Bomba ludnościowa

Zaczęło się od anglikańskiego duchownego i ekonomisty Thomasa Malthusa, który dostrzegł związek między przyrostem demograficznym a poziomem zamożności społeczeństwa. W wydanej w 1798 roku „Rozprawie o prawie ludności” dowodził, że liczba ludności na Ziemi rośnie szybciej niż ilość dostępnej żywności. Skutkiem powiększającej się różnicy musi być nędza i głód, zaś jedyna droga do dobrobytu prowadzi przez zmniejszanie rozrodczości. Malthus nawoływał do wstrzemięźliwości moralnej – późnego zawierania małżeństw i abstynencji seksualnej do momentu, gdy rodzice będą w stanie zapewnić  dzieciom odpowiedni poziom życia.

Teorię Malthusa podważył rozwój nauki i techniki. Okazało się, że zależność jest odwrotna – im społeczeństwo stawało się zamożniejsze, tym mniej rodziło się dzieci. Gdy już powszechnie uznano, że Anglik się mylił, w 1968 roku nową „bombę ludnościową” zdetonował Amerykanin Paul R. Ehrlich, biolog z Uniwersytetu Stanforda. W książce o takim właśnie wybuchowym tytule przedstawił unowocześnioną wersję teorii Malthusa, zwracając uwagę na ogromny przyrost demograficzny w tzw. krajach Trzeciego Świata. Ehrlich wieszczył, że jeśli nie wprowadzi się radykalnych metod kontroli urodzin, już za 15–20 lat dojdzie do ogólnoświatowej klęski głodu oraz niekończących się wojen o wodę, ziemię i surowce.

 

Zabójcza woda

Dziewięć lat później Paul Ehrlich z żoną Anne i cenionym fizykiem Johnem Holdrenem opublikowali książkę „Ecoscience” (Ekonauka), w której już nie tylko przepowiadali globalny kataklizm, ale i proponowali środki zapobiegawcze. Oprócz propagowania antykoncepcji, legalizacji aborcji, kar finansowych za posiadanie zbyt wielu dzieci rozważali możliwość dodawania do żywności i wody pitnej środków powodujących bezpłodność. Zastrzegali co prawda, że „tego rodzaju sterylizator nie istnieje i nie wydaje się, aby mógł powstać w niedalekiej przyszłości”, ale i tak wywołali burzę. To wtedy zaczęły się pojawiać teorie spiskowe o podtruwaniu żywności w celu depopulacji Ziemi. Podejrzliwość jeszcze wzrosła, gdy prezydent Obama powołał Johna Holdrena na swego doradcę do spraw nauki. Oczywiście nie po to, by potajemnie czynić ludzi bezpłodnymi. Takie pomysły zostały potępione i przez polityków, i przez naukowców. Co nie zmienia faktu, że ich autorami nie byli nawiedzeni „spiskolodzy”, lecz cieszący się międzynarodową renomą uczeni.

W ich gabinetach wciąż rodzą się idee pobudzające do snucia nowych, przerażających wizji przyszłości. Profesor Eric Pianka z uniwersytetu w Austin (Teksas), autor 18 książek naukowych, w tym fundamentalnego podręcznika akademickiego „Evolutionary Ecology” (Ekologia ewolucyjna), w 2006 roku odbierał nagrodę za swe osiągnięcia. Wygłaszając z tej okazji referat na zamkniętej dla osób postronnych uroczystości, powiedział, że jeśli ludzkość chce przetrwać, 95 proc. populacji powinno zostać wyeliminowane, najlepiej przez zarazy typu Ebola. Zszokowany wiceprezes Teksańskiej Akademii Nauk prof. Forrest Mims ujawnił to w piśmie „The Citizen Scientist”. Sprawą zajęło się FBI.