Według danych na 24 marca zebranych przez amerykański uniwersytet Johnsa Hopkinsa, we Włoszech umiera 9,5 proc. zarażonych SARS-CoV-2, we Francji 4,3 proc. a w Niemczech 0,4 proc. Skąd ta olbrzymia różnica?

Epidemiolodzy, jak Reinhard Busse z Technicznego Uniwersytetu w Berlinie, jako główny powód wskazują szybką reakcję służb w początkowym okresie występowania patogenu w kraju: namierzanie, testowanie i izolowanie ognisk infekcji.

- Daje to władzom Niemiec bardziej prawdziwy obraz występowania i rozmiarów pandemii niż rządzącym państwami, gdzie kontroluje się tylko ludzi z symptomami lub pacjentów wysokiego ryzyka – tłumaczy ”Washington Post”.

Paradoksalnie, wstępnie przyjęte przez Niemcy kryteria decydujące o tym, czy ktoś będzie poddany testowi czy nie były znacząco różne od tych we Włoszech. Co pomagało w przypadku pierwszych przypadków, to jasne powiązanie chorych z odbytymi niedawno podróżami.

Od tych pierwszych dni zasady zmieniono, znacznie rozszerzając liczbę osób badanych na obecność wirusa. Liczba przetestowanych z 35 tys. w pierwszym tygodniu marca skoczyła do 100 tys. w następnym. A to i tak nie licząc testów dokonywanych w szpitalach.

Według wirusologa Christiana Drostena ze szpitala Charité w Berlinie, duża wydajność diagnostyczna niemieckiej służby zdrowia pozwoliła na wyprzedzające posunięcia w procesie wykrywania przypadków pandemii.

Pomógł też, niższy niż we Włoszech, średni wiek społeczeństwa. Niemieccy epidemiolodzy zwracają uwagę, że wirusa do ich kraju sprowadzili głównie młodzi podróżujący ludzie i wśród równie młodych (i zdrowych, wytrzymałych) roznosili.

W przypadku Włoch padło najpierw na najstarszych. W wielu przypadkach pensjonariuszy domów spokojnej starości infekowali pracujący tam imigranci z Chin. Sytuacja ostatnio stała się na tyle dramatyczna, że z powodu koronawirusa zakazano pogrzebów. W szpitalach zakazano odwiedzin najciężej chorych na COVID-19.

– Ta pandemia zabija dwa razy. Najpierw, tuż przed śmiercią, odcina cię od twoich ukochanych. Potem, nikomu nie pozwala na odnalezienie spokoju. Ludzie są zrozpaczeni i nie mogą się z tym pogodzić – mówi BBC Andrea Cerato z domu pogrzebowego w Mediolanie.

Choć samo ciało zmarłego, według dostępnej dziś wiedzy, nie przenosi wirusa, jeszcze kilka godzin po śmierci infekujący patogen znajduje się na jego ubraniach. W konsekwencji zaraz po stwierdzeniu zgonu służby szpitala zamykają ciało w hermetycznych workach.

Zmarłego nie przebiera się tylko chowa tak jak zmarł, w szarym szpitalnym stroju. Żadnego malowania twarzy, poprawiania włosów, żadnej zmiany wyglądu. W domach pogrzebowych mogą jedynie odebrane od rodzin stroje położyć na górze zwłok wewnątrz trumny.

W wielu przypadkach ludzie odpowiedzialni za pochówek mogą jedynie zrobić zdjęcie ciała w trumnie przed kremacją i posłać bliskim, bo ci znajdują się pod ścisłą kwarantanną. Przez uchylane drzwi dostają od rodzin wiersze, rysunki dzieci do pochowania z ciałem dziadka czy mamy.

Według BBC nic z tych rzeczy do ziemi jednak nie trafi – obecnie pochówek przedmiotów osobistych jest nielegalny. Wszystko w celu ograniczania roznoszenia się wirusa. Przy pogrzebie mogą być obecne najwyżej dwie osoby.