Stało się to 10 czerwca 1944 r., gdy wjechał tam oddział dywizji SS „Das Reich”. Po godz. 2 esesmani spędzili mieszkańców na rynek. Potem oddzielili mężczyzn od kobiet, które popędzono do kościoła. Mężczyzn rozdzielono na 6 grup i zamknięto w różnych budynkach na terenie miasta. Dwie godziny później rozpętało się piekło. Kobiety i dzieci w kościele wymordowano, podkładając ładunki zapalające. Mężczyzn też spalono w budynkach, w których zostali zamknięci. Tych, którzy zdołali wydostać się z płomieni, wystrzelano. Zginęły 642 osoby, w tym 245 kobiet i 207 dzieci. Miasto zostało całkowicie zniszczone. Przez lata ten akt barbarzyństwa wyjaśniano odwetem za zastrzelenie w okolicy przez partyzantów mjr. Helmuta Kämpfego, jednego z najbardziej udekorowanych żołnierzy dywizji. Mówiło się też, że powodem bestialstwa była próba zastraszenia ludności wspomagającej oddziały partyzanckie, które opóźniały Niemcom przemarsz. Wydawałoby się, że to wyjaśnienie wystarczające. Ale… Dywizja pancerna Waffen-SS „Das Reich” od wiosny 1944 r. stacjonowała w rejonie Montauban, gdzie po ciężkich stratach na froncie wschodnim odbudowywała siły. Po lądowaniu aliantów w Normandii jej żołnierze otrzymali rozkaz wsparcia obrońców i 8 czerwca ruszyli na północ. Lokomotywy i lory do przewożenia czołgów zostały zniszczone przez partyzantów, więc pojazdy dywizji musiały pokonać 800 km do Normandii drogami, na których niebezpieczeństwo ataku było jeszcze większe. Bezwzględność i okrucieństwo wobec miejscowej ludności miały zapobiec aktom sabotażu, które tak bardzo spowalniały marsz. W całej tej historii przeoczono fakt, że w dywizji istniał specjalny oddział, którym dowodził Untersturmführer Bruno Walter. Oficjalnie przewoził dywizyjne archiwum, choć trudno zrozumieć, dlaczego Brigadeführer Heinz Lammerding, dowódca dywizji, do ochrony dokumentów wyznaczył 10 esesmanów. Dzień wcześniej Walter w towarzystwie Sturmbannführera Adolfa Diekmanna przejechał tę trasę, aby sprawdzić, czy jest wystarczająco bezpieczna. Jeszcze dziwniejsze wydaje się to, że jego oddział złożony z kilku ciężarówek i samochodu pancernego wyruszył w drogę o północy! Nie ujechali daleko. Na skrzyżowaniu dróg, niecałe 3 km od Oradour-sur-Glane zostali zaatakowani przez oddział maquis. W potyczce zginęli wszyscy żołnierze ze specjalnego oddziału, a przewożony ładunek – zaginął. To miało być przyczyną odwetu na mieszkańcach pobliskiego Oradour-sur-Glane.

Czy samochody Untersturmführera Waltera przewoziły dokumenty? Brytyjczyk Robin Mackness, który w latach 80. ubiegłego wieku spędził 18 miesięcy w więzieniu za próbę przemytu 20 kg złota z Francji do Szwajcarii, niespodziewanie ujawnił, że złoto było częścią skarbu dywizji „Das Reich”. Ani w czasie procesu, ani w więzieniu nie wyjawił, od kogo dostał złoto. Po zakończeniu kary opublikował sensacyjną informację, że był to tajemniczy Raoul Denis, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Raphael Denowicz. W czerwcu 1944 r. ten człowiek miał dowodzić oddziałem maquis, który zaatakował konwój Waltera! Po zwycięskiej potyczce Raoul, jedyny, który przeżył starcie, odkrył w jednej z ciężarówek 30 skrzyń zawierających ponad pół tony złota! Zakopał je w pobliżu miejsca zasadzki, aby wrócić po łup wiele lat później.

To właśnie tego skarbu mieli szukać esesmani dowodzeni przez Adolfa Diekmanna w Oradour-sur-Glane. Po otoczeniu miasteczka rankiem 10 czerwca, zebrali mieszkańców na rynku, podzielili ich na grupy i przesłuchiwali, usiłując dowiedzieć się, czy w nocy przyjechały samochody z partyzantami. Potem przeszukiwali domy. Rozwścieczeni brakiem efektów śledztwa zniszczyli miasto i jego mieszkańców. Na ile to wyjaśnienie jest prawdą? Tajemniczy Raoul Denis zmarł na raka w 1984 roku. Adolf Diekmann zginął w Normandii. Jego towarzysze walki mówili, że była to śmierć samobójcza, gdyż wystawił się na kule. Heinz Lammerding, dowódca dywizji, który spokojnie dożył swoich lat w Niemczech, gdzie zmarł w 1971 roku, nigdy na ten temat nic nie powiedział i trudno się dziwić. Ciążyła na nim odpowiedzialność za zbrodnię w Oradour i nie należało się spodziewać, że ujawni cokolwiek na temat skarbu SS.

Tyle że ostatnie lata przyniosły jeszcze jedno zaskakujące podejrzenie. Dywizja „Das Reich”, a właściwie to, co pozostało z niej po zaciętych bojach w ZSRR, na osobisty rozkaz Hitlera została skierowana w rejon Montauban w południowej Francji. A to szczególna kraina. Sztab dywizji ulokował się o 50 km od Tuluzy, dawnej stolicy królestwa Wizygotów. Gdzieś w jej okolicach od wieków spoczywa niezwykły i tajemniczy skarb. Zabrany przez wojska Tytusa w 70 r. n.e. ze Świątyni Jerozolimskiej miał trafić do Rzymu, gdzie w roku 410 przejęli go Wizygoci, którzy zdobyli i splądrowali miasto. Zabrali skarb do południowej Francji. Tam mieli go ukryć w górskiej fortecy Montségur, która później dostała się w ręce katarów. Albigensi mieli wywieźć skarb podczas oblężenia twierdzy przez uczestników krucjaty skierowanej przeciw herezji w XIII w. Być może ukryty przed nimi skarb odnalazł Bérenger Sauniere, proboszcz z biednej wioski Rennes-le-Château, który w ostatnich latach XIX w. niespodziewanie i w niewyjaśniony sposób zdobył bogactwo i sławę.

Hitlerowcy wierzyli w istnienie skarbu Świątyni Jerozolimskiej, o czym świadczy fakt, że po 1942 roku, gdy wojska niemieckie wkroczyły do południowej Francji, wysyłali tam naukowe ekspedycje SS. Przeszukiwały ruiny zamków, kościołów i skalne groty, lecz nie zachował się żaden dokument o wynikach poszukiwań. Czy znaleźli tajemniczy skarb? Czy to specjalny oddział z dywizji „Das Reich” miał konwojować ten skarb do Niemiec, lecz utracił go w zasadzce w rejonie Oradour-sur-Glane? Czy było to złoto, czy może… Święty Graal lub Arka Przymierza? To jeszcze jedna tajemnica minionej wojny.