Telefon komórkowy „ściąga” pioruny
FAŁSZ, choć jeszcze niedawno byliśmy przekonani, że to prawda. Takie przypadki zdarzyły się m.in. w USA i Japonii. Najnowsze badania dowodzą jednak, że się mylono. Po prostu coraz więcej osób ma telefony komórkowe i coraz częściej przez nie rozmawiają. Także na wolnym powietrzu. A wtedy i ryzyko, że podczas konwersacji dopadnie nas piorun, jest odpowiednio większe.

STRZAŁY W GÓRACH

Rozmowa z Sylweriuszem Kosińskim lekarze-ratownikiem TOPR, specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii, członkiem komisji medycznej ICAR (International Comission of Alpine Rescue).

Łatwo rozpoznać ofiarę pioruna?

- Tak, choć sama może nie wiedzieć, co się stało. Przeważnie jest to osoba zdezorientowana, czasem przerażona. Jedna z ofiar, z którymi miałem do czynienia, kurczowo trzymała się łańcucha, za którego pośrednictwem została porażona. Niepokój wynika często z niedosłuchu (urazu błony bębenkowej ucha). Ofiara ma zazwyczaj rozszerzone źrenice, na skórze czasem widać oparzenia lub tzw. figury Lichtenberga (drzewkowate, sinawoczerwone pasma).

Osoba uderzona piorunem staje w płomieniach
FAŁSZ. Błyskawica najczęściej „spływa” po ofierze do ziemi.

Porażeni zawsze potrzebują pomocy medycznej?

- Nie, ale rozsądnie jest pokazać się lekarzowi. Chociaż jeden z turystów porażonych w rejonie Giewontu pod koniec czerwca tego roku, pomimo częściowego niedowładu kończyn, zszedł z pomocą innych turystów do schroniska i nie życzył sobie pomocy medycznej.

Jak często porażenia piorunem są śmiertelne? 

- Przyjmuje się, że umiera co dziesiąty z porażonych pechowców. Z naszych analiz wynika jednak, że śmiertelność może być większa i przekraczać 20 proc. Należy wziąć pod uwagę fakt, że nie wszystkie takie przypadki są zgłaszane do TOPR i nie wszyscy poszkodowani trafiają do szpitala.

Nie wolno chować się w samochodzie
FAŁSZ. Jednym z bezpieczniejszych miejsc poza domem jest właśnie wnętrze samochodu. Prąd „spływa” po karoserii do ziemi.

Czy pioruny uderzają tylko podczas burzy?
Niekoniecznie. Kilkanaście lat temu gazda w pobliżu Zakopanego postanowił w słoneczne niedzielne popołudnie rozrzucić siano na polu. Porażenie miało miejsce przy bezchmurnym niebie – burza przechodziła wtedy nad Tatrami. Pechowiec spędził kilka dni w szpitalu, a proboszcz miał świetny temat na kazania.