Rok 2013 dobitnie przypomniał nam, jak wiele zagrożeń czyha w kosmosie. W lutym meteor eksplodował nad Czelabińskiem, powodując straty wyceniane na ponad miliard rubli. W pobliżu naszej planety przelatywały asteroidy, a planetoidę Bamberga, która odwiedziła nas we wrześniu, można było zobaczyć przez lornetkę.

Ukoronowanie sezonu to kometa ISON, która jesienią i zimą będzie widoczna na niebie gołym okiem, być może nawet w ciągu dnia. I choć to ciało niebieskie, podobnie jak większość innych, minie nas w bezpiecznej odległości dziesiątek milionów kilometrów, trudno nie zadać sobie pytania: co moglibyśmy zrobić, gdyby groziło nam zderzenie z takim kosmicznym pociskiem? Dziś odpowiedź brzmi: niewiele. Ale uczeni nie próżnują i planują testy coraz nowszych rozwiązań, mających stanowić antyasteroidową i antykometarną tarczę dla całej Ziemi.

Wpatrzeni w niebo

Na pytanie, co taki system musiałby zrobić, dr hab. Tomasz Kwiatkowski z Obserwatorium Astronomicznego UAM w Poznaniu odpowiada krótko: „Po pierwsze wykryć, po drugie wykryć, po trzecie wykryć!”. Jego zdaniem najgroźniejsi przeciwnicy to komety, które krążą po wydłużonych orbitach – jeśli wejdą na kurs grożący kolizją z Ziemią, uda nam się to wykryć tylko na kilka tygodni wcześniej. Na szczęście jest ich niewiele. Więcej czasu mamy w przypadku asteroid. Poruszają się one po orbitach kołowych, więc będą się do nas zbliżać stopniowo, przelatując coraz bliżej przez kilka lat. „W tym momencie nie znamy żadnej asteroidy, która mogłaby nam zagrozić. Nawet słynny Apophis jest od nas na tyle daleko, że na razie nie ma co sobie nim zawracać głowy” – dodaje dr Kwiatkowski.

Nie znaczy to jednak, że możemy odpuścić sobie obserwowanie nieba. Do tej pory odkryto ponad 10 tys. obiektów bliskich Ziemi (po angielsku „Near Earth Objects”, w skrócie NEO), które mogą nam kiedyś zagrozić. Miesięcznie odkrywanych jest kilkadziesiąt kolejnych. Jest to możliwe dzięki urządzeniom takim jak system teleskopowy Pan-STARRS, pracujący na Hawajach. Ale naukowcy twierdzą, że nadal za mało widzimy – wszystkich obiektów typu NEO może być aż 4–5 mln!

Dlatego w lutym na orbicie znalazł się kanadyjski satelita NEOSSat, mający wypatrywać dużych asteroid, a NASA ponownie uruchomiła kosmiczny teleskop WISE, który przez kolejne trzy lata ma monitorować potencjalnie groźne dla nas obiekty. Nad stanem naszej tarczy antymeteorowej załamują ręce założyciele Fundacji B612. Razem z firmą Ball Aerospace pracują nad kosmicznym teleskopem Sentinel (Wartownik), przeznaczonym wyłącznie do lokalizowania niebezpiecznych asteroid. Urządzenie ma zostać umieszczone na orbicie okołosłonecznej. Zgodnie z założeniami w ciągu 6,5 roku funkcjonowania wykryje około pół miliona asteroid przelatujących blisko Ziemi.

Biurokracja czy obserwacja?

Wszystkie te inicjatywy skupiają się na dużych kosmicznych pociskach. Tymczasem te mniejsze też potrafią nam nieźle zaszkodzić, co wykazał dobitnie meteor czelabiński, mający „zaledwie” 17 metrów średnicy. „Nie dość, że był mały, to jeszcze zbliżał się od strony Słońca. Na razie jesteśmy »ślepi« na takie obiekty” – przyznaje dr Kwiatkowski. Co ciekawe, amerykański program ATLAS otrzymał 5 mln dolarów z NASA na budowę niewielkich teleskopów do wykrywania takich właśnie ciał niebieskich. Podobne przedsięwzięcie słowackie zwane ADAM (Automated Detection of Asteroids and Meteoroids) zostało przez urzędników UE uznane za niewarte sfinansowania dokładnie 10 dni po katastrofie w Czelabińsku.

Naukowcy krytykują europejskie podejście do kosmicznych zagrożeń. „Działania ograniczają się u nas głównie do biurokracji. Unia Europejska nie robi nic istotnego w kwestii poszukiwania NEO, przodują Amerykanie” – narzeka dr Kwiatkowski. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), zamiast zbudować teleskop do wykrywania asteroid, stworzyła centrum analizy danych zbieranych przez obserwatoria z całego świata. Kosztem 5,8 mln euro utworzono też konsorcjum NEOShield (Near Earth Object Shields), zajmujące się wymyślaniem nowych metod ochrony Ziemi przed asteroidami i kometami.