Mimo walki ze szkodliwymi emisjami na całym świecie i pojawiającymi się kolejnymi ograniczeniami dla dymiących fabryk czy silników samochodowych problem nie znika. Badania zespołu z uniwersytetu Kolorado w Boulder pokazują, że jeśli naprawdę chcielibyśmy oczyścić powietrze raz a dobrze – musielibyśmy zrezygnować z wielu produktów czystości – domowej i osobistej. Szacunki badaczy pokazują, że około połowa emisji wytwarzanych przez człowieka pochodzi od produktów chemicznych.

To bardzo dziwnie brzmi, gdy postawimy znak równości między odświeżaczem powietrza a rurą wydechową w samochodzie, ale przewodzący badaniom Brian McDonald przekonuje, że i jego grupa była zaskoczona. Wraz ze spadkiem szkodliwych emisji z samochodów z powodu zaostrzenia przepisów pozostały wciąż inne źródła zanieczyszczeń, których ograniczenia nie dotknęły – choćby produkty w spray'u.

Najciekawsze jest jednak to, że prawdziwie szkodliwe działanie lotnych zanieczyszczeń nazywanych przez amerykańskich ekspertów VOC (ang. Volatile Organic Compounds - lotne związki organiczne) objawia się w kontakcie ze Słońcem.

- To nietrwałe gazy, ale silnie reagujące z ozonem i metanem – tłumaczy Atual Jain z Uniwersytetu Illinois w Urbana Champaign. Mają one swoją dobrą stronę, bo obniżają zawartość metanu w atmosferze (a jest to gaz odpowiedzialny za efekt cieplarniany), jednak z drugiej strony reagując ze światłem i innymi składnikami atmosfery tworzą warstwę smogu i trafiają do naszych płuc.

Opary chemiczne nie spowodują smogu w naszych mieszkaniach, nie mając kontaktu ze słońcem, jednak nie przestaną być niebezpieczne dla naszych oczu i płuc. Często powodują reakcje alergiczne, podrażnienia i bóle głowy.

Według amerykańskiego raportu o emisjach EPA’s National Emissions Inventory od lat 90-tych ubiegłego wieku widać bardzo spadek zanieczyszczeń pochodzących z rur wydechowych naszych samochodów. Jednocześnie jednak niestety nie zmniejszył się efekt tego jak chętnie używamy farb, substancji zapachowych oraz silnych detergentów czyszczących. Raport EPA nawet nie zajmuje się tą częścią zagrożenia.

W latach 80-tych ubiegłego wieku, gdy wyszło na jaw jak wiele produktów i urządzeń jest niebezpiecznych dla warstwy ozonowej planety ograniczono emisje HCFC – chlorofluorowęglowodorów, które zawarte były w systemach chłodniczych (także domowych lodówkach) ale i lakierach do włosów czy dezodorantach. Dzięki Protokołowi Montrealskiemu (podpisany w 1987 i przez kolejne lata wzmacniany) udało się zatrzymać degradację powłoki ozonowej Ziemi.

Teraz, według autorów badań, na kolejny krok – skierowanie się w stronę produktów, które nie będą emitowały lotnych związków organicznych.

Źródło: PopSci