Mężczyźni z sokołami na ramionach przechadzający się  po centrach handlowych w Dubaju czy w Rijadzie nie należą do rzadkości. Ptaki towarzyszą opiekunom na posiedzeniach rad nadzorczych spółek naftowych i podróżują z nimi luksusowymi limuzynami. Dawniej treser, a dziś niestrudzony obrońca sokołów Alan Parrot alarmuje, że każdy z tych mężczyzn może mieć związki z przemytnictwem, zorganizowaną przestępczością lub terroryzmem. Doświadczenie sokolnika Parrot zdobywał na dworze szacha Iranu, a także u rodziny królewskiej w uchodzącej za sokolnicze eldorado Arabii Saudyjskiej. Z czasem zorientował się, że sokolnictwo to nie tylko hobby i biznes, ale i przykrywka dla brudnych interesów. Jednym z graczy na sokolniczym czarnym rynku był aż do śmierci Osama bin Laden. Mało brakowało, a przez swoją pasję do polowań z  sokołami przywódca Al-Kaidy wpadłby w amerykańskie sidła już 13 lat temu.

Sokole oko pod opieką Na bazarze Al-Dira w stolicy Arabii Saudyjskiej Rijadzie mężczyźni zawzięcie dyskutują o tym, który z drapieżnych ptaków ma większą wartość – ten z Indii, Pakistanu, Iranu czy Maroka? „Po obu stronach sali przyjęć na specjalnych palikach siedziało kilkadziesiąt sokołów na uwięzi. Oswajały się z obecnością człowieka po to, by później mu służyć jako wytrenowani łowcy” – wspomina prof. Bogusław R. Zagórski, arabista z Collegium Civitas, stojący na czele Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Arabskiej, który trzy lata temu gościł w pałacu księcia z rodziny panującej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. „W zespole weterynarzy czuwających nad książęcą menażerią był Erytrejczyk z poznańskiej uczelni, a specjalista z Niemiec prowadził badania genetyczne, udoskonalając metody sztucznego zapładniania sokołów” – dodaje Zagórski. Jego zdaniem polowanie z sokołami pozostaje w państwach arabskich istotną częścią krajobrazu kulturowego. 

Podobizny sokołów widnieją na paszportach, banknotach i fladze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w godłach Kuwejtu i Libii. Ptaki te mają własne paszporty, dzięki czemu są częstymi gośćmi na pokładach samolotów linii Emirates oraz Qatar Airways. Przede wszystkim to jednak towarzysze polowań, których amatorami są najbogatsi szejkowie i książęta znad Zatoki Perskiej. 

Sokół jest dziś nie tylko symbolem prestiżu arabskiej elity, ale także dowodem jej przywiązania do tradycji. Polowanie z udziałem sokoła stawia w lepszym świetle niż paradowanie z kijem golfowym, który kojarzy się z Zachodem. Nic więc dziwnego, że Arabowie coraz większe znaczenie przypisują zdrowiu drapieżnych ptaków. Podczas tegorocznych targów weterynaryjnych w Dubaju VET Middle East jednym z wiodących wykładów  było wystąpienie Jaime Samoura z kliniki Wrsan w Abu Dhabi na temat nowinek dotyczących leczenia sokołów. Działająca w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich klinika specjalizuje się w leczeniu dolegliwości nękających te drapieżne ptaki, oferując usługi na najwyższym poziomie. 

Popyt na ptaki jest tak ogromny, że sprowadza się je z odległych zakątków świata, często nielegalnie i na zamówienie nabywców z Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jeszcze w  latach 40. XX w. nad Zatoką Perską można było kupić sokoła za równowartość dzisiejszych stu złotych. 20 lat później cena wzrosła dwudziestokrotnie, a dziś liczona jest w dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy złotych. W przeliczeniu na gramy sokoły mogą osiągać ceny wyższe niż heroina – za zasiedlającego arktyczne rejony białozora trzeba zapłacić nawet milion dolarów. W rezultacie handel sokołami jest dziś – zaraz za przemytem narkotyków, ludzi i  broni – czwartą najbardziej dochodową i jednocześnie najmniej ryzykowną nielegalną branżą – twierdzi Alan Parrot. 

Apetyt arabskich szejków na sokoły sprawił, że niemal zniknęły one z postradzieckich państw Azji Środkowej. Od rozpadu ZSRR, w Uzbekistanie i w Kazachstanie populacja rarogów zmniejszyła się odpowiednio o 90 i 95 procent. Zgodnie z konwencją waszyngtońską o międzynarodowym handlu zagrożonymi wyginięciem gatunkami dzikich zwierząt i roślin (CITES) dla celów sokolniczych wykorzystywane powinny być jedynie ptaki pochodzące z zamkniętych hodowli wolierowych. W niektórych krajach, m.in. w USA, a przede wszystkim w Arabii Saudyjskiej, w dalszym ciągu sokolnicy masowo chwytają jednak żyjące na wolności zwierzęta, wierząc, że ich instynkt do polowań jest o wiele silniejszy. Rozpędzony sokolniczy biznes rozwija się dzięki stosowaniu metod sztucznego zapłodnienia i krzyżowania międzygatunkowego, co grozi zmianami w genotypie populacji sokołów. Takim praktykom sprzeciwia się m.in. dr Łukasz Rejt z departamentu ochrony przyrody Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, który przez lata prowadził badania nad sokołami. 

Rejt ma ambiwalentny stosunek do sokolnictwa, które służy „układaniu i nauczaniu ptaka do zabijania dla przyjemności człowieka”. Podkreśla natomiast rolę sokolników w odbudowie gatunku, który w latach 60. XX wieku był zagrożony wyginięciem wskutek powszechnego stosowania chemicznych środków ochrony roślin (zwłaszcza DDT). Szkodliwe substancje gromadziły się w organizmach drapieżników, wywołując zmiany hormonalne i  powodując bezpłodność. „Bez udziału sokolników proces reintrodukcji byłby o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany, jeśli w ogóle możliwy, bo tylko oni mieli jeszcze praktyczną wiedzę o sokołach” – tłumaczy dr Rejt, który był zaangażowany w program reintrodukcji sokołów wędrownych w Polsce.   

Przez sokoły do bin Ladena

 

Niegdyś posiadanie sokołów było warunkiem przetrwania na pustyni. Dzięki tym ptakom Beduini mogli uzupełnić swoją dietę – złożoną głównie z daktyli, mleka i chleba – o mięso zajęcy i dropi. Rola sokołów została podkreślona m.in. w Koranie. „Jedzcie to, co pochwycą drapieżniki, które wytresowaliście tak, jak tresujecie psy, ucząc je tego, czego nauczył was Bóg. I wspominajcie nad tym imię Boga” – zaleca święta księga muzułmanów. Sokoły ceniono za ich zdolności, inteligencję, szybkość i skuteczność, a niekiedy traktowano lepiej niż rodzinę. 

Dawniej, podczas polowania, sokolnicy podążali za swoimi oswojonymi myśliwymi piechotą albo konno. Dzisiaj, wspomagani przez komputery i radary, jeżdżą terenowymi samochodami, a sokoły zaopatrują w radiowe transmitery ułatwiające lokalizację. Sokolnictwo stało się ekskluzywną rozrywką, na której punkcie zwariował arabski świat. Podobno Osama bin Laden nie zrezygnował z niej nawet wówczas, gdy przez kilka lat ukrywał się w Pakistanie przed tropiącymi go amerykańskimi oddziałami. Rozmiłowani w sokolnictwie Afgańczycy z okolic Kandaharu ponoć znienawidzili bin Ladena za to, że ogołocił cały region z drapieżnych ptaków, które polecał wyłapywać zarówno na własny użytek, jak i po to, by zjednywać przychylność wpływowych arabskich sojuszników. 

Do tego, że terrorystę numer 1 można znaleźć obserwując środowisko sokolników, próbował przekonać amerykańskie władze Alan Parrot. Tłumaczył, że obozy sokolników są „salami konferencyjnymi Al-Kaidy”, przez które przewijają się organizatorzy międzynarodowej siatki terroru i przepływają setki milionów dolarów przeznaczonych na finansowanie zamachów. W te powiązania nie wierzy prof. Zagórski. „W Polsce także na polowaniu albo podczas zawodów jeździeckich omawiało się ważne sprawy i  nie zawsze odbywało się to w najbardziej doborowym towarzystwie, ale nie obwiniamy przecież żubrów za to, że polował na nie Hermann Göring” – ironizuje arabista.

Tymczasem w zeznaniach przed komisją Kongresu USA do spraw zamachów Al-Kaidy z 11 września 2001 roku były ekspert Białego Domu w dziedzinie walki z terroryzmem Richard Clarke wyjawił, że w 1999 r. Stany Zjednoczone planowały zbombardowanie obozu sokolników pod Kandaharem, gdzie znajdował się bin Laden. Jak zeznał Clarke, nalot został jednak odwołany, bo z danych wywiadowczych wynikało, że wśród potencjalnych ofiar znajdował się ówczesny minister spraw zagranicznych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, któremu nie przeszkadzało, że jego kompan Osama jest poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Wkrótce USA sprzedały do Emiratów 80 sokołów F-16 za niebagatelną kwotę 6,5 mld dolarów. Być może, gdyby decyzja o ataku nie została odwołana, wieże WTC stałyby do dziś.