Latem 1415 roku z portu w Lizbonie wypłynęła flota, złożona z około 200 okrętów. Szykowała się do potyczki z niewiernymi i korsarzami, nękającymi południowe wybrzeża Portugalii. Wyprawa portugalskiej armady przeszła do historii, bo wraz z nią rozpoczęła się epoka odkryć geograficznych. Portugalczycy, jeden z najmniejszych narodów ówczesnej Europy, odegrali w niej decydującą rolę.

Tamtego roku zdobyli afrykańską Ceutę, miasto handlowe nad Cieśniną Gibraltarską – i już się nie zatrzymali. W ciągu następnych stu lat ich karawele opłynęły wybrzeże Afryki, dotarły do Indii i do Japonii, a na zachodzie do Brazylii. Nowy Świat stanął przed Europą otworem, a jego odkrycie zapoczątkowało nowy etap w dziejach ludzkości. Nie bez powodu brytyjski historyk Arnold Toynbee dzielił nowożytną historię na dwa etapy: okres przed wyprawą Portugalczyka Vasco da Gamy do Indii (1497–1499) i okres, który nastąpił po niej.

Pod koniec XIV wieku Portugalia liczyła milion mieszkańców i była spustoszona przez epidemię dżumy. A jednak w ciągu następnych 400 lat morskiej ekspansji wyekspediowała za morza milion ludzi: żeglarzy, misjonarzy, żołnierzy i kolonizatorów. Do ojczyzny wróciło zaledwie 10 proc. z nich. Jak to możliwe, że maleńkie państwo dokonało czegoś, co można porównać chyba tylko z podbojem kosmosu? Dlaczego akurat wciśnięty w zachodni skrawek Półwyspu Iberyjskiego kraj, którego granice nie zmieniły się w ciągu 700 lat, zdobył się na niezwykle kosztowny projekt przecierania morskich szlaków na obu półkulach?

Portugalscy historycy nie mają wątpliwości: ogromny udział w odkryciach geograficznych miał Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona – czyli templariusze. Gdy w 1307 roku z rozkazu króla Francji Filipa Pięknego aresztowano pod zarzutem herezji większość rycerzy, skonfiskowano ich majątek, a potem po sfingowanym procesie spalono, to właśnie w Portugalii zakon przetrwał w niemal nietkniętej formie. Templariusze byli tam zresztą obecni od XII w. i cieszyli się ogromnym zaufaniem portugalskich władców. Zapracowali na nie w czasie rekonkwisty, walcząc na pierwszej linii frontu o wyparcie muzułmanów z Półwyspu Iberyjskiego.

Dlatego gdy na placu w Paryżu palono na stosie wielkiego mistrza templariuszy, portugalski król Dionizy miał już plan, jak ratować zakon. Po pierwsze nie dopuścił do wywiezienia z kraju majątku templariuszy, czego domagał się papież. Po drugie zarządził lokalny proces rycerzy w Salamance, który oczyścił ich z zarzutów. Do Rzymu wysłano z Lizbony dwóch emisariuszy, którzy mieli w imieniu króla wynegocjować jakąś formę przetrwania templariuszy. W 1317 roku nowy papież Jan XXII zgodził się na utworzenie w ich miejsce czysto portugalskiego Zakonu Chrystusa.

– Zmieniła się właściwie tylko nazywa, a reszta została po staremu – mówi historyk José Hermano Saraiva. – Te same osoby, te same miejsca, które należały przedtem do Zakonu Świątyni, teraz przeszły na własność Zakonu Chrystusa – podsumowuje decyzję króla Dionizego. Zakon Chrystusa (po portugalsku Ordem do Cristo) zachował majątek i hierarchię templariuszy. Nie zmieniła się także jego symbolika. Rycerze mogli, jak dawniej, nosić białe płaszcze z krzyżami, z tą różnicą, że w czerwony krzyż wpisano mniejszy, biały, na znak niewinności nowego zakonu. Już w nowym wcieleniu templariusze zainspirowali morską ekspansję Portugalii.

„Byli templariusze”, jak nazywają ich często portugalscy historycy, przekonali tamtejszych władców, że dalekomorskie ekspedycje mogą łączyć motywację religijną – nawracanie napotkanych ludów na chrześcijaństwo – z czysto merkantylną – poszukiwaniem szlachetnych kruszców, barwników i niezwykle drogich w Europie przypraw. 

Rycerze mieli stały dostęp do królewskich uszu. Patronem dalekomorskich wypraw został infant Henryk, znany w historii jako Henryk Żeglarz, mistrz Zakonu Chrystusa i brat króla Jana I. To Henryk zainicjował większość pionierskich ekspedycji i patronował portugalskiej szkole nawigacji. Dzięki jego uporowi Portugalczycy przekroczyli przylądek Bojador na zachodnim wybrzeżu Afryki, który od wieków przerażał żeglarzy.

–  Infant Henryk umożliwił wykorzystanie doświadczeń templariuszy: żeglarzy, bankierów i rycerzy w nowym morskim przedsięwzięciu – mówił w jednym z wywiadów José Hermano Saraiva. Większość żeglarzy w służbie Henryka, na czele z tymi najbardziej znanymi: Gilem Eanesem, Bartolomeu Diasem czy Vasco da Gamą, była tak jak on związana z Zakonem Chrystusa. Nic dziwnego, że na statkach portugalskich karawel powiewały żagle z czerwonym krzyżem. Rycerze Ordem do Cristo, poza majątkiem i symboliką, przejęli od swoich poprzedników jeszcze coś – wiedzę, którą templariusze zdobyli, krążąc między Europą i Jerozolimą. A nie jest wykluczone, że rycerze Świątyni zapuszczali się jeszcze dalej, bo na zachodnie krańce Atlantyku.