Jeszcze zanim komuna skończyła się na dobre, Szczecin stał się celem odwiedzin starszych Niemców w drucianych okularach. Mimo że ich podróż śladami przodków miała charakter raczej sentymentalny niż roszczeniowy, wśród wielu mieszkańców poniemieckich nieruchomości niepokój wywoływały dumnie i wolno przejeżdżające (prędkość wymuszał nie najlepszy stan ówczesnych dróg, często „kocich łbów”) eleganckie, drogie i nudne mercedesy.

Właściwie przez kolejne 10 lat miałem wrażenie, że te niemieckie auta patrzą na mnie przez swoje druciane okulary, bezpłciowymi reflektorami, spod siwego lakieru (wiem, że fani marki raczej się ze mną nie zgodzą). I nagle, dziesięć lat później, coś drgnęło. A może po prostu dotychczasowy główny projektant przeprawił się przez Styks? Merce zaczęły zyskiwać okrągłości, które coraz częściej wykręcały mi głowę na ulicy. Każdy następny wydawał się bliższy doskonałości. Ukoronowaniem tego trendu jest dla mnie AMG GT. Prawdopodobnie pierwszy, o którym naprawdę marzę…

 

E jak euforia

Arcydzieło elegancji. Tak na swojej stronie producent napisał o modelu klasy E, którym miałem szansę pojeździć (w wersji limuzyna). Ze względu na ten pierwszy raz ze Stuttgartczykiem właśnie – nie ukrywam, trochę podekscytowany, a trochę sceptyczny – wyruszyłem w pierwszą podróż po znacznie mniej ekscytującym, rozkopanym Służewcu. Jak było? W krótkich żołnierskich słowach: samochód jest w punkt. Ma dokładnie wszystko, czego kierowca (którego na to stać) szuka w eleganckiej limuzynie.

Fot. Robert Wiertlewski

Koń jaki jest, każdy widzi. A widok to przyjemny… Z boku, od zada i z pyska wygląda urodziwie i bez kompleksów może konkurować ze swoimi odpowiednikami wielkiej trójki. Dwie osoby zapytały mnie, jak wypada w porównaniu do BMW serii 5. Cóż, porównywanie byłoby niesprawiedliwe. Primo, beemka, którą jeździliśmy, była na oko jakieś 100 tys. złotych polskich bardziej doposażona od testowanego mercedesa. Po drugie primo, w oczekiwaniu na premierę nowej piątki czuć, że E to samochód o kilka lat świeższy.

 

E jak ergonomia

Pierwsze, co robi ogromne wrażenie po wbiciu się w przyjemnie wyprofilowane fotele, to wielkie wyświetlacze. Proste i czytelne, dobrze widoczne. Chce się ich dotykać, ale to byłby zły dotyk, bo zostawiłby niepotrzebne odciski w tym wnętrzu na wysoki połysk. Niestety Mercedes, podobnie jak BMW zresztą, ma ekrany nietykalskie, a nawigowanie po menu joystickiem, choćby superbajeranckim, rozpoznającym rysowane na nim literki, nie jest fajne. Nie bez powodu dziś używamy dotykowych telefonów, tabletów, komputerów i bankomatów.

Sam interfejs też do urodziwych i intuicyjnych nie należy. Mimo że nie jestem gadżetowym niemotą, nie byłem w stanie bez instrukcji wykonać tak prostych czynności jak przeskoczenie do następnej stacji radiowej czy podłączenie telefonu przez bluetooth (lista podłączonych urządzeń osiągnęła maks w ekstremum i, niestety, nie udało mi się znaleźć miejsca, w którym można „deautoryzować”  – co mi poleciło zrobić to ustrojstwo – nieużywane urządzenia).

Szczęśliwie większość najczęściej używanych funkcji, jak choćby te do sterowania klimatyzacją czy pokrętło głośności, ma swoje fizyczne ucieleśnienie na pięknej desce. Natomiast zupełnie do mnie nie przemawiał umieszczony centralnie analogowy zegarek (opcjonalny zresztą), ale nie czepiam się. Zgaduję, że to jakiś element tradycyjny, jak wazonik na kwiatki w Garbusie (ktoś wie?). Za to można i chce się lubieżnie dotykać kierownicy. Nie wiem z jakiego zwierza oni ją zrobili, ale musieli go karmić kawiorem i poić poranną rosą, bo jest wyjątkowo przyjemna, a do tego całkiem poręczna. 

Fot. Robert Wiertlewski

Nowością była dla mnie gałka zmiany biegów (skrzyni automatycznej) przy kierownicy. Trzeba oddać Mercedesowi, że takie rozwiązanie ma sens, bo zyskujemy sporo miejsca w centralnej części wnętrza i tym samym pojemne i łatwo dostępne schowki. Co prawda nienaturalne było dla mnie ustawienie dźwigni biegów do przodu/góry jako bieg wsteczny i do tyłu/w dół jako jazdę do przodu, ale to raczej coś, do czego można się przyzwyczaić w ciągu dwóch dni. Do tego bardzo wygodne fotele sterowane paranoicznie (głównie elektrycznie, ale regulacja przód/tył odbywa się przy pomocy „starodawnej” dźwigni odciąganej siłą ludzkich mięśni), klimatyczne oświetlenie i czego człowiekowi więcej trzeba? No może perfum. W schowku przewidziano miejsce do umieszczenia dedykowanych zapachów. A myślałem, że widziałem wszystkie możliwe bajery.

O tym, że w samochodzie jest dużo miejsca, a bagażnik ma przepastny niczym Ar-Rub al-Chali, nawet nie piszę, bo to – cytując klasyka – „oczywista oczywistość” przy limuzynie tych gabarytów. Nie licząc systemu multimediów, zauważyłem tylko jedną skazę, za to licznie występującą. Plastik piano, z którego zrobiona była centralna część, ma wyraźną skłonność do rysowania się. 

 

E jak ej-aj (AI)

Jazda E-klasą to czysta przyjemność (owszem, to wyświechtane określenie, ale mogłem przecież napisać „radość z jazdy”, więc nie ma co się krzywić). Miękkie zawieszenie przyjemnie buja w ruchu miejskim, nawet na mocno dziurawych drogach, i mimo że 194KM (w wersji E220 D) nie rokują przy takich gabarytach, samochód jest zaskakująco dynamiczny i dostarcza wiele przyjemności, wchodząc na wysokie obroty.

Diesel w automacie sprawuje się o wiele przyjemniej, niż mogłoby się wydawać z zasłyszanych opinii (choć czasami zdarzało mu się reagować z pewnym wahaniem, jakby dynamiczne depnięcie gazu podczas spokojnej jazdy budziło go z jakiejś drzemki). Chociaż testowany model to „ropopijca”, jedyne cykanie, które można było usłyszeć, to to, wydawane przez starszych braci w dieslu, stojących obok na światłach. 

Mimo sporych gabarytów, dzięki systemom wspomagania parkowania: przedniej i tylnej kamerze z symulowanym torem jazdy i widokowi 360 stopni, nawet taki „mistrz” parkowania jak ja bez problemu mieści się na przeciętnym parkingu, no i w przeciwieństwie do Volvo, system nie wyje niczym trąby Jerychońskie pół metra od ściany.

Są także inne systemy wspomagające nieogarniętych kierowców. Zdarzyło się raz podczas cofania, że samochód gwałtownie zahamował bez mojego udziału „widząc” szybko zbliżający się pojazd na drugim pasie. Mimo że do kolizji raczej by nie doszło. Człowiek czuje się dobrze, wiedząc że ma dodatkowe oczy (choć wiem że wielu kierowców ma alergie na systemy, które ich wysługują - podejrzewam że można to wyłączyć).

Fot. Robert Wiertlewski

Dla kogo to samochód? Na pewno dla kierowcy zarabiającego dużo powyżej średniej krajowej, który nikomu niczego nie musi udowadniać, a szuka komfortowej i eleganckiej limuzyny bez zbyt dużego zwracania na siebie uwagi. Jeździłbym.