Imperium carskie u schyłku XIX w. było światową potęgą. Po opanowaniu Kaukazu i państw w Azji Środkowej oraz stłumieniu polskiego powstania styczniowego nastąpiła faza stabilizacji i umacniania państwa. Panujący od 1881 r. car Aleksander III – syn zabitego w zamachu Aleksandra II – wiedział,
że musi zapewnić imperium utalentowanego dziedzica. Dlatego w ramach edukacji młody carewicz Mikołaj podróżował za granicę, niczym wcześniej Piotr Wielki. Jedna z takich podróży w latach 1890–1891 omal nie skończyła się tragicznie.

50 000 KM PODRÓŻY

Planowanie tej wyprawy zbiegło się z inauguracją budowy słynnej do dziś kolei transsyberyjskiej. Nie przypadkiem: dwudziestodwuletni carewicz miał wyruszyć na Daleki Wschód, którym Rosja coraz intensywniej się interesowała. Trasa podróży młodego Mikołaja liczyła – bagatela – ponad 50 tys. km. Na Daleki Wschód miał bowiem dotrzeć przez Egipt, Indie i południowo-wschodnią Azję. Wyprawa rozpoczęła się 23 października 1890 r. Carewicz z niewielką świtą zawitał pociągiem – przez Warszawę i Wiedeń – do Triestu. Tam wszedł na pokład statku „Pamięć Azowa”. W Pireusie, gdzie się zatrzymał, następca tronu spotkał się ze swoją matką chrzestną Olgą Romanową i jej mężem Jerzym, królem Grecji. Ich młodszy syn, a jednocześnie krewny carewicza, książę Jerzy, dołączył do wyprawy.

Przez Morze Śródziemne i Kanał Sueski „Pamięć Azowa” ruszyła do Indii. Mikołaj zwiedził wówczas Bombaj i słynne Tadż Mahal. 31 stycznia 1891 r. wyprawa dotarła do Singapuru, a następnie carewicz złożył wizytę w Syjamie (Tajlandii). Kolejnym przystankiem były Chiny, a wreszcie Japonia – punkt
docelowy całej podróży.

Kraj ten – otwarty na żywsze kontakty ze światem zachodnim od ledwie kilkudziesięciu lat – budził wielkie zainteresowanie Europejczyków i Amerykanów. Jednocześnie Japonia szybko się modernizowała. W miejsce dawnego systemu feudalnego tworzyło się nowocześnie zorganizowane społeczeństwo. Wprowadzano nowinki techniczne z Zachodu (choćby kolej), a także modę na europejski styl ubierania się. Rosła w siłę armia, uzbrajana w nowoczesny zachodni sprzęt (wkrótce miała dołączyć do światowych potęg militarnych i ruszyć na wojnę z sąsiadami).

Nie brakło jednak w Japonii problemów społecznych, a nadal odczuwano skutki szybkiej transformacji. Dawna kasta samurajów – obecnie odsunięta na margines i dyskryminowana – żywiła co najmniej niechęć do nowych porządków i pojawiających się na wyspach obcokrajowców. Młody carewicz, będąc gościem w Japonii, miał tę niechęć odczuć dosłownie na własnej skórze.

 

WPADKA ZA WPADKĄ

15 kwietnia 1891 r. rosyjska wyprawa – eskortowana przez sześć statków wojennych
– dotarła do brzegów Japonii. Trasa wiodła od Kagoshimy przez Nagasaki i Kobe do Kioto. W mieście oczekiwała na Rosjan oficjalna delegacja z księciem Taruhito na czele. Odwiedziny carewicza były pierwszą tak ważną wizytą przedstawiciela Rosji w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla Japończyków
zresztą sprawą niezwykle prestiżową. Dom cesarski liczył na ocieplenie relacji z sąsiednim imperium, które chciało zyskać wpływy na Dalekim Wschodzie. Jednak pobyt Mikołaja w Japonii okazał
się mało „dyplomatyczny”. Carewiczowi towarzyszył książę Jerzy – hulaka, awanturnik, kobieciarz, lubiący mocne trunki. Na porządku dziennym były więc pijatyki i niestosowne zachowanie w miejscach
publicznych. W trakcie pobytu w Kioto, podczas zwiedzania świątyni shinto, książę opukiwał laseczką święte dzwony – urażając tym kapłanów i dostojników japońskich, którzy towarzyszyli gościom. Jeszcze
gorzej było w świątyni buddyjskiej, gdzie książę… stroił miny do posągów Buddy i pozwalał sobie na złośliwe komentarze. Niemal już na skandal zakrawało zachowanie księcia (a i trochę carewicza) podczas wieczornej wizyty w jednej z herbaciarni. Najpierw podpity Jerzy ku osłupieniu gospodarzy zaczął tańczyć podczas koncertu tradycyjnej muzyki japońskiej. Potem książę wraz z carewiczem próbowali obmacywać konwersujące z nimi gejsze! Mało tego, Jerzy wdał się w szarpaninę z obsługą herbaciarni próbującą interweniować. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie robiło takie zachowanie na powściągliwych w okazywaniu emocji Japończykach. Na dodatek wieści o szokujących „wpadkach” europejskich gości szybko rozeszły się po całym kraju...

 

WYCIECZKA PO JEZIORZE

Mimo dyplomatycznych zgrzytów Mikołajowi egzotyczny kraj bardzo się spodobał. Kazał sobie nawet wytatuować na prawej ręce japońskiego smoka. Zainteresowało go także japońskie rękodzieło – kupił kanzashi, tradycyjną ozdobną szpilkę noszoną we włosach. Wydawało się więc, że pomimo skandali obie
strony będą zadowolone z odwiedzin. Do tragedii doszło podczas wizyty w Kioto 29 kwietnia. Delegacja z księciem Taruhito i japońskimi oficerami na czele miała wówczas zabrać Mikołaja i Jerzego na wycieczkę
nad jezioro Biwa odległe o kilka kilometrów od miasta. Był to ogromny akwen, zasilany każdej wiosny wodą topniejących śniegów z pobliskich wzgórz. W Biwie żyło wiele unikatowych gatunków ryb. Gospodarze zamierzali oprowadzić rosyjskich gości także po miejscowym targu ryb i rzemiosła w pobliskim mieście Otsu. Atrakcją miały być perły hodowane w wodach jeziora.

Europejczycy przywdziali cywilne ubrania: Mikołaj miał na sobie szary surdut i wełniany kapelusz z niewielkim rondem (co miało się okazać szczęśliwym zbiegiem okoliczności). O godz. 11 kolumna riksz ruszyła z hotelu w Kioto i wkrótce dotarła do Otsu. Na jej czele jechał carewicz, za nim książę Jerzy, a na końcu Taruhito. Około południa wycieczka dojechała nad jezioro – tam gości podjął śniadaniem na pomoście gubernator prowincji. Później wszyscy wsiedli na statek wycieczkowy i ruszyli w rejs po jeziorze. Carewicz miał okazję podziwiać słynną sosnę rosnącą nad brzegiem – legenda głosiła, że
została posadzona w czasach pierwszego cesarza Japonii. Rejs skończył się wczesnym popołudniem. Grupa wróciła wtedy do riksz i udała się na lokalny bazar. Książę Jerzy kupił bambusową laskę (co miało się okazać kolejnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności).

 

KATANĄ PRZEZ GŁOWĘ

Po udanych zakupach i zwiedzeniu bazaru kolumna riksz skierowała się wąskimi ulicami miasteczka z powrotem do Kioto. Trasę przejazdu wypełniały tłumy ciekawskich Japończyków, dlatego przy drodze stał szpaler policjantów. Wśród tych funkcjonariuszy był Sanzo Tsuda – doświadczony policjant z sześcioletnim stażem, który miał jednak wśród kolegów opinię nie do końca poczytalnego. Zanim wstąpił do policji, służył w armii, gdzie doszedł do stopnia sierżanta. Co ważne, Tsuda pochodził z samurajskiej rodziny. Jednocześnie miał radykalne, nacjonalistyczne poglądy – tak jak wielu byłych samurajów, których techniczna i społeczna rewolucja ściągnęła nagle ze szczytu drabiny społecznej i przeniosła na boczny tor. Warto zaznaczyć, że Tsuda, jak wielu innych samurajów, trafił do służb mundurowych po trosze zgodnie z dawną tradycją służby u lokalnej władzy. Ponadto tylko w armii i policji byli samuraje mogli oficjalnie nosić miecze (prawo z 1876 r. zabraniało Japończykom posiadania broni).

Około 14.30 riksze zatrzymały się przed jednym z zabytków. Mikołaj zaczął wysiadać. W tym momencie stojący nieopodal Tsuda doskoczył do rikszy carewicza, chwytając za swój miecz. Mikołaj był lekko pochylony, kiedy Tsuda zadał cios. Ostrze katany uderzyło carewicza w prawą stronę głowy – zostawiając ranę zaczynającą się nad prawym uchem i ciągnącą się aż do czoła. Mikołaj zalał się krwią. Na szczęście miał na głowie wspomniany wcześniej kapelusz, który osłabił siłę uderzenia. Carewicz zaczął krzyczeć i rzucił się w tłum, szukając schronienia. Oszołomieni ludzie rozbiegli się na boki. Mikołaj uciekał
zatem dalej, a Tsuda biegł za nim z podniesionym mieczem. Wydawało się, że carewicz nie ma
szans. Wtedy sytuację uratował książę Jerzy. Błyskawicznie wyskoczył z rikszy, dopadł Japończyka z boku i zdzielił go w głowę zakupioną niedawno laską. Tsuda zachwiał się i potknął. Ta chwila przerwy wystarczyła, aby zamachowca dopadli rikszarze z pojazdów carewicza i księcia – niejacy Mukaichata
Jizaburo i Kitagaichi Ikitaro.

 

CAREWICZ Z BLIZNĄ

Chwyciwszy Tsudę, rikszarze wytrącili mu z ręki miecz i powalili napastnika na ziemię. Jednocześnie zamachowca dopadł inny policjant, który uderzył go – ale niezbyt mocno – mieczem w szyję. Rana nie była niebezpieczna, jednak Tsuda i tak zalał się krwią, podobnie jak Mikołaj. Dopiero gdy zamachowca odciągano z ulicy, ze swej rikszy wydostał się kompletnie zszokowany zdarzeniem książę Taruhito.

Tymczasem ranny carewicz – upewniwszy się, że Japończyk już go nie ściga – zatrzymał się za rogiem budynku nieopodal. Policjanci zaprowadzili go do pobliskiego warsztatu krawieckiego, którego właściciel
– specjalista od szycia kimon – położył Mikołaja na kozetce. Ręcznikiem udało mu się powstrzymać krwawienie. Potem przybył lekarz, który zbadał ranę carewicza. Okazało się, że nie jest groźna. Choć miała długość 9 centymetrów, nie była zbyt głęboka. Także kości pozostały całe.

Mikołaj, choć zszokowany i osłabiony, okazywał nawet poczucie humoru. Gdy zjawili się przy nim japońscy dygnitarze, usiłował żartować. Wzbudził tym zresztą uznanie Japończyków. Kiedy Mikołaj pokazał się na ulicy, tłum klęknął, pozdrawiając gościa. Rannego przewieziono do hotelu w Kioto. Tam zjawił się, wysłany przez samego japońskiego cesarza Mutsuhito, książę Kitashirakawa z zespołem chirurgów. Potwierdzili, że rana nie jest ciężka. Carewiczowi pozostała z czasem tylko blizna z prawej strony głowy. Poważniejsze były skutki polityczne. Poruszony cesarz udał się na spotkanie z carewiczem. Mikołaj, teraz już bardziej speszony i przestraszony, oświadczył, że chce wrócić do floty czekającej w Kobe. Już na statku carewicza odwiedził premier. Cesarz zaś publicznie wyraził ubolewanie z powodu całego wydarzenia i próbował zachęcić Mikołaja do dalszego pobytu w Japonii. Ale żaden z tych
gestów nie przekonał już Rosjanina. Wizyta została ostatecznie przerwana i rosyjska flota
wyruszyła do Władywostoku.

 

BOHATERKA Z BRZYTWĄ

Po zamachu cała Japonia była w szoku. Rząd obawiał się daleko idących skutków – nie wykluczał nawet wypowiedzenia wojny przez Rosję, do czego Japonia absolutnie nie była gotowa. Ministrowie spraw wewnętrznych i zagranicznych podali się do dymisji. Ujętego zamachowca pośpieszne przesłuchano. Oświadczył, że chciał poprzez swój atak zwrócić uwagę na niedolę samurajów pozbawionych swych dawnych przywilejów. Swoistą ulgą dla rządzących był fakt, że Tsuda Sanzo działał samodzielnie, a nie w ramach szerszego spisku o politycznym charakterze. Zamachowca próbowano sądzić na podstawie paragrafu mówiącego o… ataku na członka japońskiej rodziny cesarskiej. Groziła mu kara śmierci. Tego żądała zresztą opinia publiczna i politycy. Jednak car Aleksander III oświadczył, że w razie wydania wyroku śmierci na niedoszłego zabójcę prosiłby o łaskę dla niego. Ostatecznie więc Tsudę skazano na dożywocie. Zresztą kilka miesięcy po uwięzieniu zachorował i zmarł.

Japończycy wciąż czuli jednak wstyd. Dlatego jedno z miast zakazało nazywać dzieci imieniem Sanzo, zaś wszystkim o nazwisku Tsuda nakazano je zmienić. 20 maja 26-letnia Yuko Hatakeyama ze zubożałej rodziny samurajskiej pojechała pociągiem do Kioto i niedaleko pałacu cesarskiego podcięła sobie gardło brzytwą. Chciała w ten sposób przebłagać cesarza i zmyć hańbę Japonii. Nie udało się jej uratować. Zmarła tydzień później, zostawiając listy do cesarza i cara Rosji. Prasa japońska okrzyknęła ją bohaterką.

 

ZAKRWAWIONA KOSZULA

W Rosji przy monasterze św. Mikołaja na Białej Górze na Uralu wzniesiono w dniu zamachu krzyż. W czerwcu 1893 r. poświęcono kamień węgielny pod budowę cerkwi-pomnika upamiętniającego wydarzenia z Otsu. Rok później świątynia była gotowa.

Zamach na carewicza był wydarzeniem epizodycznym, ale gdyby zakończył się śmiercią Mikołaja, historia Rosji mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Niebawem, w roku 1894, po śmierci ojca to Mikołaj został nowym i – jak się okazało – ostatnim carem Rosji. Za jego panowania stosunki z Japonią wkroczyły w nową fazę: doszło do wojny rosyjsko-japońskiej (1904–1905), którą imperium z kretesem przegrało. Jeszcze bardziej dramatyczny był koniec panowania Mikołaja – najpierw rewolucja lutowa, potem bolszewicka, następnie wojna domowa i śmierć z rąk bolszewików w Jekaterynburgu (1918).
Historia w zadziwiający sposób połączyła tę śmierć z zamachem z 1891 r. Otóż w Ermitażu  przechowywano koszulę ze śladami krwi Mikołaja – właśnie tę, którą miał na sobie w chwili zamachu. W roku 1993 badacze rosyjscy próbowali wyodrębnić z niej DNA Mikołaja. Miało to pomóc przy identyfikacji
szczątków, które odnaleziono w Jekaterynburgu w miejscu kaźni cara i jego rodziny.