Helmut Kentler (1928–2008) był fachowcem w dziedzinie psychologii i seksuologii. Wprawdzie początkowo zamierzał studiować teologię i zostać pastorem, ale ostatecznie wybrał inny kierunek nauki. Po studiach zajmował się edukacją dzieci i dorosłych, pedagogiką społeczną, współpracował przy tym z instytucjami kościelnymi i z sądami. Wyrobił sobie pozycję eksperta o postępowych poglądach, objął profesurę na Uniwersytecie w Hanowerze. To on na fali przemian obyczajowych końca lat 60. wpadł na pomysł „rewolucyjnego” programu. Uznał, że pedofile będą dobrymi rodzicami zastępczymi. Uważał bowiem, że kontakt seksualny między dorosłymi a dziećmi jest nieszkodliwy. Ba, potrafi wręcz pomóc dzieciom z rodzin patologicznych lub pozbawionych dachu nad głową w uwolnieniu ich energii i w ekspresji uczuć. Zaś wspólne mieszkanie dzieci z marginesu z dorosłym, choćby pedofilem, będzie sprzyjać ich integracji ze społeczeństwem. Władze ówczesnego Berlina Zachodniego, w tym Urząd ds. Dzieci i Młodzieży (Jugendamt), zgodziły się na wprowadzenie planu poważanego naukowca w życie. Pierwsi bezdomni chłopcy trafili do swoich nowych „opiekunów” w 1969 roku. 

Głos po latach

Dzieci miały od 6 do 14 lat. Do projektu wciągnięto placówki oświatowe. Pedofile, pełniący rolę ojców zastępczych, otrzymywali nawet zasiłek wychowawczy. Nikt nie protestował, że znaleźli się wśród nich osobnicy z kryminalną przeszłością. Może dlatego, że było wśród opiekunów również kilku wysoko postawionych pracowników instytucji naukowych i edukacyjnych. Kentler miał też wsparcie polityczne, np. jego nową pedagogikę podchwycili i popierali niektórzy przedstawiciele niemieckiej partii Zielonych.

Proceder kwitł przez ponad trzydzieści lat, także po zjednoczeniu Niemiec, aż do początków XXI wieku. Tragedia dzieci mogła trwać krócej, gdyby wzięto pod uwagę sygnały docierające ze znanego feministycznego czasopisma „Emma”. Ono jako pierwsze, już w 1993 roku – a więc 24 lata po rozpoczęciu projektu i 15 lat przed śmiercią Kentlera – zwracało uwagę, że w ramach eksperymentu mogło dochodzić do seksualnego wykorzystywanie dzieci. Wówczas pozostało to jednak bez większego echa. „Dzieci były poza ulicą, pedofile nie byli już zauważalni, ponieważ wykorzystywali dzieci w swoich własnych czterech murach” – piszą teraz niemieccy dziennikarze, komentując milczenie władz, które było korzystne dla instytucji i polityków, a tragiczne dla dzieci.

Historia na dobre wyszła na jaw dopiero, gdy kilka lat temu o swoich przeżyciach opowiedziało dwoje dorosłych już dzieci, kiedyś poszkodowanych przez przybranych ojców-pedofilów. Wtedy postanowiono przyjrzeć się „eksperymentowi Kentlera”. Jednak w chwili, gdy pojawiły się oskarżenia o nadużycia, wedle obowiązujących przepisów sprawy były już przedawnione. Poszkodowani nie mogli liczyć nawet na odszkodowania. 

Pierwszy raport na temat bulwersującego projektu opublikowali w 2016 r. badacze z Uniwersytetu w Getyndze. Wyszło przy tym, że nie mogli liczyć na pełne wsparcie odpowiednich instytucji i urzędów. Dlatego na zlecenie berlińskich władz sprawą zajęli się ponownie specjaliści z Uniwersytetu w Hildesheim. Otrzymali dostęp do akt dzieci i rodziców zastępczych. Szczególną uwagę zwrócił przypadek niejakiego Fritza H, pod którego opieką znalazło się dziesięcioro dzieci, a jedno z nich w tym czasie zmarło. Opisali też sieć powiązań między instytucjami zaangażowanymi w projekt. Wskazali na możliwe powiązanie sprawy Kentlera ze słynnym w Niemczech skandalem pedofilskim w elitarnej szkole z internatem w Odenwaldzie.

Całość ogłosili w przedstawionym 15 czerwca raporcie „Praca Helmuta Kentlera w opiece nad dziećmi i młodzieżą w Berlinie”. Wywołał on szok, a szczegóły sprawy opisały największe niemieckie media, w tym stacja Deutsche Welle i dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.