Amerykańskie wahadłowce szybko tanieją. Chociaż na program rozwoju promów kosmicznych poszły miliardy dolarów, a jeden wahadłowiec kosztował krocie, to teraz, gdy promy kosmiczne idą na emeryturę nie ma na nie kolejki chętnych. Bo po co komu prom kosmiczny? NASA ma już chętnego na wahadłowiec Discovery, najstarszy z orbiterów, który trafi do Smithsonian Institution (National Air and Space Museum). Chętni poszukiwani są na Atlantisa i Endeavour. Aby kupić wahadłowiec trzeba mieć w portfelu 28,2 miliona dolarów. Tylko, bo jeszcze w grudniu 2008 roku NASA chciała za te same wahadłowce po 42 miliony dolarów. A zatem promocja wynosi 13 milionów dolarów. Za te pieniądze NASA nie tylko pozbędzie się wahadłowca, ale także dostarczy go na miejsce. Do wzięcia jest także prototypowy wahadłowiec Enterprise, który - co prawda - nigdy nie był w kosmosie. Ale jest wahadłowcem i gdyby nie loty ćwiczebne oraz próby lądowania wykonywane przez astronautów, wahadłowce nigdy nie latałyby w kosmos. Zainteresowanie jest spore - 20 instytucji ostrzy sobie zęby na wahadłowce. Może więc cena jeszcze podskoczy. Jest jeszcze czas, aby zgłosić się do wyścigu o wahadłowce. Termin zgłoszeń upływa 19 lutego. Jednak warunki są dość wyśrubowane - NASA chce w zamian gwarancji, że wahadłowce będą należycie wyeksponowane i odpowiednio zabezpieczone. W tej kosmicznej promocji są dostępne także silniki do wahadłowców. Trzeba zapłacić za dostawę, bo silnik jest za darmo. To akurat ciekawostka, bo jeszcze w 2008 roku NASA za taki moduł napędowy do wahadłowca żądała od 400 do 800 tysięcy dolarów. Wyjątkowa okazja. W 2010 roku wahadłowce wykonają jeszcze pięć misji orbitalnych. Potem przejdą do historii, a zastąpią je rakiety. h.k.