Statki handlowe, okręty wojenne i pasażerskie kolosy to łakomy kąsek dla żądnych pieniędzy piratów i bezwzględnych terrorystów. Atak może przyjść zarówno z powietrza, jak i z wody.

 

 

Gdyby nie brawurowa akcja Amerykanów, którzy zabili Osamę bin Ladena, niewykluczone, że bylibyśmy świadkami największego aktu terroru na morzu. Osobiste dokumenty najbardziej poszukiwanego terrorysty świata wykazały, że planował on latem ubiegłego roku porwać i wysadzić w powietrze wypełnione ropą tankowce. Według dziennikarzy, którzy dotarli do szczegółów zawartych w dokumentach,  Al-Kaida usiłowała zdobyć informacje o rozmiarach i konstrukcji tankowców, uznała wiosnę i lato za najlepszą porę na ataki ze względu na pogodę i  doszła do wniosku, że najłatwiej byłoby wysadzić je od wewnątrz. Choć Amerykanie twierdzą, że plany ataku na statek transportujący paliwo były jedynie fantazją bin Ladena, to eksperci nie mają wątpliwości – gdyby pomysł udało się zrealizować, jego skutkiem byłaby niechybnie katastrofa ekologiczna i gospodarcza. Ceny ropy błyskawicznie poszybowałyby w górę, a transport paliwa, który odbywa się drogą morską zostałby kompletnie sparaliżowany.

Wywołać histerię

Przemysław Nadolski, politolog i ekspert od terroryzmu politycznego podkreśla, że na morzu terroryści mają ogromne pole do popisu. Statek stojący na redzie jest zupełnie bezbronny. Wystarczy, że podpłynie do niego mały ponton wyładowany materiałem wybuchowym z samobójcami na pokładzie – mówi i przypomina historię amerykańskiego niszczyciela USS Cole, który został zaatakowany przez Al-Kaidę. Stało się to w październiku 2000 roku u wybrzeży Jemenu. Amerykanie zacumowali w Adenie, bo musieli uzupełnić paliwo. Na okręcie podjęto wszelkie środki ostrożności, marynarze wiedzieli, że wszystkie amerykańskie jednostki na środkowym wschodzie są narażone na atak. Do okrętu podpłynęła łódź motorowa z ładunkiem wybuchowym. Była to łódź należąca do taboru portowego, która miała odebrać linę holowniczą, więc – prawdopodobnie – nie wzbudziła żadnych podejrzeń. Łódź uderzyła z impetem w burtę USS Cole. Na pokładzie było dwóch zamachowców samobójców. Amerykańscy żołnierze nic nie mogli zrobić. Wybuch wyrwał w burcie okrętu dziurę średnicy 12 metrów. Zginęło 17 marynarzy, blisko 40 zostało rannych. Bardzo często mówi się, że ten atak zapoczątkował nowy rodzaj terroryzmu – terroryzm morski. Po ataku osoby odpowiedzialne w USA za kwestie obrony rozkładały ręce – załoga USS Cole praktycznie nie była w stanie nic zrobić, aby uniknąć ataku.

Budowa jakichkolwiek scenariuszy i próby domysłów, czym jeszcze mogą nas zaskoczyć terroryści, jest niezwykle trudna. Zagrożenie istnieje niewątpliwie, a to, gdzie uderzą zamachowcy, zależy tylko i wyłącznie od ich inwencji i celu, jaki chcą osiągnąć. Zapewne nie tylko specjaliści od bezpieczeństwa doskonale wiedzą, że transport morski stanowi niemal 100 proc. całej wymiany handlowej między Europą a Bliskim Wschodem.

Z drugiej strony wcale nie trzeba wielkiej masakry, żeby wywołać światową panikę. Wystarczy przypomnieć atak na francuski tankowiec Limburg jesienią 2002 roku. 300-metrowy kolos z 25-osobową załogą na pokładzie płynął  z Zatoki Perskiej do portu Mina al-Dabah nad Morzem Czerwonym. U wybrzeży Jemenu Limburg został zaatakowany przez niewielką łódź rybacką, jak się potem okazało – wyładowaną 200 kilogramami trotylu. Ładunki zdetonowano przy burcie tankowca. Zginęła jedna osoba z załogi, reszcie udało się uratować. Do zamachu przyznała się Al-Kaida, terroryści oświadczyli, że to odwet za zaopatrywanie w paliwo amerykańskiej floty stacjonującej w Zatoce Perskiej. Straty materialne, jakie spowodował ten atak, były stosunkowo niewielkie, jednak giełda zareagowała na atak histerycznie – wspomina dr hab. Krzysztof Kubiak z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Ten specjalista od zagadnień piractwa i terroryzmu morskiego w jednej ze swoich prac podkreśla, że ciągle wiele uwagi poświęca się potencjalnym skutkom akcji terrorystycznej wymierzonej w gazowiec (zbiornikowiec przewożący gaz). Terroryści mogliby zaatakować zarówno przy pomocy łodzi z samobójcami, jak i samolotu czy śmigłowca. O skali zagrożenia świadczą ekspertyzy niezależnych instytucji amerykańskich. Mówią one przykładowo, że atak terrorystyczny i wywołana nim eksplozja zbiornikowca LNG i infrastruktury składowej w obrębie terminalu w mieście Oxnard w Kalifornii mogłyby w skrajnym przypadku doprowadzić do strat w zabitych i rannych szacowanych na 70.000 osób (…). Przy obecnym stanie floty wielkich gazowców (około 130 statków, ze stałą tendencją wzrostową o wysokości około 10% tonażu rocznie) możliwość zapewnienia im skutecznej ochrony w czasie żeglugi na morzu pełnym jest nader ograniczona - pisze Kubiak.

Atak spod wody

Czym jeszcze mogą zaskoczyć terroryści na morzu? Niewątpliwie atakiem… spod wodyW rękach organizacji przestępczych już znajdują się  miniaturowe okręty podwodne – zauważa Kubiak. Podwodne pojazdy służące nie tyle celom bojowym, co raczej transportowym, kojarzy się głównie z działalnością karteli narkotykowych z Ameryki Południowej. Ekspert podkreśla, że kolumbijskie kartele narkotykowe nie są jedynym „graczem niepaństwowym” usiłującym pozyskać lub zbudować miniaturowe okręty podwodne. Od kilku co najmniej lat wysiłki takie podejmuje lankijska organizacja separatystyczna Tamilskie Tygrysy Wyzwoliciele Islamskiego Ealamu – mówi.  Tamilowie zorganizowali warsztaty do budowy okrętów w Tajlandii. Już dziesięć lat temu miejscowa policja odkryła, że w sumie rozpoczęto tam budowę trzech miniaturowych okrętów podwodnych. Do tej pory żaden z pojazdów, ani tych odebranych kolumbijskim przemytnikom, ani tych budowanych przez Tamilów nie był uzbrojony, jednak taki stan może być już dawno nieaktualny. Za pewnik więc trzeba uznać, że w ciągu kilku najbliższych lat silne organizacje terrorystyczne dysponować będą bojowymi, miniaturowymi okrętami podwodnymi. W kontekście ataku terrorystycznego na amerykański niszczyciel Cole, francuski zbiornikowiec Libmurg czy udaremnionej przez władze marokańskie próby zorganizowania kampanii ataków samobójczych na statki w Cieśninie Gibraltarskiej zmusza to do gruntownego zrewidowania ocen zagrożenia, które występuje w obrębie obszarów morskich. Założyć można, iż do piratów i terrorystów samobójców na szybkich łodziach dołącza niedługo sprawcy działający spod wody – prognozuje Krzysztof Kubiak.

Pasażerowie 
w niebezpieczeństwie

Duże statki pasażerskie zabierają na pokład nawet kilka tysięcy pasażerów. Największy i najdroższy  – Oasis of the Seas może zabrać na pokład 6630 pasażerów i 2160 członków załogi.

W porównaniu ze statkami handlowymi są także dobrze strzeżone. Zazwyczaj pracuje na nich wyspecjalizowana ochrona, która podlega bezpośrednio samemu kapitanowi. Takie jednostki mogą stać się jednak niezwykle łakomym kąskiem dla nieliczących się z ludzkim życiem ekstremistów. Terroryści zawsze chcą uderzyć w istotny punkt, a gros państw żyje z turystyki – mówi Krzysztof Liedel z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, od lat zajmujący się problemem terroryzmu.  – Atak na duży statek pasażerski spowoduje umiędzynarodowienie kryzysu, bo zawsze są nim pasażerowie z wielu państw. Gdyby do ataku doszło u brzegów popularnego kurortu, turyści szerokim łukiem zaczęliby omijać niebezpieczny rejon. Poza tym statki są najtrudniejszymi miejscami do odbicia zakładników, przez to, że wiele pomieszczeń jest połączonych ze sobą, prowadząca działania grupa antyterrorystyczna może mieć problem z wyeliminowaniem kolejnych pomieszczeń, jako bezpiecznych – mówi Liedel.

Do tej pory najsłynniejszym atakiem na statek pasażerski było przejęcie przez terrorystów włoskiego liniowca Achille Lauro w 1985 r. Wystarczyło czterech uzbrojonych mężczyzn, aby przejąć kontrolę nad ponad tysiącem pasażerów i członków załogi. Członkowie proirackiej frakcji Frontu Wyzwolenia Palestyny Abu Abbasa wsiedli na pokład statku płynącego z Genui na rejs po Morzu Śródziemnym. Chcieli dostać się do Izraela i tam zaatakować rafinerię lub skład amunicji. Przypadek sprawił, że wszystko potoczyło się inaczej. Jeden z członków załogi wszedł z obiadem do ich kabiny bez pukania i nakrył ich na czyszczeniu broni. Zamachowcy nie mieli wyjścia – błyskawicznie podjęli decyzję o porwaniu statku i uprowadzeniu go do Syrii.

Jednak władze syryjskie pod naciskiem USA odmówiły im zgody na wejście do portu. Porywacze zażądali uwolnienia z izraelskich więzień pół setki  Palestyńczyków. Kiedy ich żądania nie zostały spełnione, zabili jednego z zakładników, a ciało wyrzucili za burtę.

Negocjatorzy byli nieugięci, terroryści popłynęli więc do Libii, gdzie mogli liczyć na pomoc Muammara Kadafiego. Ostatecznie jednak popłynęli do Port Said, gdzie przybył również sam inicjator ataku Abu Abbas, który podjął się rozwiązania problemu. Z powodu braku dowodów śmierci jednego z pasażerów, rząd Hosni Mubaraka pozwolił Abbasowi na zabranie ze statku zamachowców i opuszczenie Egiptu w zamian na zwrot statku i uwolnienie zakładników. Potem zarówno cała czwórka terrorystów, jak i sam Abu Abbas zostali schwytani i skazani na długoletnie kary więzienia. Historia porwania statku stała się inspiracją dla pisarzy i filmowców. Warto przypomnieć, że wśród uwięzionych na liniowcu pasażerów była też grupa Polaków, a wśród nich piosenkarz Wojciech Gąssowski i tancerka Małgorzata Potocka ze swoją grupą rewiową. Gdyby dziś doszło do podobnego zdarzenia, niewątpliwie porwanie „na żywo” za sprawą nowoczes-nych mediów śledziłby cały świat. Niewykluczone jednak, że przez dużo bardziej wyśrubowane normy bezpieczeństwa niż w 1985 roku, dziś zamachowcom o wiele trudniej byłoby przemycić na pokład broń.
Piraci w natarciu

Spośród dużych jednostek najsłabiej zabezpieczone są bez wątpienia statki handlowe. Armatorzy muszą liczyć tu każdy grosz. Jeżeli prawdopodobieństwo jakiegokolwiek ataku na ich statek jest bliskie zeru, nie będą wydawać ciężkich pieniędzy na zapewnienie właściwej ochrony. Bardziej niż terrorystów obawiają się piratów, którzy mogą uprowadzić statek i wymusić haracz. Za najbardziej niebezpieczne rejony uważa się dzisiaj Zatokę Adeńską (pomiędzy Jemenem a Somalią), somalijskie wybrzeże Oceanu Indyjskiego, Cieśninę Malakka (łącząca Morze Andamańskie z Morzem Południowochińskim) oraz wody przybrzeżne Nigerii. Najbardziej znani są piraci somalijscy. Tylko w pierwszym kwartale tego roku porwali oni 11 jednostek.

Spektakularne porwania piratów są zwykle nagłaśniane przez media, zwłaszcza że zwykle załogi statków handlowych są międzynarodowe. Polacy pilnie śledzili, co dzieje się z porwanym 17 listopada 2008 roku tankowcem Sirius Star. Na pokładzie było dwóch Polaków, w tym kapitan Marek Niski. Tankowiec przewoził ropę wartą 100 milionów dolarów. Według różnych doniesień porywacze żądali 
25 milionów dolarów okupu, ostatecznie dostali 3 miliony i po dwóch miesiącach uwolnili tankowiec. Kapitan Niski nazwał potem piratów „grupą wyrostków z kałachami”. Marynarze byli jednak wobec nich bezbronni. Niski podkreślał, że piraci w każdej chwili mogli zastrzelić jego albo kogoś z załogi. Dziś mówi o konieczności szkolenia załóg na wypadek podobnych incydentów. Z różnych wyliczeń wynika, że działalność piratów przynosi każdego roku nawet 7 miliardów dolarów strat. Krzysztof Kubiak działalność piratów nazywa naroślą rakową, którą należy leczyć, ale jednocześnie nie demonizować jej rozmiarów. Zdaniem ekspertów problem piractwa wydaje się przeciętnemu zjadaczowi chleba powszechny ze względu na to, że każde kolejne 
porwanie jest ochoczo komentowane i nagłaśniane przez media. W najbardziej ruchliwym rejonie świata przepływa rocznie ok. 40 tysięcy statków. Jeśli 40 z nich zostanie porwanych, to jest to zaledwie jeden procent – wylicza Krzysztof Kubiak. Oczywiście nie można takiej działalności lekceważyć i trzeba dać jasny sygnał przestępcom, że ich działalność będzie piętnowana i ścigana. Mimo starań całego świata, piraci rosną w siłę. Nie bez powodu ubiegły rok był rekordowy pod względem porwań – piraci uprowadzili aż 50 statków. Niektórzy przewidują, że obecny rok będzie jeszcze gorszy.

Nietrudno przewidzieć, czym jeszcze mogą zaskoczyć nas morscy bandyci. Mimo że są to ludzie niewykształceni i prości, potrafią doskonale wykorzystać zdobycze techniki, aby precyzyjnie przeprowadzić atak. Ich łodzie motorowe, którymi podpływają do statków, aby potem przejąć nad nimi kontrolę, są wyposażone w GPS i broń maszynową. Kiedy uważane dotąd za najbardziej niebezpieczne wybrzeża Somalii zostały opanowane przez jednostki specjalizujące się w zwalczaniu piractwa, przestępcy zmienili taktykę. Do swojej działalności zaczęli wykorzystywać tak zwane statki-matki, pod które podlega nawet ok. 10 motorówek z pirackimi załogami. Atakują nie tylko u wybrzeży Somalii, ale wypuszczają się nawet 1000 kilometrów dalej, czego wcześniej zwykle nie robili.

Ogłuszyć bandytę

Ponieważ cywilne załogi statków handlowych nie mogą mieć na pokładzie broni palnej, najpopularniejszym i najbardziej powszechnym sposobem obrony przed atakiem piratów są wodne armatki. Kiedy do statku zbliża się podejrzana łódź, można próbować unieszkodliwić piratów silnym strumieniem wody. Sposób ten jednak bywa zawodny. Z kolei wyspecjalizowane agencje ochrony, które strzegłyby statku przed napadem, kosztują zbyt wiele i większość armatorów nie chce ponosić dodatkowych kosztów. Ciekawym rozwiązaniem wydają się być armatki dźwiękowe.

Takiego „oręża” użyto 6 lat temu, kiedy somalijscy piraci zaatakowali luksusowy statek wycieczkowy Seabourn Spirit. Do wycieczkowca podeszły dwie szybkie łodzie motorowe z uzbrojonymi piratami. Bez ostrzeżenia otworzono z nich ogień. Kapitan postanowił, że nie ulegnie groźbie i nie zatrzyma maszyn, bo to umożliwiłoby bandytom wdarcie się na pokład. Podjął desperacką wręcz decyzję – zwiększył prędkość do maksymalnej i wszedł na kolizyjny kurs z jedną z łodzi. Zaskoczeni piraci odpłynęli na bezpieczną odległość. Ochroniarze, którzy byli na  Seabourn Spirit, nie mieli żadnej broni palnej, ale dysponowali nowoczesnymi środkami akustycznymi – tak zwanymi Long Range Acoustic Devices (LRAD). Emitery akustyczne generują dźwięki o natężeniu powodującym dotkliwy ból i mogące spowodować utratę słuchu. Kiedy więc piraci nie dali za wygraną i ponownie ruszyli w kierunku wycieczkowca, zostali obezwładnieni dźwiękami o wysokiej częstotliwości.

Od trzech lat w rejonie Somalii działają okręty wojenne, w ramach międzynarodowej koalicji w walce z somalijskimi przestępcami. Specjaliści podkreślają, że żyjące z łupienia statków całe pokolenia Somalijczyków, nie zrezygnują tak łatwo z dochodowego interesu.

Polska pod lupą

Po ataku na Word Trade Center z 11 września 2001 roku wiele mówiło się, że również Polska nie jest bezpiecznym krajem jako sojusznik Stanów Zjednoczonych. Po 11 września normy bezpieczeństwa w samolotach zostały wyśrubowane do granic możliwości. Dziś wniesienie jakiegokolwiek ładunku na pokład statku powietrznego czy próba porwania go, wydają się niemal niemożliwe. Co innego statki i porty morskie.

Krzysztof Kubiak uważa, że port w Gdańsku mógłby być łakomym kąskiem dla zamachowców. Ten port to istotny element handlu międzynarodowego. Zawijają tu statki mieszczące 12 tysięcy kontenerów. Wiemy to my, wiedzą to zapewne osoby planujące ataki, ale czy zechcą dokonać zamachu w Polsce, naprawdę trudno przewidzieć – mówi Krzysztof Kubiak.

Zdaniem Przemysława Nadolskiego, gdyby terrorystom był potrzebny zamach w Polsce, przeprowadzenie go w pobliżu któregokolwiek z portów byłoby proste. Nasze porty nie są dobrze chronione. Zaatakować można zarówno statek wpływający do portu, jak i stojący w porcie. Owszem, porty są chronione, ale często przez ludzi wyspecjalizowanych w ochronie obiektów sportowych czy handlowych, a nie portów. Gdyby ktoś chciał przeprowadzić sabotaż na przykład w szczecińskim porcie, myślę, że taka akcja mogłaby się udać – prognozuje. Na pocieszenie dodaje jednak, że głównym celem terrorystów cały czas są Amerykanie. Teoretycznie wszystko jest możliwe, wątpię jednak, żeby ktokolwiek chciał przeprowadzać atak w naszym kraju.