Kevin Doyle oświadczył się w stroju Dartha Vadera, ślub wziął przebrany za Rycerza Jedi, a obrączki podał mu R2-D2. Rok później wyruszył samotnie z Rancza Obi-Wana (słynnego muzeum, w którym zgromadzono 300 tysięcy gadżetów z gwiezdnej sagi) na zlot fanów science fiction Comic Con. Odległość wynosiła 501 mil i miała wymiar symboliczny. Oboje z żoną należeli do Legionu 501, międzynarodowej organizacji zrzeszającej fanów Star Wars. Zanim lekarze zdiagnozowali u pani Doyle raka, razem jeździli na konwenty i przebierali się za postacie z „Gwiezdnych wojen”. Po jej śmierci Kevin zebrał fundusze na portalu fundraisingowym i założył fundację, która pomaga dzieciom przejść chemioterapię. Aby ją wesprzeć, pokonał 960 km... w zbroi szturmowca Imperium.
 

Legiony Lucasa
 

Pierwszy kostium Albina Johnsona powstał w ramach terapii po wypadku samochodowym. W ciągu dwóch lat mężczyzna przeszedł 20 operacji, które zakończyły się amputacją nogi. Praca nad kostiumem miała być sposobem na zajęcie myśli, a zdjęcia, które zamieścił w internecie, dowodem, że nie warto się poddawać. Szybko zaczął dostawać maile od ludzi, którzy też przebierali się za postacie ze Star Wars. Był rok 1996 i George Lucas wprowadzał właśnie odświeżoną trylogię do kin, Albin postanowił więc skupić jej fanów w klubie kostiumowym. Początkowo nosił nazwę Blok Więzienny AA-23, ale w końcu wybrał odwołujący się do rzymskich tradycji Legion i numer 501. Członków werbował na konwentach ulotkami: „Jesteś lojalny? Lubisz ciężką pracę? Można cię łatwo zastąpić? Wstąp do Imperialnych 501!”.
 

Dziś Legion 501 to organizacja, która liczy 9 tys. członków, działa w 53 krajach świata na wszystkich kontynentach, dzieli się na 67 lokalnych garnizonów i 29 przyczółków. Aby do niej wstąpić, wystarczy mieć wierną replikę kostiumu, który pojawił się w jednym z filmów, komiksów, książek czy gier osadzonych w Uniwersum Star Wars. Wszystkie stroje spełniać muszą warunki opisane w tzw. CRL-ach (Costume Reference Library) – standardach opracowanych przez dowódców poszczególnych jednostek. Wszyscy członkowie otrzymują unikatowe numery ID, na wzór tych, którymi posługiwali się szturmowcy Imperium.
 

Maraton w zbroi
 

Początkowo klub tworzyli wyłącznie klasyczni szturmowcy, obecnie są tu niemal wszyscy członkowie Imperium: łowcy nagród, ludzie pustyni czy lordowie Sith. Ich odpowiednikiem po jasnej stronie mocy jest założony w 2005 r. Rebel Legion. Oprócz wier nych replik kostiumów i miłości do gwiezdnej sagi obie organizacje łączy działalność chary tatywna. Taki wymóg postawił sam George Lucas, który zgodził się na używanie kostiumów będących jego zastrzeżonymi znakami towarowymi – pod warunkiem, że członkowie klubu spełnią pewne kryteria: będą promować „Gwiezdne wojny”, ideę rekonstrukcji, wspie rać lokalne społeczności i fanów, którym zabrakło mocy. Legioniści zwykle odwiedzają szpitale i domy dziecka, ale na koncie mają też kilka spektakularnych akcji.
 

Co roku startują na przykład w Course of the Force, pięciodniowym biegu z Santa Moni- ca do San Diego. Płacą 500 dolarów wpisowego, wkładają kostium z „Gwiezdnych wojen” i co ćwierć mili przekazują sobie miecz świetlny. Dochód z imprezy zasila konto Fundacji Make-A-Wish spełniającej marzenia nieuleczalnie chorych dzieci. Wśród „zawodników” wyróżnia się Leon A. Clarance (TK-545), który w 2005 r. w stroju szturmowca przebiegł w Nowym Jorku 42 km i 195 m w 6 godzin i 35 minut. Największym wyczynem popisał się Scott Loxley (TD-4857), 47-letni były wojskowy i ojciec trójki dzieci, który w 2015 r. pieszo okrążył Australię. Przejście 15 tys. km w pełnej zbroi zajęło mu 400 dni i zakończyło się zniszczeniem kostiumu, ale przy okazji Scott zebrał 100 tys. dolarów dla dziecięcego szpitala w Melbourne.
 

W zeszłym roku członkowie Legionu 501 przepracowali charytatywnie 62 tys. godzin, przekazali 21 tys. zabawek i ponad pół miliona dolarów. Na ich cześć George Lucas nazwał elitarną jednostkę dowodzoną przez clone commandera Rexa. W siódmej części sagi pojawił się R2-KT, różowy odpowiednik słynnego R2-D2. 10 lat temu droida stworzyli fani Star Wars dla Katie Johnson, ośmioletniej córki założyciela Legionu Albina, która zmarła na raka mózgu. Od tamtej pory różowy robot towarzyszy Albinowi Johnsonowi na wszystkich imprezach.
 

Rogi z modeliny
 

„W porównaniu ze średniowieczną zbroją taki kostium waży niewiele, ale poruszamy się w nim z trudnością. Nie da się siadać, a wi doczność nie przekracza 1,5 m. Z tego powodu statyści na planie »Star Wars« ciągle na siebie wpadali, a członkowie Legionu wiele razy spadli ze schodów” – zdradza Rafał Kula, oficer dowodzący polskiego garnizonu, który działa od 2003 r. i skupia 81 osób. „Tylko w zeszłym roku mieliśmy przeszło setkę imprez, głównie w weekendy, bo w tygodniu większość z nas studiuje lub pracuje” – dodaje Kula. Boba Fett właśnie skończył architekturę, Anakin Skywalker zatrudnił się w teatrze w Elblągu, a jeden z czterech w kraju Vaderów leczy zwierzęta w Warszawie. Kula pracuje jako inżynier w koncernie motoryzacyjnym.
 

W rodzinie Santorskich z Warszawy kostiumy mają wszyscy. Adam to admirał Yularen, żona Dorota jest Jawą, a syn Daniel szturmowcem-zwiadowcą. Cezary Żołyński bywa hrabią Doku (ma jedyny taki kostium w kraju) albo Tusken Raiderem, zaś jako Darth Vader ma pełne prawo mówić „jestem twoim ojcem” do... Anakina Skywalkera, w którego wciela się jego syn Michał (obaj są aktorami). Z kolei Kuba Korcz żartuje, że miłość do „Gwiezdnych wojen” wyssał z mlekiem matki, która urodziła go podczas telewizyjnej premiery „Nowej nadziei”. Teraz ta nauczycielka w weekendy zakłada brunatny habit oraz świecące oczy i wciela się w Jawę z planety Tatooine, a synowi pomaga zmienić się w Dartha Maula, mrocznego Lorda Sithów. Kuba wkłada żółto-czerwone soczewki, goli głowę i klejem do charakteryzacji przykleja rogi z modeliny. Zęby smaruje lakierem, twarz czerwoną farbą, na koniec mama maluje mu tatuaże. Na charakteryzację potrzebuje dwie godziny, kostium kompletował półtora roku.
 

Co prawda liczba członków Legionu 501 rośnie (jedna czwarta to kobiety), lecz do organizacji dostać się coraz trudniej. Nawet kostium na licencji Lucasfilm nie gwarantuje miejsca w klubie. Większość osób szyje więc je sama, wydając nawet kilkanaście tysięcy złotych. Członkowie polskiego garnizonu opanowali termiczną obróbkę plastiku, odlewanie żywiczne, a nawet konstrukcje z włókna szklanego. Robert Watts, kierownik produkcji na planie „Nowej nadziei”, był pod wrażeniem replik fanów, które są znacznie wygodniejsze od filmowych oryginałów.
 

Dziecko Batmana
 

Popularność mitu superbohaterów wykorzystuje więcej organizacji. Do Szczecińskiej Ligi Superbohaterów obok Spidermana należą m.in. Batman, Supergirl, Thor, Deatstroke i parę postaci z „Gwiezdnych wojen”. Fundację założyli fani komiksów i filmów o superbohaterach, którzy początkowo przebierali się dla zabawy, ale z czasem zaczęli odwiedzać dzieci w szpitalach, domach dziecka i hospicjach.
 

Chory na białaczkę Miles Scott, pięcioletni Amerykanin, sam chciał zostać prawdziwym Batmanem. Fundacja Make-A-Wish, spełniająca marzenia ciężko chorych dzieci, postanowiła mu w tym pomóc. Aktywiści zorganizowali w San Francisco akcję, która dzięki mediom społecznościowym zyskała światowy rozgłos. Tysiące osób pojawiły się w San Francisco 15 listopada 2013 r., by kibicować misji chłopca, który powstał jako Batkid, by bronić Gotham City. W asyście Batmana krążył po mieście batmobilem, realizując swoją bohaterską misję: uratował uwięzioną kobietę i uwolnił maskotkę z rąk Pingwina. Gratulacje złożył mu sam Barack Obama, a klucze do Gotham City wręczył na stadionie pełnym wiwatujących tłumów burmistrz San Francisco. Internet eksplodował słowami wsparcia. Fantastyczna mobilizacja tysięcy osób, ich spontaniczność i życzliwość pokazane w filmie dokumentalnym „Batkid” uświadomiły, że nie trzeba nadludzkich mocy, aby zostać bohaterem. Wystarczy chcieć komuś pomóc.