Przyjęta dawka promieniowania o wartości ponad 5 siwertów sprawiła, że po 25 dniach zmarł wskutek choroby popromiennej. W roku 1946 tę samą kulę z plutonu Amerykanie postanowili wykorzystać do testów na atolu Bikini. Zamiast cegiełek z wąglika wolframu rolę reflektora spełniały tym razem otaczające kulę dwie powłoki z berylu. Gdyby zetknęły się ze sobą, ruszyłaby reakcja łańcuchowa. Do odkrycia, kiedy może to nastąpić, znów służyły ludzkie ręce: berylowe powłoki trzeba było jak najbardziej zbliżyć do siebie. Najlepszy w tym wydawał się kanadyjski fizyk Louis Slotin, który zamiast specjalnych przekładek zapobiegających zetknięciu się powłok, pomagał sobie… śrubokrętem. 21 maja Slotin miał pecha – śrubokręt wyślizgnął mu się z dłoni. Górna powłoka opadła na dolną, rozpoczynając reakcję łańcuchową. Jej znakiem było błękitne jarzenie się zjonizowanego powietrza wokół kuli. Slotin zerwał połowę osłony i przerwał reakcję, ale siebie uratować już nie zdołał. Śmiertelna dawka przyjętego w krótkim czasie promieniowania to kilka siwertów, Slotin otrzymał dawkę czterokrotnie większą (21 siwertów) i zmarł po dziewięciu dniach. Po tym wypadku „rdzeń demona” został uznany za niebezpieczny i przetopiony. Nie z powodu śmiertelnego żniwa, jakie już zebrał – raczej dlatego, że po tym, jak dwa razy wszedł w reakcję łańcuchową, podczas wybuchu bomby mógłby zachować się w sposób nieprzewidywalny.

 

KIEDY OSŁONA JEST ZA SŁABA

Tragedia w laboratorium zawsze wstrząsa społecznością naukowców i – podobnie jak w przypadku przysłowia o Polaku mądrym po szkodzie – prowadzi do zaostrzenia zasad bezpieczeństwa i surowszego ich przestrzegania. Jednym z takich przypadków była śmierć chemiczki prof. Karen Wetterhahn z Dartmouth College w 1997 r. Zajmowała się badaniem toksyczności metali i była światowej sławy ekspertką w swojej dziedzinie. Nie brakowało jej więc wiedzy. W laboratorium pracowała z dimetylortęcią – organicznym związkiem rtęci. Wiedziano, że jest to substancja bardzo toksyczna, jednak znano tylko trzy przypadki śmiertelnego zatrucia (prawdopodobnie dlatego, że była rzadko stosowana). Wetterhahn przestrzegała wymaganych zasad bezpieczeństwa: działał wyciąg, a ona sama miała na sobie fartuch, okulary ochronne i jednorazowe lateksowe rękawiczki. Nie przejęła się więc, gdy na jedną z rękawiczek skapnęły dwie kropelki dimetylortęci.

Niepokojące objawy pojawiły się dopiero po kilku miesiącach: mrowienie w palcach, potykanie się, wpadanie na ściany, zaburzenie mowy, kłopoty ze wzrokiem i słuchem. Dopiero diagnoza – zatrucie rtęcią – przypomniała prof. Wetterhahn o zachlapanej rękawiczce. Trzy tygodnie od zauważenia objawów chemiczka zapadła w śpiączkę, zmarła 10 miesięcy po wypadku. Badania nad przenikaniem dimetylortęci przez różne materiały, z których produkowane są rękawiczki ochronne, wykazały zupełną nieskuteczność lateksu.

W tym samym roku równie niespodziewana śmierć, mimo zastosowania wymaganych środków ochronnych, spotkała Elizabeth Griffin, młodą badaczkę z centrum badań nad naczelnymi Yerkes National Primate Research Center w Atlancie. Zmarła wskutek zakażenia występującym u małp wirusem herpes B. Ludzie zakażają się nim rzadko, zwykle wskutek podrapania lub pokąsania przez zwierzę. Elizabeth niosła małpę zamkniętą w klatce, nie miała więc z nią bezpośredniego kontaktu. Nagle coś mokrego uderzyło ją w oko – to makak splunął lub rzucił w nią odchodami. Nie udało się tego nigdy ustalić, ponieważ Griffin zbagatelizowała incydent i nawet go nie zgłosiła. Po dwóch tygodniach trafiła do lekarza z zapaleniem spojówek i bólem głowy, do których wkrótce dołączyły objawy neurologiczne. Po czterech tygodniach od wypadku zmarła. Fartuch i rękawiczki, których wymagały procedury bezpieczeństwa, okazały się niewystarczające. Dopiero śmierć badaczki pokazała, że trzeba chronić również oczy, bo wirus może wniknąć do organizmu przez nienaruszoną błonę śluzową.

 

WIRUSY LABORATORYJNE

Zakażenia patogenami w laboratoriach wcale nie są rzadkie, choć trudno dokładnie oszacować ich liczbę. Tym bardziej że nie zawsze kończą się tragicznie. Duża ich część nie jest zgłaszana – celowo lub wtedy, gdy chory nie kojarzy objawów ze złapaniem czegoś w laboratorium. Wśród naukowców zdarzają się zakażenia wirusem zapalenia wątroby typu B i C oraz HIV, laboranci chorują na brucelozę, czerwonkę, salmonellozę, gruźlicę, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, a nawet dżumę. Zwykle powodem infekcji jest nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku: zakładanie nieszczelnych rękawic ochronnych lub ich nieużywanie, praca mimo zranień na dłoniach czy jedzenie drugiego śniadania w laboratorium. W 2009 r. taka niefrasobliwość kosztowała życie mikrobiologa Malcolma Casadabana z University of Chicago. Zajmował się on zarazkami dżumy, które teoretycznie nie stwarzały zagrożenia – były „rozbrojone” w taki sposób, by nie mogły pobierać niezbędnego im żelaza z organizmu zakażonego.