broszę w kształcie trumny, spoglądać kilka razy dziennie na ów przedmiot i rozmyślać.

To ostatni moment, kiedy można mówić o śmierci oswojonej. Ludzie czuli przed nią strach, ale też mówili o niej spokojnie. Philippe Aries, autor monumentalnego dzieła „Człowiek i śmierć”, zauważa, iż prawdziwy lęk przed śmiercią rodzi się na przełomie XVII i XVIII w. Wtedy w świadomości ludzkiej Eros zaczyna mieszać się z Tanatosem. Pojawiają się doniesienia o nekrofilii, która z miejsca staje się najohydniejszą formą bezczeszczenia zwłok. Świat poznaje także skandaliczne wybryki markiza de Sade’a. A jednocześnie pojawia się kolejny obraz dobrej śmierci – w trakcie uprawiania miłości. Martwe ciało staje się cennym towarem, ponieważ anatomowie niejednokrotnie wykradali trupy z cmentarzy, aby przeprowadzać na nich sekcje zwłok. Taki był początek trwającego do dziś procesu, który Aries nazwał zdziczeniem śmierci.