Pech chciał, że badacz nie wiedział, że choruje na hemochromatozę pierwotną, powodującą nadmierne przyswajanie i gromadzenie się w tkankach żelaza. „To tak, jakbyśmy pozbawili lwa zębów i pazurów – mówił potem współpracownik naukowca o pracy z osłabionymi zarazkami. – Ale w przypadku dr. Casadabana zęby nie były lwu potrzebne: w jego ciele żelaza było aż tyle, że bakcyl mógł z niego korzystać do woli”. Swoistym psychologicznym skutkiem ubocznym faktu osłabienia bakterii okazało się niestety osłabienie przestrzegania zasad bezpieczeństwa przez naukowca – zdarzało mu się po prostu rezygnować z zakładania rękawiczek ochronnych.

 

GORĄCA PUŁAPKA

Oczywiście zagrożenia czyhają nie tylko w laboratorium. Wyjdźmy w teren. W 1991 r. biolog molekularny Francis Barany z Cornell University pobierał próbki wody z gorących źródeł w Yellowstone. Otrzymywał z nich później enzymy potrzebne mu do badań nad nowotworami. Schylał się właśnie po próbkę trzynastą (gdyby był przesądny, pewnie poprzestałby na tuzinie), gdy nagle grunt pod jego butem osunął się i noga naukowca zanurzyła się w błocie o temperaturze 70 st. C. Ta makabryczna historia miała jednak klasyczny happy end – poparzenia wygoiły się i jeszcze w tym samym roku Barany ożenił się z koleżanką, która wyciągnęła go z gorącej pułapki. Uznał jednak, że nieostrożność kosztowała go zbyt wiele i wprawdzie nie zrezygnował z nauki, jednak zbieranie próbek pozostawił innym. „Nie mam zamiaru już nigdy zbliżać się do żadnego źródła – mówił. – Koledzy współczują mi i podsyłają mi swoje próbki albo płacę profesjonalistom po 100 dolarów za jedną. Nie chcę znowu robić za hot-doga”.

Dwa lata później przeczytawszy o wypadku innego naukowca, wulkanologa Stanleya Williamsa z Arizona State University, Barany napisał do niego żartobliwym zaproszeniem do Amerykańskiego Towarzystwa Poparzonych Naukowców. Williams miał wyjątkowego pecha. Nie mógł wybrać gorszego dnia na zejście do krateru wulkanu Galeras w Kolumbii. Gdy był w środku wraz z grupą innych geologów – jak na ironię, zbierając dane mające pomóc w przewidywaniu erupcji – wulkan wybuchł. Dziewięć osób zginęło na miejscu od gorąca i wyrzucanych skał. Williamsowi, mimo zgruchotanej czaszki, otwartych złamań obu nóg i ciężkich poparzeń, udało się uratować. Po wypadku naukowiec spotkał się z oskarżeniami, że zignorował symptomy zbliżającego się wybuchu, a przygotowanie członków wyprawy przypominało wyjście na niedzielną wycieczkę – nikt nie miał odzieży ochronnej ani kasku. Sam Williams nie czuł się odpowiedzialny za tragedię. Twierdził, że ryzyko podobnego wypadku jest wpisane w niebezpieczną pracę badacza wulkanów.

U wielu naukowców zamiłowanie do tego, co się robi, jest silniejsze niż strach przed podjęciem ryzyka, a śmierć w pracy wydaje się im lepsza od każdej innej. Wspomniany już Richard Conniff przytacza historię ostatniej podróży botanika Ala Gentry’ego i ornitologa Teda Parkera. W 1993 r. biologowie lecieli nocą nad Ekwadorem, gdy ich pilot stracił orientację. Samolot rozbił się o zbocze góry. Pilot i ekwadorski biolog Eduardo Aspiazu zginęli na miejscu. Reszta grupy czekała na pomoc, rozmawiając i słuchając odgłosów dochodzących nocą z tropikalnego lasu. Gdy do rana nikt nie odnalazł rozbitego samolotu, narzeczona Parkera Jaqueline Goerck (również ornitolog), oraz biolog z Ekwadoru Carmen Bonifaz, wydostały się z wraku i ruszyły po pomoc. Parker i Gentry nie doczekali jednak ratunku. Jaqueline powiedziała potem dziennikarzom: „To był piękny las, a oni byli bardzo szczęśliwi. Mnóstwo ptaków”.

Piotr Szymczak – fizyk, pracuje w Instytucie Fizyki Teoretycznej UW.