W czasie zimnej wojny tak zawzięcie straszono bombą atomową, że gdy runął komunizm , wraz z nim do lamusa odesłano strach przed konfliktem nuklearnym. Tymczasem broń jądrowa nie zniknęła z arsenałów; według szacunkowych danych łączna moc istniejących ładunków jest tak wielka, że na każdego mieszkańca naszej planety przypada energia odpowiadająca 5 tonom trotylu, czyli mówiąc bardziej obrazowo – po wyładowanej materiałem wybuchowym ciężarówce. Skoro jednak do starcia mocarstw atomowych nie doszło w czasie olbrzymich napięć, dziś wymiana ciosów między USA i Rosją wydaje się zupełnie niemożliwa. Dlatego w powszechnym odczuciu broń jądrowa stała się przestarzałym straszakiem, którym nie warto sobie zawracać głowy.

Tego błogostanu nie przerwały nawet informacje o podziemnej próbie nuklearnej przeprowadzonej przed dwoma laty w Korei Północnej ani zapowiedzi budowy własnej bomby przez Iran. A są to wydarzenia o trudnym do przecenienia znaczeniu. Korea Północna jest jednym z najbiedniejszych, najbardziej zacofanych i archaicznych państw świata. Jeśli ona może mieć broń jądrową, to znaczy, że może ją mieć każdy!

BOMBĘ ATOMOWĄ OKAZYJNIE SPRZEDAM

Pokusa jest wielka, gdyż wszelkiej maści dyktatorzy doskonale widzą różnicę w traktowaniu przez USA Saddama Husajna i Kim Dzong Ila. Z władcą Iraku rozprawiono się błyskawicznie; bez porównania bardziej niebezpiecznego i brutalnego koreańskiego despoty nikt nie odważa się tknąć, bo może udzielić atomowej odpowiedzi. Na pierwszy ogień bez wątpienia poszedłby wielomilionowy Seul, który leży zaledwie 40 km od granicy i nie ma sposobu uchronienia go przed nagłym atakiem. W zasięgu północnokoreańskich rakiet znajdują się także Japonia, Filipiny i Tajwan, a więc kraje związane sojuszami obronnymi z USA. Waszyngton musiałby udzielić im pomocy, czyli dokonać zmasowanego uderzenia na Koreę Północną, co zapewne wywołałoby reakcję Chin. O dalszym ciągu wydarzeń lepiej nie myśleć.

15 czerwca 1994 r. w Białym Domu odbyła się narada, która omal nie doprowadziła do urzeczywistnienia tego scenariusza. Sekretarz obrony William Perry przedstawił materiały wywiadowcze dotyczące programu budowy bomby atomowej przez reżim w Phenianie. Zasugerował, że można tę budowę udaremnić, dokonując prewencyjnego bombardowania podejrzanych obiektów. Bill Clinton pytał z niepokojem, co się stanie, jeśli Koreańczycy już mają swoje bomby i ich użyją, ale skłaniał się do podjęcia decyzji o ataku. Opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy, że po raz pierwszy od kryzysu kubańskiego w roku 1962 świat znalazł się bardzo blisko wojny jądrowej. Rozpoczęto już nawet przygotowania do ewakuacji z Korei Południowej amerykańskich cywilów.

Na szczęście misja mediacyjna, jaką prowadził były prezydent Jimmy Carter, zakończyła się sukcesem i Kim Dzong Il zgodził się na poddanie swego programu ograniczonej kontroli międzynarodowej. Potem wycofał się z obietnic, ale w Waszyngtonie przeważyła opinia, że atak na Koreę Północną jest zbyt ryzykowny. Amerykańscy stratedzy, którzy przed trzema laty wzięli udział w dyskusji zorganizowanej przez miesięcznik „Atlantic Monthly”, zgodzili się, że ryzyko należałoby podjąć jedynie w razie uzyskania przekonujących dowodów, że Phenian sprzedaje broń jądrową ugrupowaniom terrorystycznym.

Wykluczyć tego nie można, gdyż gospodarka północnokoreańska jest w stanie kompletnej ruiny , miliony głodują , a reżim ma mało możliwości pozyskania waluty wymienialnej. Handluje, więc technologiami nuklearnymi, jego ekspertów atomowych widywano już w Pakistanie, Libii, Syrii i Iranie.

Co pewien czas odżywają też pogłoski, że terroryści przemycają na teren USA miniaturowe ładunki nuklearne, by w wybranym momencie odpalić je wszystkie jednocześnie. Jak dotąd nic tego nie potwierdziło, ale logika podpowiada, że jeśli coraz więcej krajów dysponuje bronią atomową, coraz trudniej ją kontrolować. Co gorsza, nowi i potencjalni posiadacze są całkowicie nieprzewidywalni, gdyż albo – tak jak reżim Kim Dzong Ila – balansują na krawędzi politycznej paranoi, albo – tak jak islamscy terroryści – odrzucają podstawową zasadę strategii wojennej, zgodnie z którą należy dążyć do zadania przeciwnikowi możliwie największych strat przy możliwie najmniejszych stratach własnych. Dla nich liczy się tylko pierwszy element; atak na wieże WTC czy samobójcze zamachy w Iraku pokazują, że istnieją ludzie, którzy bez wahania odpaliliby ładunek nuklearny, stojąc tuż obok niego.

ATOMOWY SZATAN

30 października 1961 r. na arktycznej rosyjskiej wyspie Nowa Ziemia zdetonowano najpotężniejszą w historii bombę atomową. Ważyła 27 ton, miała moc 58 megaton (odpowiednik 58 mln ton trotylu), grzyb atomowy o średnicy 30 km uniósł się na wysokość 60 km i był widoczny z odległości 800 km. Fala uderzeniowa trzykrotnie okrążyła Ziemię (bomba zrzucona na Hiroszimę miała moc 0,015 megatony). Test ten był częścią radzieckiego programu jądrowego, zakładającego budowę pocisków tak potężnych, że nawet jeden mógłby rzucić przeciwnika na kolana. Do ich przenoszenia skonstruowano olbrzymią rakietę RS-20, nazywaną przez Amerykanów „Szatanem”. Żaden z istniejących systemów antyrakietowych nie był w stanie jej powstrzymać. Gdy moc przenoszonych przez nią głowic zwiększono do 150 megaton, analitycy Pentagonu stwierdzili, że „wystarczy 20 rosyjskich »Szatanów« by cofnąć Stany Zjednoczone do epoki kamienia łupanego”.

WYRWA OZONOWA

 


„Skutki zdetonowania w krótkim czasie 50 niedużych ładunków atomowych byłyby dużo poważniejsze, niż dotychczas sądzono, i dotknęłyby wszystkich” – oświadczył na łamach magazynu „Proceedings of the National Academy of Science” prof. Michael Mills.

Kierowany przez niego zespół naukowców dokonał na początku br. symulacji komputerowej eksplozji 50 bomb o mocy podobnej do bomby zrzuconej na Hiroszimę. Okazało się, że równie groźny jak promieniowanie byłby dym z gigantycznych pożarów. Z obliczeń wynika, że do górnych warstw atmosfery i stratosfery uniosłoby się 5 mln ton gorącej sadzy, która rozgrzałaby znajdujące się tam gazy, co z kolei doprowadziłoby do nienaturalnych reakcji chemicznych. Najgroźniejsze byłoby wiązanie się tlenków azotu z tlenem i w konsekwencji katastrofalny spadek ilości ozonu. Wywołująca dziś tyle niepokoju dziura ozonowa zmieniłaby się w gigantyczną wyrwę; według prof. Millsa nad półkulą, na której doszłoby do wybuchów jądrowych, ubytek sięgałby 50–70%.

Zniszczenie powłoki ozonowej oznaczałoby, że znika najważniejsza naturalna ochrona przed docierającym na Ziemię ze Słońca promieniowaniem ultrafioletowym. Jego nadmiar wywołuje u ludzi zmiany nowotworowe, zwłaszcza raka skóry, a u wszystkich organizmów żywych uszkodzenia DNA i mutacje genetyczne. Skutki są tym groźniejsze, im dłużej trwa kontakt z promieniami UV. „Z naszych symulacji wynika, że drastyczny niedobór ozonu utrzymywałby się przez pięć lat, a powrót do obecnego poziomu nastąpiłby po kolejnych pięciu” – wyjaśniał prof. Mills. Ale jego obliczenia odnoszą się tylko do ataku terrorystycznego z użyciem kilkudziesięciu małych ładunków nuklearnych. Inna byłaby sytuacja w przypadku światowego konfliktu atomowego, podczas którego wybuchłyby tysiące bomb – zmiana stężenia ozonu w atmosferze byłaby jednym z najmniej istotnych skutków takiej wojny.

CZARNY SCENARIUSZ CIA

Co kilka lat CIA przedstawia prognozy rozwoju wydarzeń na świecie w bliższej i dalszej przyszłości. Najnowszy raport sięga roku 2020 i zawiera cztery scenariusze, w tym jeden „czarny”. Jak zapewniają autorzy, nie jest to science fiction, lecz analiza sporządzona na podstawie materiałów wywiadowczych i opinii ekspertów z USA i zagranicy. Główne założenia czarnego scenariusza CIA wyglądają następująco: na Bliskim lub Środkowym Wschodzie pojawia się charyzmatyczny przywódca, który wzorem imama Chomeiniego wzywa muzułmanów do rewolucji islamskiej.

Apel zostaje podchwycony przez fundamentalistów, terrorystów i biedotę, cały region – od północnej Afryki po Pakistan i Indonezję pogrąża się w chaosie. Walczą wszyscy ze wszystkimi, wojsko bezskutecznie próbuje pacyfikować rebelie, codziennie padają tysiące ofiar, nikt nie jest pewny, czy dożyje następnego dnia. Przerażeni ludzie jedyną nadzieję na opanowanie chaosu widzą w człowieku, który poderwał ich do walki.Jego autorytet nieustannie rośnie i przywódca religijny staje się jednocześnie przywódcą duchowym. Po zwycięstwie rewolucji w kilku krajach ogłasza ustanowienie obejmującego cały świat kalifatu – religijnego superpaństwa. Zachód patrzy na to z niepokojem, ale arabiści i znawcy islamu uspokajają, że próby jednoczenia muzułmanów podejmowano już wielokrotnie i zawsze kończyły się niepowodzeniem. Miny im rzedną, gdy podczas igrzysk olimpijskich sportowcy z krajów islamskich ostentacyjnie odrzucają flagi narodowe i występują pod wspólnym sztandarem kalifatu. Wymowa propagandowa gestu jest tak potężna, że śladem olimpijczyków idą politycy i islamskie mocarstwo staje się faktem. Opornych, tak jak po rewolucji w Iranie, terroryzuje się i likwiduje.Kalifat przejmuje kontrolę nad kluczowymi zasobami ropy. Jej ceny gwałtownie rosną, co prowadzi do ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego. Wszędzie wybuchają rozruchy i bunty, w wielu krajach władzę przejmują lewicowi lub prawicowi ekstremiści. Polityka międzynarodowa staje się całkowicie nieprzewidywalna. Zaniepokojone Stany Zjednoczone decydują się na interwencję zbrojną w celu odzyskania kontroli nad źródłami ropy, ale okazuje się, że kalifat, w skład którego wchodzą m.in. Iran i Pakistan, dysponuje już znacznym potencjałem jądrowym oraz bronią chemiczną i biologiczną. Po pierwszych amerykańskich nalotach na odwrót jest już za późno…

RYZYKOWNA GRA

Ponura wizja nie musi się oczywiście spełnić, ale jak zauważa brytyjski politolog i filozof John Gray, autor książki „Al Kaida i korzenie nowoczesności”, dzisiejsza sytuacja pod wieloma względami przypomina tzw. Wielką Grę, którą prowadziły europejskie mocarstwa przed I wojną światową. Celem jest zapewnienie sobie dostępu do źródeł ropy oraz – co dostrzega się rzadziej – zasobów słodkiej wody.Gwałtowny rozwój Chin i Indii sprawia, że popyt na te surowce rośnie w zastraszającym tempie, a ich zasoby pozostają niezmienne. Władze obu wschodzących mocarstw nie mogą już ani zwolnić tempa, ani zmienić kierunku zmian bez narażenia się na wybuch niezadowolenia społeczeństw, które poczuły ducha konsumpcjonizmu i chcą się dalej bogacić. Ustanawiane niemal codziennie rekordy cen ropy to najbardziej zauważalny efekt tych dążeń.

DECYDUJĄ KOMPUTERY

Po wystrzeleniu rakiet balistycznych z głowicami atomowymi strona zaatakowana ma na podjęcie decyzji o kontruderzeniu ok. 5 minut. W takim czasie człowiek nie jest w stanie przeanalizować informacji przekazywanych przez satelity szpiegowskie i radary, musi więc zaufać komputerom. Niezbędne obliczenia zazwyczaj wykonują dwa urządzenia, w razie uzyskania różnych wyników automatycznie włącza się trzeci komputer, tzw. rozjemca. Jego rozwiązanie uznaje się już za ostateczne i na tej podstawie przywódca państwa wydaje rozkaz o odpaleniu własnych rakiet. Jeśli również są uzbrojone w broń jądrową, potwierdza go, wprowadzając do systemu centralnego sterowania zakodowane i znane tylko jemu hasło. Od tego momentu sytuacja staje się nieodwracalna. Pociski samosterujące mają zapisany w pamięci komputera tor lotu i porównują go z warunkami otoczenia. Dla ochrony przed próbą zmiany trajektorii przez przeciwnika nie odbierają już innych sygnałów z zewnątrz, nie można ich więc zawrócić. Dr Bruce Blair, analityk Pentagonu, ujawnił, że jeszcze w czasach ZSRR Rosjanie skonstruowali całkowicie skomputeryzowany system, pozwalający na odpalenie rakiet bez udziału człowieka.

 

Dzisiejsza Wielka Gra nie jest już tylko rozgrywką europejsko-amerykańską, włączają się do niej nowi potężni uczestnicy, co nadaje jej charakter ogólnoświatowy. Wyniku nie sposób przewidzieć, pewne jest jedno – rywalizacja będzie nie mniej zawzięta niż na początku XX wieku, a próba przejęcia pełnej kontroli nad strategicznymi złożami ropy przez jedną ze stron może doprowadzić do podobnych skutków. Wówczas też nikt nie przewidywał, że konflikt ogarnie niemal cały świat. Żołnierze wyruszający latem 1914 roku na front byli pewni, że na Boże Narodzenie wrócą do domu. 8,5 miliona nie powróciło nigdy. Użyto wszelkich dostępnych rodzajów broni, łącznie z chemiczną. W drugiej wojnie światowej sięgnięto już po bombę atomową, trudno przypuszczać, by w trzeciej miało być inaczej.

W 1984 roku Narodowa Akademia Nauk USA opublikowała raport na temat skutków konfliktu, podczas którego zdetonowano 5–10 tys. głowic i bomb atomowych. Kilka miesięcy później podobne studium opracowali Rosjanie. Obie analizy nie różniły się zbytnio od siebie, późniejsze symulacje komputerowe również je potwierdziły.

Wyobraźmy, więc sobie, że „czarny scenariusz” CIA rozwija się dalej, dochodzi do wybuchu wojny i któraś z przypartych do muru stron decyduje się użyć ostatecznego argumentu, czyli broni jądrowej. W odpowiedzi dostaje również cios atomowy, sytuacja wymyka się spod kontroli, do walki włączają się inne kraje i faktycznie eksploduje kilka tysięcy bomb.

WIELKIE ZLODOWACENIE


Od ognia, podmuchu i promieniowania natychmiast ginie 1–1,5 miliarda ludzi. Drugie tyle doznaje poparzeń i ran. Znajdujące się w dużych miastach szpitale leżą w ruinach, lekarze nie żyją, więc nie ma komu ratować tej gigantycznej rzeszy poszkodowanych. Udręczeni ludzie stopniowo umierają, liczba ofiar śmiertelnych sięga 2–3 miliardów. Na ziemię opadają cząsteczki radioaktywnego pyłu, potęgując skażenie całej powierzchni planety. Ku niebu wzbijają się miliony ton dymu i sadzy z niedających się ugasić pożarów. Ta chmura blokuje dopływ światła słonecznego. Ziemię spowijają ciemności, systematycznie obniża się temperatura.

Astronom Carl Sagan na podstawie analizy skutków gigantycznych burz pyłowych na Marsie oszacował ten spadek na co najmniej 30°C. Inni naukowcy, w tym ojciec bomby wodorowej Edward Teller, mówili, że do zimy nuklearnej może, ale nie musi dojść, gdyż nie da się przewidzieć, ile dymu uniesie się do atmosfery i jak te chmury będą się przemieszczały. Pesymiści wieszczyli jeszcze gwałtowniejsze oziębienie, gdyż większość celów potencjalnego ataku znajduje się na terenach ropo i węglonośnych, a rakiety przeznaczone do niszczenia ukrytych pod ziemią wyrzutni i magazynów wbijają się w głąb gruntu i dopiero tam eksplodują. Może to wielokrotnie zwiększyć ilość sadzy i pyłu, powodując spadek temperatury na dużych obszarach Ziemi do minus 30–40°C. W tej strefie nikt nie ma szans na przeżycie.

INNY ŚWIAT


W miarę przejaśniania się horyzontu chłód ustępuje, ale przez zniszczoną powłokę ozonową płyną potężne dawki promieniowania ultrafioletowego. Do nowych warunków najszybciej adaptują się najprostsze organizmy – bakterie, a u skrajnie wycieńczonych ludzi słabnie układ odpornościowy. Tych, którzy przeżyli, dziesiątkują epidemie i infekcje, wysokie dawki promieni UV niszczą rogówkę oczu, z każdym dniem przybywa niewidomych. Kończą się ostatnie zapasy w podziemnych magazynach żywności, wszystko, co przetrwało pożogę na polach, jest skażone i śmiertelnie niebezpieczne. Wybucha masowy głód. Flota rybacka została zniszczona, więc żywności nie można pozyskiwać także z mórz. Chłód, ciemność, rozkładające się ciała padłych zwierząt stwarzają za to znakomite warunki dla insektów; do lawiny nieszczęść dołączają plagi pcheł, karaluchów, wszy... Wypalone lasy nie chronią gleby, która ulega gwałtownemu wypłukiwaniu i erozji, nie asymilują dwutlenku węgla i nie wytwarzają tlenu. Zmienia się skład atmosfery, dawne pola uprawne porasta zdziczała i zmutowana roślinność. Nie ma czym oddychać ani co jeść…

Gdy po kilkunastu latach warunki atmosferyczne i klimatyczne zaczynają powracać do normy, przepowiednia Einsteina: „Nie wiem, jak będzie wyglądała trzecia wojna światowa, ale wiem, że czwarta odbędzie się na kije i maczugi” okazuje się nazbyt optymistyczna, gdyż na Ziemi nie ma już nikogo. Człowiek dołączył do wymarłych gatunków.