Dzisiaj bardziej żywa jest pamięć o Stokrotce niż o jej mężu – Janie Henryku XV von Hochberg o przyznanym mu przez cesarza Wilhelma II tytule arcyksięcia von Pless. Nie żyją też synowie magnata o imionach przekazywanych wiekową tradycją: Henryk, Konrad, Bolko. (...) Małżonek księżnej Daisy – Jan Henryk, obejmując w posiadanie renesansowy zamek, był piętnastym z kolei dziedzicem tego imienia. W bajkowej scenerii podejmowano tu nie lada gości: cesarza Wilhelma II, Franciszka Józefa I, cara Mikołaja II. Daisy, córka pułkownika armii królewskiej, zubożałego arystokraty Cornvallisa Westa, brała ślub w londyńskiej katedrze, a weselne przyjęcie wyprawiono w pałacu rosyjskiej księżnej Dołgoruki, zaprzyjaźnionej z rodziną panny młodej. Ogólny zachwyt gości, także i przyszłego króla Jerzego z małżonką, wzbudził ślubny podarek niemieckiego teścia dla angielskiej synowej – złota korona, szczodrze wysadzana prawdziwymi brylantami.

Opuszczając rodzinny kraj, Daisy była pełna nadziei na szczęśliwy związek z Janem Henrykiem. Złudne marzenia!

Wkrótce napisze z goryczą: „Kochał mnie jak piękny mebel, a naprawdę to kochał tylko konie, wyścigi, polowania i cesarza Wilhelma II”.

Ona – pełna fantazji, otwarta na dziejące się wokół wydarzenia, interesująca się literaturą, sztuką, polityką, a on – w drodze do kariery dyplomaty, polityka, schlebiający uniżenie możnym tego świata. Z próżności obsypywał żonę kosztowną biżuterią, nie żałując pieniędzy na oprawę, na wspaniałe toalety; niech błyszczy na przyjęciach, na balach, niech ściąga spojrzenia znaczących osobistości.

Angielce nie imponowały zaszczyty płynące z niemieckich dworów, śmieszył ją pałacowy ceremoniał. Poziomem intelektualnym, talentami artystycznymi przewyższała środowisko.

Irytował ją sam cesarz Niemiec. Bystra obserwatorka w autobiograficznym dziele „Taniec na wulkanie” stwierdzi, że: „Nie był to mędrzec. Pochlebstwami i przymilaniem się można go było zaprowadzić wszędzie, nawet w najbardziej głupią sprawę, a co gorsza – w wojnę. A gdybym była stara, brzydka i zaniedbana, nie rozmawiałby ze mną, tak jak to czyni podczas wizyt, ale odesłałby mnie zapewne – tak jak swoje rodaczki – do kuchni, do wychowywania dzieci i na pacierze do kościoła”.

Z małżonkiem Janem Henrykiem łączyła ją głównie pasja do podróży. Bywali często w Paryżu, w Rzymie, wyprawiali się na egzotyczne lądy, pływali motorowym jachtem po dalekich morzach. Młodej księżnej czas mijał nie tylko na wojażach, lecz także na rodzeniu dzieci. Powiła ich czworo; pierworodna córeczka zmarła w niemowlęctwie. Potem przyszło na świat trzech synów: w 1900 roku – Henryk, pięć lat później – Aleksander, a w 1910 roku – Bolko, przyczyna wielkich strapień matki pod koniec życia.

Przed pierwszą wojną światową Daisy jest młodą jeszcze, bo niespełna czterdziestoletnią kobietą i nie staje się przez potrójne macierzyństwo dostojną matroną, przestrzegającą sztywno zasad dworskiej etykiety.

Te lata spędza głównie we wspaniałym zamczysku w Pszczynie i w ulubionej siedzibie w Książu. Rosną dzieci, zbliża się wojna. Najmłodszy syn Bolko ma cztery lata.

WOJNA