“Udało im się przetrwać katastrofę (…), która położyła kres panowaniu dinozaurów”. Poznaj roślinnych komandosów

Od malutkich traw po olbrzymie sekwoje: rośliny nas zawsze inspirowały, ciekawiły, poruszały, żywiły, leczyły (choć czasem też truły) i zaskakiwały. Fascynujące historie z ich świata zebrał Richard Mabey, a my mamy dla was obszerny fragment jego książki “Roślinny Kabaret”!

O pochodzeniu i wymieraniu. 
Sagowiec

Istnieje pewien gatunek drzewa o starym rodowodzie, dla którego klonowanie było ostatnią deską ratunku. W 1895 roku w południowoafrykańskiej prowincji KwaZulu-Natal odkryto jedyny znany żywy okaz sagowca z gatunku Encephalartos woodii. Pomimo troskliwej opieki w rządowym ośrodku w Pretorii 70 lat później roślina obumarła w wyniku licznych obrażeń. Na szczęście zanim do tego doszło, do kilku ogrodów botanicznych, w tym do Kew Gardens, trafiły odrosty pozyskane z głównego pnia. Sagowiec jest rośliną dwupienną, co oznacza, że męskie i żeńskie struktury rozrodcze występują na różnych osobnikach. Ponieważ osobnika żeńskiego 
E. woodii nigdy nie udało się znaleźć, jedynym sposobem zachowania gatunku było klonowanie odrostów. Śmierć rośliny to niewątpliwie dramatyczna odsłona zjawiska wymierania, cała ta historia rozpatrywana na poziomie komórkowym stanowi jednak budujący przejaw zaradności, jaką wykazują rośliny, aby takich skrajnych zdarzeń uniknąć, jak również pokazuje, w jaki sposób ludzie mogą im w tym pomóc.

Sagowce należą do najstarszych rzędów drzew. Wyewoluowały mniej więcej 280 milionów lat temu, pojawiwszy się na miejscu karbońskich lasów węglowych. Rośliny o pierzastych, wiecznie zielonych liściach świetnie sobie radziły w epoce dinozaurów, stanowiąc dla nich bardzo pożądane pożywienie. Budową liści i łuskowatym pniem przypominają nieco palmy, jednak jako prototyp wielu innych, później wykształconych roślin mają narządy rozrodcze (zwane fachowo strobilami) stanowiące niejako kompromis między kwiatem a szyszką. Makrostrobile (czyli żeńskie organy płciowe) mogą osiągać bardzo duże rozmiary. W przypadku E. woodii jest to żółtawy cylinder, który dorasta nawet do metra długości i z uwagi na spiralnie ułożone łuski wygląda jak rozciągnięty ananas. Mikrostrobile (męskie organy płciowe) zawierają duże ilości pyłku, który przenoszą chrząszcze i ryjkowce na makrostrobile, przyjmujące postać pęku wełnistych liści. Niewykluczone, że w okresie jurajskim był to jeden z pierwszych eksperymentów natury z symbiozą między rośliną a owadem. Eksperyment się udał, a potomkowie tych pierwszych zapylaczy zostali później zaangażowani do podobnej pracy przez rośliny okrytonasienne.

Sagowce dynamicznie się rozwijały w jurze, rozprzestrzeniając się na terenach strefy tropikalnej i subtropikalnej po całym świecie. Nadal zresztą występują dość powszechnie, zarówno w Azji Południowo-Wschodniej i regionie Pacyfiku, jak i w południowej części Afryki czy Ameryce Południowej i Środkowej, gdzie wykazują dużą różnorodność. Dotychczas opisano 300 różnych gatunków sagowców, a lista cały czas się wydłuża w związku z nowymi odkryciami. Rośliny radzą sobie w zróżnicowanych warunkach środowiskowych, zarówno w lesie deszczowym, jak i na terenach półpustynnych. Jak na względnie prymitywne organizmy wykazują się zaskakującą zaradnością. Być może to właśnie dzięki temu udało im się przetrwać katastrofę ekologiczną, która położyła kres panowaniu dinozaurów. Sagowce są przygotowane na różne ewentualności. Jeśli proces zapylania się nie powiedzie, mogą się rozmnażać w sposób wegetatywny z wykorzystaniem rozmnóżek czy odrostów. Rosnące pędy są chronione przez ognioodporne liście dolne. W ich szczególnych korzeniach, zwanych koralowymi, żyją symbiotyczne glony, które uzyskują azot z atmosfery (rośliny strączkowe również odkryły tę metodę, ale dokonały tego 100 milionów lat później). Sagowiec wydaje ogromne nasiona, otoczone wielowarstwową, pożywną łupiną. Ukryte głęboko w środku jądro jest w stanie przetrwać nawet w układzie pokarmowym słonia. Niektóre gatunki wydają nasiona, które unoszą się na wodzie i być może mogłyby przemierzyć cały ocean (jak nasiona baobabu). Rodzina sagowców z łatwością wytwarza nowe podgatunki i hybrydy, przystosowane do życia w określonych niszach – to zresztą kolejny sposób, aby zapewnić sobie przetrwanie i skutecznie kolonizować nowe terytoria. 

Życie tych doskonale dopracowanych i w wysokim stopniu lokalnych gatunków jest jednak narażone na liczne niebezpieczeństwa, nie reagują one bowiem dobrze na nagłe zmiany warunków bytowych. Dotkliwie odczuł to E. woo­dii. Jedynym znanym dziko żyjącym przedstawicielem tego gatunku był okaz złożony z czterech pni, odkryty w 1895 roku przez Johna Medleya Wooda, kuratora ogrodu botanicznego w Durbanie. Roślina bytowała na stromym zboczu o wystawie południowej, na skraju lasu oNgoye w prowincji KwaZulu-Natal. Jeden z odrostów podstawnych został w 1903 roku wysłany do londyńskiego Kew Gardens, gdzie od tamtej pory rośnie w pawilonie roślin strefy umiarkowanej. Botanicy, świadomi zagrożenia tego gatunku, w następnych latach pozyskiwali z rośliny kolejne odrosty. Wysłano je do ogrodów botanicznych w Durbanie i w Irlandii. W 1912 roku okaz dziko rosnący składał się już tylko z jednego, i to uszkodzonego pnia. Zachowywanie gatunków w ich naturalnym środowisko nie było wówczas właściwie rozumiane, więc cztery lata później wydział leśnictwa zarządził wykopanie ostatniego żywego egzemplarza sagowca i przeniesienie go do rządowego ośrodka botanicznego w Pretorii, gdzie roślina obumarła pół wieku później. Tym samym E. woodii oficjalnie uzyskał raczej mało zaszczytny status rośliny „wymarłej na wolności”.

 

Dziś pędy pochodzące z roślin hodowanych w Durbanie i Kew rosną w wielu ogrodach botanicznych świata, stanowiąc ciekawy – acz coraz powszechniejszy – przypadek demokratyzacji dóbr rzadkich. Okaz z Kew liczy obecnie już ponad 100 lat i będzie głównym eksponatem prezentowanym w nowym pawilonie strefy umiarkowanej, który ma zostać otwarty za parę lat. Na razie stoi skulony w rogu oryginalnego pawilonu. Przycięto mu liście, ponieważ rozrosły się na tyle, że nie mieścił się w drzwiach. Ten akt przycinania na wymiar przywodzi na myśl dawną historię tej rośliny. Jeśli nie uda się odkryć osobnika żeńskiego, sagowiec E. woodii nigdy nie będzie się rozmnażać w sposób naturalny. Obecne próby w tym zakresie opierają się na założeniu, że może dojść do powstania płodnych hybryd z połączenia pyłku istniejącego okazu oraz komórek jego bliskiej krewnej E. natalensis. W wyniku konsekwentnego krzyżowania okazów z takiej reprodukcji z E. woodii może dojść w pewnym momencie do powstania potomstwa, które będzie przypominało dziko żyjący okaz żeński pierwotnego gatunku. W dążeniach tych pobrzmiewa echo innego naukowego marzenia – że kiedyś uda się wywołać z mroków dziejów włochate mamucie hybrydy poprzez wprowadzanie fragmentów kopalnego DNA do kodu genetycznego słoni. Tu jednak dochodzi do wypaczenia koncepcji naturalności. Ekscytacja, jaką budzi prometejski akt stworzenia, mający w założeniu naprawić szkody, które wyrządziliśmy przyrodzie, zderza się z odwiecznym Frankensteinowskim poczuciem winy i prostą tęsknotą za światem pozostającym poza naszą kontrolą. Takie rzeczy prędzej czy później się jednak wydarzą, a my musimy znaleźć dla nich odpowiedni kontekst etyczny.

W przypadku roślin ze szczególną siłą dają o sobie znać wątpliwości związane z kwestią indywidualizmu pradawnych drzew. Z racji wieku i wyjątkowego charakteru tego typu okazy mają w sobie coś z dzieł sztuki, a w związku z tym wiele osób zastanawia się nad ich pochodzeniem i autentycznością. W Ameryce trwają zażarte spory dotyczące wiekowości sosny o nazwie Matuzalem. W Wielkiej Brytanii lokalne społeczności przedstawiają coraz to nowe teorie na temat dębów, które miały rzekomo zapewniać azyl obalonemu królowi albo jakiemuś uciekającemu dysydentowi. Drzewa okala się płotami i wyróżnia odznakami jak bohaterów wojennych. Hybrydy powstające z połączenia rzadkich okazów rdzennych z bardziej witalnymi roślinami napływowymi budzą pogardę, a niekiedy są po prostu niszczone, ponieważ w wąskim rozumieniu koncepcji bioróżnorodności ich istnienie prowadzi do skażenia genetycznej czystości oryginału. Można by odnieść wrażenie, że poszczególne drzewa o wyjątkowym charakterze lub bogatej historii mają prawo istnieć wyłącznie jako marynaty własnej wyjątkowej genetycznej tożsamości (a więc choćby w postaci klonów), zupełnie jak gdyby jakiekolwiek zawirowania, nieoczekiwane zdarzenia reprodukcyjne czy ogólnie kontakt z innymi organizmami żywymi miały skutkować unicestwieniem ich autentycznej istoty. Jak łatwo można sobie wyobrazić, powszechne stosowanie tej zasady w odniesieniu do przyrody jako całości spowodowałoby zahamowanie życia na Ziemi. Nazbyt często zapominamy, że przez miliony lat drzewa z powodzeniem radziły sobie z przeróżnymi procesami stanowiącymi normalny element ich funkcjonowania – z mutacjami, z ewolucyjną adaptacją do zmieniających się warunków środowiskowych, z krzyżowaniem z innymi gatunkami, samodzielnym rozsiewaniem nasion czy regeneracją.

W amsterdamskim ogrodzie botanicznym rośnie ciekawy młody okaz sagowca E. woodii. Wyrasta niechroniony z małej drewnianej skrzynki, w której pewnie wielu z nas chętnie wystawiałoby swoją ulubioną różę gdzieś przy drzwiach. Jego sąsiadem jest malutkie drzewo oliwne, które posadzono w starej puszce po oliwie. Obecność tych dwóch okazów zdaje się sugerować, że wszystkie rośliny są jednakowo cenne, bez względu na to, jak skomplikowaną mają historię i na ile są dla nas użyteczne. Ten skromny pęd, który wywodzi się sprzed 200 milionów lat, zauroczył mnie swoją bezpretensjonalnością. Z drugiej strony nie raz doświadczyłem niezwykłej energii wielkich drzew – tych najstarszych, które przetrwały wbrew wszelkim przeciwnościom losu i są teraz ostatnimi przedstawicielami swojego gatunku. Te drzewa mają moc przestawiania teleskopu historii. Ich osobliwości stają się oknem do minionego świata. Patrząc na nie, można w wyobraźni odwrócić bieg procesu ewolucji. Pojedyncze drzewo przeistacza się wówczas w niewielki gaj, a następnie w tętniący życiem las. Z czasem mamy przed oczami całą społeczność przedstawicieli pierwotnego gatunku. Mogą one jednak skłaniać również do spojrzenia w przyszłość, nawet do dnia, w którym same przestaną istnieć, a pozostanie po nich już tylko – jak to ujął Oliver Sacks – „smutne, sprasowane wspomnienie w węglu”.

Sacks – który jednakowym wizjonerstwem wykazywał się zarówno w dziedzinie neurologii, jak i w swoich obserwacjach botanicznych – jako dziecko fascynował się pradawnymi gatunkami. Zainteresował się nimi po raz pierwszy, gdy obejrzał dioramy z okresu jurajskiego eksponowane w Muzeum Historii Naturalnej oraz liczne sagowce w palmiarni Kew Gardens. Ich starożytny wygląd i tajemniczość urzekły go do tego stopnia, że później we śnie przeistoczyły się „w Eden z odległej przeszłości, w magiczne «niegdyś». […] Nigdy nie ewoluowały, nic się nie zmieniały; były jakby zastygłe w bursztynie”. Już jako dorosły uświadomił sobie, że osobliwość tych drzew poszerzyła jego późniejsze rozumienie dynamiki życia. Sagowce wydawały mu się „zarówno tragiczne, jak i heroiczne”. Jako krewni roślin lasu węglowego, które już dawno zniknęły z powierzchni Ziemi, „stały się rzadkie, dziwne, a nawet dziwaczne, anomalne w świecie małych, hałaśliwych, szybko się poruszających zwierząt i szybko rosnących roślin o kolorowych kwiatach, niepasujących do ich własnej godności i monumental­ności”.

W latach dziewięćdziesiątych Sacks zetknął się na wyspach Pacyfiku z dziwną, endemiczną ślepotą barw, która mogła mieć związek z regularną konsumpcją mąki sporządzonej z nasion sagowca. Wspomina pewien wieczór, który spędził na małej wyspie o nazwie Rota, położonej na wschód od Guam. Otóż siedzi na plaży pośród sagowców rosnących niemal przy brzegu morza, na plaży zasypanej ich wielkimi nasionami, i obserwuje kraby uca, które za pomocą swoich szczypiec usiłują dostać się do ich wnętrz. Wiatr się wzmaga, a piętrzące się fale zaczynają porywać z brzegu część nasion. Większość trafia potem z powrotem na plażę, ale jedno unosi się na wodzie i powoli oddala od brzegu. Sacks obserwuje, jak rozpoczyna podróż, dzięki której może dotrzeć na jakieś inne wybrzeże Pacyfiku. Nie można wykluczyć, że pewnego dnia znajdzie się na lądzie i wykiełkuje. Istnieje też – może nieco mniejsza, ale ileż bardziej fascynująca możliwość – że z połączenia tej rośliny i miejscowego sagowca powstanie pewnego dnia hybryda, dzięki której cała rodzina zyska nową szansę na dłuższe przetrwanie. Gdyby nawet w tym rozrodzie rośliny pomógł człowiek, to dla mnie niczym by się to nie różniło od szczęśliwej interwencji przedsiębiorczego ryjkowca. Ot, po prostu przyspieszyłoby proces, który mógłby przecież zajść w sposób zupełnie naturalny. Również w odniesieniu do procesu przechodzenia od życia łowiecko-zbierackiego do hodowli ciężko czasami powiedzieć, czy odbywał się on za sprawą ludzi, czy roślin.

Richard Mabey – “Roślinny Kabaret”

Warto sprawdzić

Wczytuję wpisy...