Współczesna „kubańska bajka” zaczęła się nieopodal Alto Cedro, wśród łagodnych wzgórz, gdzie leży małe miasteczko Birán. W pobliskiej dolinie znajduje się Finca Mañacas – Palmowa Hacjenda. W 1926 r. urodził się tu potomek bogatego plantatora Fidel Castro.

W autobiografii spisanej przez Norberto Fuentesa Fidel zapowiada, że farma będzie udostępniona zwiedzającym „za dolary”. Jednak, choć jeden z przewodników informuje, że zgodę można uzyskać w komitecie partii w stolicy prowincji, to nieprawda. Tamtejsi sekretarze nie mają pojęcia, jak się do sprawy odnieść, ani odwagi, by improwizować. W zamian proponują zapoznanie się ze statystyką produkcji rolnej w prowincji Oriente. Volker Skierka, biograf Castro, pisze, jak w 1990 roku ujrzał Birán: „sielankowe ustronie, w którym przyszedł na świat kubański rewolucjonista”. Niestety „w pobliżu natychmiast pojawili się umundurowani strażnicy i uprzejmie, aczkolwiek stanowczo, przepędzili mnie stamtąd” – wspomina.

Dziś jest podobnie. W Birán nikt nie wie albo nie chce wiedzieć, jak trafić do „finki Fidela”. Niepozorna, wąska droga w tropikalnym lesie przypadkowo okazuje się prowadzić do pilnie strzeżonego celu. Żołnierze demonstrują służbową srogość na przemian ze zdumieniem, po cóż było pokonywać szmat drogi i pocić się tak daleko od morza. Zapewniając o całkowitej apolityczności, można „pooglądać z daleka”. W końcu udaje się wejść, ale „nie zaczepiać i nie fotografować żołnierzy, nie fotografować pokoju Liny Castro”. Matka Fidela żarliwie wyznawała santerię, afro-kubańską religię, opartą na magii i ludowej mistyce – wystrój jej pokoju nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości. Tymczasem synowie oficjalnie tępili santeryjne obyczaje w państwie ofensywnie laickim. Ostatnio restrykcje nieco rozluźniono, uznając santerię za atrakcję turystyczną.

W posiadłości panuje nastrój zaiste muzealny i trudno byłoby uwierzyć, że ktoś tu bywa, gdyby nie arena kogucich walk ze świeżymi śladami zmagań. Tę pamiętającą czasy jego dzieciństwa Fidel kazał rozebrać. Jednak jego młodszy brat Raúl kocha walki nie mniej niż władzę i arena wróciła. Strażnicy niechętnie o tym mówią. Zapytani, czy bywa tu ktoś z „szefów”, odpowiadają „Teraz nie ma nikogo”.

Ukryta komuna

Rozmowniejsze są funkcjonariuszki. Chętnie pokażą łóżko, na którym urodził się Fidel, karabin, który Raúl podarował matce, amerykańską lodówkę, która, „gdy trzeba, to jeszcze działa”.

„Dom miał surowy charakter, jedliśmy w nim na stojąco, a ja do dziś pamiętam matkę przeganiającą kury z foteli” – wspominał Fidel. Eksponaty – jeśli są autentyczne – prezentują się skromnie. „Zgrane” domino, sprana odzież w szafach, trochę zdjęć, parę tanich sprzętów. Pod domem antyczna ciężarówka. Nieopodal szkoła z zachowanym wyposażeniem, obok rodzinny grób.

Formalnie wszystko należy do państwa, zatem Castro bywają tu bez przeszkód. Najczęściej przyjeżdża Ramon, najstarszy z braci, oraz rządzący obecnie Raúl. Fidel świętował tu 70. urodziny w towarzystwie noblisty Gabriela Garcii Marqueza. Przekonywał go, że Birán mogłoby w „kwestii samotności i przyrody” rywalizować z kolumbijską Aracatacą, rodzinnym miasteczkiem pisarza, pierwowzorem Macondo z najsłynniejszej powieści Marqueza „Sto lat samotności”. Dyskutowali w szkole, z której Fidel, jak twierdził, wymykał się, „żeby doświadczać przygód i korzystać z usług kobiet lekkich obyczajów”. Zapewnia, że przeżył inicjację jako siedmiolatek. „Wśród trzcinowych zarośli, ale nie wydaje mi się konieczne umieszczanie tam tablicy, że tutaj znajduje się historyczne miejsce, gdzie Naczelny Wódz po raz pierwszy wprowadził siusiaka między niewieście uda” – mówił Fuentesowi. To nie musiał być żart, zważywszy jaka błahostka wystarcza, by celebrować Fidela na Kubie. Jednak w Palmowej Hacjendzie uderzający jest brak wszechobecnych na wyspie rewolucyjnych haseł – jakby komunizmu nigdy tu nie było.