Jakąż przyjemność może odczuwać cywilizowany człowiek patrząc na nieszczęśnika rozrywanego na strzępy czy zwierzę dźgane włóczniami?” – pytał ponad dwa tysiące lat temu rzymski myśliciel i polityk Cyceron. Regularna obecność kompletu 50 tysięcy widzów w Koloseum świadczyła, że była to przyjemność duża i powszechna. Skąd się wzięły w starożytności okrutne widowiska? Wszystko zaczęło się od walk dwóch–trzech par niewolników traktowanych jak ofiara składana po śmierci ich właściciela. Przelana krew miała wzmocnić duszę zmarłego w wędrówce przez zaświaty. Z czasem obserwatorzy religijnego spektaklu zaczęli się domagać silniejszych wrażeń. Walki z placu przy stosie pogrzebowym przeniesiono na arenę, systematycznie zwiększano liczbę uczestników, inscenizowano wielkie bitwy i polowania, odtwarzano sceny z historii i mitologii. „Choreografowie” dbali o atrakcyjność przedstawień.

Na spadającego z dużej wysokości Ikara czekały lwy, przykutego do skały Prometeusza rozszarpywał niedźwiedź. Poza gladiatorami do amfiteatrów trafiali przestępcy skazani na śmierć. Przed egzekucją musieli skuci łańcuchami obejść arenę z tablicą informującą o popełnionych czynach. Publiczność mogła zaspokoić żądzę odwetu lub swoje perwersyjne i sadystyczne skłonności. Za część kary uważano cierpienie, więc wyroki wykonywano w bardzo okrutny sposób. Skazanym nakładano nasączone smołą tuniki i palono ich żywcem, wlewano do gardeł roztopiony ołów, przywiązywano do kolumny hańby i szczuto wygłodzonymi zwierzętami. O łasce mogli mówić rzuceni na pożarcie lwom, gdyż wielkie drapieżniki zabijały jednym uderzeniem łapy; psy i hieny rozszarpywały ludzi po kawałku.

Zorganizowanie igrzysk kosztowało fortunę, dlatego nie służyły one jedynie rozrywce plebsu. Do walki zmuszano wziętych do niewoli jeńców, co z jednej strony pokazywało potęgę imperium, z drugiej stanowiło ostrzeżenie przed sprzeciwianiem się jego woli. Brutalne egzekucje skazańców miały również walor umoralniający i odstraszający. Potencjalny przestępca mógł na własne oczy zobaczyć, co go czeka, jeśli naruszy prawo.

NA SZAFOCIE I W TEATRZE

Upodobanie do okrucieństwa nie skończyło się wraz ze starożytnością. „I jam tam był z książętami Radziwiłłami, jedno okno najęliśmy i zapłaciliśmy za nie dobrze” – pisał ponad tysiąc lat po ostatnich rzymskich igrzyskach Jakub Sobieski, ojciec króla Jana III. Zapłacił za wynajęcie okna, by mieć dobry widok na miejsce egzekucji François’a Ravaillaca, zabójcy francuskiego monarchy Henryka IV. Rękę, w której Ravaillac trzymał sztylet, kat posypywał żrącymi substancjami i spalał aż do zwęglenia, potem wyszarpywał mu szczypcami kawałki ciała, polewając rany wrzą- cym olejem. Z piersi i ramion wciąż żywego skazańca zdarł skórę i dopiero wtedy drgające szczątki rozerwano końmi. Przebywający wówczas w Paryżu polski grafik Jan Ziarnko z zimną krwią obserwował przebieg kaźni, rysując jej kolejne etapy. Kopiowana w setkach egzemplarzy rycina przyniosła mu rozgłos w całej Europie. Ale nie był pierwszym artystą, który dostrzegł, że okrucieństwo jest atrakcyjnym tematem. Mistrzowie pędzla i pióra wiedzieli o tym od zawsze.