Każdy z nas codziennie korzysta z prądu. Bierzemy go z gniazdek elektrycznych, do których dociera z elektrowni. A skąd energię czerpie nasze ciało? Większość z nas odpowie: „z jedzenia”.

Ale to tylko część prawdy, podobnie jak w przypadku prądu. Elektrownie mogą spalać węgiel, gaz lub biomasę albo czerpać energię z wiatru, światła słonecznego czy ruchu wody. Jednak w gniazdku zawsze mamy prąd o tym samym napięciu - w Europie to 220 V. Podobnie w ludzkim ciele - jeden uwielbia schabowego z kapustą, inny marchewkę z ananasem, ale nasz organizm zawsze rozkłada te specjały na podstawowe „cegiełki”, takie jak glukoza czy kwasy tłuszczowe. Komórki nie potrafią z nich skorzystać bezpośrednio - aby otrzymać swój „prąd”, potrzebują „elektrowni”.

Prądem jest substancja o nazwie ATP, wytwarzana w elektrowniach zwanych mitochondriami. To elementy znajdujące się w każdej żywej komórce, mające własne DNA. Im więcej energii komórka potrzebuje, tym więcej ma elektrowni. Komórki tkanek bardzo aktywnych - mięśni (w tym serca), mózgu czy wątroby - mają ich po kilkanaście tysięcy. I to właśnie one są najbardziej czułe na zakłócenia w pracy mitochondriów. A awarie naszych biologicznych elektrowni nie są wcale tak rzadkie, jak się naukowcom do niedawna wydawało.

 

Tajemnica choroby weteranów

Owszem, typowe choroby mitochondrialne, wynikające z mutacji zawartego w tych strukturach DNA, dotykają statystycznie jednej na 15 tys. osób. I nie są łatwe do zdiagnozowania, bo mogą dawać wiele dolegliwości dotyczących różnych narządów: od zaburzeń wzrostu i osłabienia mięśni przez choroby nerek, wątroby lub tarczycy po padaczkę i demencję. Objawy są przy tym niespójne, mogą okresowo nasilać się i zanikać, przypominając trochę problemy z energią w czasach PRL: prąd raz jest, raz go nie ma; bywa wyłączany w coraz to innych miejscach, ale generalnie wszędzie jest go za mało.

Mitochondria prawdopodobnie odgrywają kluczową rolę także w znacznie powszechniejszych schorzeniach, takich jak atakujące układ nerwowy choroby Alzheimera i Parkinsona, autyzm, a być może nawet nowotwory złośliwe (choć to nadal tylko hipoteza). Co więcej, naszym komórkowym elektrowniom szkodzą także różne toksyny, np. te obecne w pestycydach, gazach bojowych oraz - o ironio - w środkach podawanych żołnierzom w celu uodpornienia ich na te gazy. Z najnowszych badań wynika, że takie właśnie zaburzenia leżą u podstaw tzw. syndromu wojny w Zatoce.

Może on dawać takie objawy jak przewlekłe zmęczenie, bezsenność, bóle mięśni i głowy, niestrawność, zaburzenia pamięci, wysypka i biegunka. W komórkach weteranów o wiele wolniej odnawiają się zapasy fosfokreatyny - białka uczestniczącego w produkcji ATP, czyli komórkowej energii. „To spowolnienie, podobnie jak pozornie niezwiązane ze sobą objawy, świadczy o problemie z mitochondriami” - twierdzi prof. Beatrice A. Golomb, szefowa zespołu badawczego.

Podobne, choć zwykle odwracalne efekty, wywołują rozmaite substancje (w tym leki), które działają toksycznie na komórkowe elektrownie. Klasyczny przykład to tlenek węgla, czyli czad (CO). Podobnie „dusząco” działają cyjanki i wodorosiarczki. Z kolei najpowszechniejszy narkotyk - alkohol etylowy - uszkadza mitochondrialne DNA.

 

Komórkowy zastrzyk energii

Naukowcy chcieliby pomóc mitochondriom pracować w dobrej formie jak najdłużej. Najprościej to zrobić, dostarczając im niezbędnych składników. Wiadomo, że nasze elektrownie potrzebują biotyny (witaminy H), witamin z grupy B (B2, B5, B6), miedzi, żelaza i cynku. Stabilizująco na ich pracę działa też koenzym Q10 (CoQ10) i być może dlatego zmniejsza on objawy chorób Alzheimera, Huntingtona i Parkinsona. Z suplementami trzeba jednak uważać: zażywane w dużych dawkach mogą zaszkodzić.