Był ranek 13 stycznia. O godzinie 8.07 zawibrowały telefony komórkowe mieszkańców, a telewizory i radioodbiorniki zaczęły nadawać komunikat alarmowy Hawajskiej Agencji Zarządzania Kryzysowego. W jego treść trudno było uwierzyć: „DO HAWAJÓW ZBLIŻA SIĘ RAKIETA BALISTYCZNA. NATYCHMIAST SZUKAJCIE SCHRONIENIA. TO NIE SĄ ĆWICZENIA”. Błyskawicznie skojarzono alarm z napięciem na linii USA – Korea Północna. Kim Dzong Un dysponuje przecież świeżo przetestowaną bronią nuklearną i rakietami międzykontynentalnymi zdolnymi do przenoszenia głowic bojowych. I oto sprowokowany przez Donalda Trumpa dyktator rozpoczął wojnę atomową. „Trudno nie mówić o panice. Każdy wie, że ma się około kwadrans do czasu detonacji i nikt nie wie, gdzie dokładnie uderzy pocisk” – komentowała w rozmowie z „The Guardian” Ashly Trask, mieszkanka wyspy Kauai. Po otrzymaniu ostrzegawczego SMS-a zabrała całą rodzinę do schronu z betonowymi ścianami używanego podczas huraganów.

Inna kobieta relacjonowała w internecie: „Płakałam. Przytulałam dzieci. Całowałam męża. Żegnałam się z rodziną. Modliłam się. Byłam gotowa na śmierć”.
Ale nie każdy aż tak się przejął. 50-letni R. Kevin Garcia Doyle zadzwonił do żony, by przyjechała do prywatnej szkoły, w której pracuje – ponieważ jej ściany są solidniejsze niż ściany ich domu. Kobieta odmówiła, bo nie chciała zostawiać bez opieki swoich kotów. Niektórzy nadal surfowali po oceanie, inni nie odmówili sobie przyjemności dopicia ostatniej – jak sądzili – w życiu kawy. Gość jednego z hoteli oświadczył: „Skoro mam umrzeć, to na plaży z drinkiem w ręku” – i poszedł na plażę ze swoim ulubionym mai tai. Alarm odwołano po 38 minutach. Okazało się, że był efektem pomyłki w centrum zarządzania kryzysowego.

KTO BOHATER A KTO TCHÓRZ

W latach 60. XX wieku zagadnieniem, kto w trudnych czasach jest materiałem na bohatera, zajmował się psycholog Perry London, przeprowadzając pierwsze naukowe badanie na ten temat. Po rozmowach z 27 chrześcijanami, którzy podczas II wojny światowej ratowali Żydów, wskazał trzy cechy charakterystyczne dla większości z herosów: skłonność do ryzyka, poczucie wyobcowania w społeczeństwie, np. z powodu kalectwa, i utożsamienie się ze swoim skłonnym do moralizowania rodzicem. Po latach odkrycia te zakwestionował jeden z byłych współpracowników Londona, rabin i obrońca praw człowieka Harold Schueweis. Zwłaszcza pierwszy wyróżnik – skłonność do ryzyka – uznał za wyssany z palca. Zachowanie człowieka – orzekł – jest tajemnicą. Radził wyobrazić sobie przeciętnych ludzi, którym za pomaganie Żydom groziła śmierć ze strony nazistów, tak jak to było w Polsce podczas okupacji. „Jesteś w stanie zbadać, który
cię uratuje? Można odgadnąć coś takiego?” – pytał Schueweis. I odpowiadał: „Nie da się, bardzo mi przykro”.

Po latach zajmowania się złem psycholog Philip Zimbardo wziął na warsztat motywację osób odważnych i zdolnych do poświęceń. Efektem jego analiz było wdeptanie w ziemię romantycznej wizji bohaterstwa: „Chcemy wierzyć, że bohaterowie to jednostki wyjątkowe pod względem moralnym, że otrzymały specjalne wychowanie, posiadają unikalne cechy charakteru i są altruistyczne w stopniu, jakiego nie oczekujemy od reszty ludzkości”. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie to zwyczajni ludzie z wadami i chwilami słabości. Czy to umniejsza heroiczność ich czynów? Bynajmniej. Co więcej: Zimbardo przekonuje, że „wszyscy jesteśmy potencjalnymi bohaterami czekającymi na odpowiedni moment”.