Komentatorzy polityczni z zazdrością patrzyli na premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona wchodzącego razem z prezydentem USA Barackiem Obamą na pokład supersamolotu Air Force One. To była pierwsza oficjalna wizyta zagraniczna premiera konserwatysty w Stanach Zjednoczonych. Luksusowym Boeingiem 747-2G4B, nazywanym latającym Białym Domem, politycy polecieli razem na mecz koszykówki do Dayton w stanie Ohio. W drodze powrotnej było jeszcze intymniej. Jak wyznał Cameron jednej z brytyjskich gazet, Barack Obama zasugerował, żeby przespał się w prezydenckim łóżku. „W Wielkiej Brytanii była czwarta rano, prezydent wiedział, że jestem zmęczony, dlatego zapakował mnie do swojego łóżka na krótką drzemkę” – przyznał premier. „To niesłychany gest świadczący o  silnym sojuszu amerykańsko-brytyjskim” – komentowała brytyjska prasa. W tabloidach ekscytowano się, że Obama i Cameron to nowy polityczny „bromance” (od słów „brother” i „romance”). 

Mało który polityk zagraniczny ma okazję podróżować Air Force One. Cameron był pierwszym liderem politycznym zaproszonym na pokład przez Obamę. Oprócz niego luksusowym boeingiem leciał na zaproszenie Ronalda Reagana w 1985 roku niemiecki kanclerz Helmut Kohl, a dziewięć lat później brytyjski premier John Major, podróżujący razem z Billem Clintonem. 

Krytycy torysa zaśmiewali się jednak, że „specjalna relacja” Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii przypomina trochę układ między rodzicami a dzieckiem. „Dla mnie wygląda to na mocno hierarchiczną i paternalistyczną relację, a nie sojusz. A metafora kładzenia jednego polityka przez drugiego do łóżka jest oczywista. Ameryka jest surowym, choć szczodrym ojcem, a Wielka Brytania to niesforne, ale lojalne i wierne dziecko” – tłumaczy brytyjski pisarz i publicysta rosyjskiego pochodzenia Alexander Boot.

Nie wiadomo, czy niezwykła wycieczka Camerona to gest solidarności USA z Wyspami, czy patriarchalna, polityczna gra Obamy. Przecież już Alexis de Tocqueville pisał w XIX wieku o skłonności Amerykanów do samouwielbienia. A pokazanie światu takiej zabawki jak Air Force One łechce ego każdego polityka.  

Polowanie na jelenia 

„To, co prywatne, jest też polityczne” – głosiły w latach 70. feministki, sugerując, że wszystko, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami prywatnych domów, ma swoje przełożenie na funkcjonowanie całego kraju. 

Podobna zasada rządzi w świecie polityki. Bo mimo że stosunki polityczne w dużej mierze są kształtowane przez oficjalne kontakty, często największe znaczenie mają spotkania prywatne. Inaczej: kuluarowe. To w takich sytuacjach, bardziej niż podczas oficjalnych negocjacji, tworzy się konsensus – tak o teorii nieformalnej władzy elity pisał w 1957 roku lewicowy socjolog C. Wright Mills. Wiesław Gałązka, specjalista od marketingu politycznego, dziennikarz i  publicysta, uważa, że w wąskim, prywatnym gronie politykom łatwiej jest nawiązać bliskie stosunki i szczerze porozmawiać nawet o tym, co ich różni.