Biwak ze śniadaniem, sety didżejskie, warsztaty krawieckie, nauka piłkarskich tricków, romantyczny spacer dla dwojga, oferta skierowana do środowisk lesbijskich, gejowskich, biseksualnych i transpłciowych. Współczesne muzea zabiegają o publiczność, używając podobnych metod jak firmy walczące o nowych klientów. Tak jak marki, muzea pozycjonują się na rynku. Drogi samochód jest dla osób ceniących komfort i styl, czekoladki dla zakochanych, dezodorant dla playboya, a muzeum?
 

Z ZAKUPAMI DO MUZEUM

 
ms2, nowy oddział Muzeum Sztuki w Łodzi, powstał w Manufakturze, największym łódzkim kombinacie komercyjnym, który w roku otwarcia odwiedziło 16 mln osób. ms2 chce uszczknąć kawałek smakowitego tortu, jakim są tłumy kupujących – przecież samo jest jednym ze straganów wielkiego bazaru. Obcować ze sztuką można przy okazji zakupów, wstąpić na wystawę po drodze do sklepu. Skończyły się czasy, kiedy do muzeum należało odświętnie się ubrać. Dziś można się tu pojawić z zakupami.

W łódzkim ms2 dział edukacyjny zamieniono na swoisty dział translacji, który trudny, hermetyczny język teorii sztuki tłumaczy na język klientów tutejszych sklepów. Inaczej informuje o nowej wystawie bywalców filharmonii, inaczej emerytów, a jeszcze innym językiem zwraca się do studentów. Muzeum Historii Żydów Polskich musi pogodzić oczekiwania ludzi starszych, przywiązanych do pamiątek przeszłości, i młodych, których zainteresuje tylko hipernowoczesna ekspozycja.
 
Dzisiejsze muzea bliskie są gwarnym targowiskom. Pełnią rolę miejskiego rynku, który dawniej – oprócz wymiany towarów – służył też wymianie myśli, gdzie nie używano jednego języka, ale mówiono wieloma. Tym celom podporządkowana jest też architektura.

Bryła przyszłego Muzeum Historii Żydów Polskich pomyślana jest tak, aby sama w sobie była atrakcyjna dla zwiedzających. Trzeba być człowiekiem zupełnie pozbawionym ciekawości, żeby nie zajrzeć do szklanego budynku, podzielonego na dwoje szczeliną tektoniczną. „Zastanawiamy się, czy nie zlikwidować ostatniej śluzy, jaka oddziela publiczność i muzeum – kasy biletowej” – mówi Agnieszka Rudzińska z MHŻP. „Ludzie i tak zostawiają swoje pieniądze w kawiarniach, restauracjach, sklepikach i muzealnych księgarniach, może byłoby fair nie sprzedawać im już biletów? Muzeum powinno być tak dostępne, jak centrum handlowe, tyle że gość, zamiast z otwartym portfelem, zapraszany jest do środka z otwartą głową”. Do podobnego wniosku (brak biletów) doszło kierownictwo Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które także ma powstać w Warszawie. Jego kolekcję będzie można oglądać nawet z ulicy, przez szybę. Na razie zalążek ekspozycji widać przez witrynę byłego sklepu meblowego, gdzie stały niegdyś cenniejsze od złota... wersalki. „Muzeum ma być największym budynkiem użyteczności publicznej. Na razie niczego takiego w Warszawie nie ma. Będzie tu można spędzić czas od rana do wieczora, nie tylko oglądając wystawy” – mówi Joanna Mytkowska z MSN.

Architektura współczesnych muzeów staje się źródłem inspiracji do działań artystycznych i społecznych. Hirshhorn Museum w Waszyngtonie to duży, okrągły, betonowy budynek. Specjaliści od budowania świadomości marki zasugerowali, by ten kształt wykorzystać marketingowo. Wymyślili hasło „Art surrounds you” (Sztuka cię otacza), które pojawiło się w mieście na okrągłych przedmiotach, takich jak podkładki pod kufel piwa czy znaki drogowe. Znani artyści stworzyli prace na ten temat, a później w interpretację hasła włączyli się zwiedzający i ci, których hasło z billboardów po prostu zainspirowało. Ktoś przysłał fotografię pętli z leżącego w trawie węża ogrodowego, inny plamę odciśniętą przez talerz na obrusie. Dziś Hirshhorn to jedno z najczęściej odwiedzanych muzeów sztuki w USA, a co ciekawe – aż 80 proc. zwiedzających nigdy nie było w podobnym muzeum ani nie planuje w nim wizyty. Idą, widzą okrągły budynek, chcą zobaczyć, co jest w środku, i wchodzą.

SZTUKA MOBILIZACJI

 


Budynek jest tylko pretekstem, jednym z narzędzi współczesnego muzealnictwa. Tak samo – żeby użyć bliskiego nam porównania – sam stadion nie jest piłką nożną. Tysiące warszawiaków zbierają się na placu, by śpiewać powstańcze pieśni z kartek roznoszonych przez wolontariuszy. Są wśród nich profesorowie, matki z dziećmi, kombatanci i ci, którzy wyskoczyli akurat na piwo. Albo tajemnicze grupy, które pieszo i na rowerach odkrywają zakątki miasta podczas „gier ulicznych” – akcji organizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Większość z tych osób nigdy nie była w samym muzeum, ale za jego pośrednictwem obcuje z historią. „Chcemy opowiedzieć o tożsamości miasta, żeby ludzie, którzy tu pracują, nie traktowali go nomadycznie” – mówi dyrektor MPW Jan Ołdakowski.

Gry uliczne prowadzi też niewybudowane w Warszawie, ale działające Muzeum Historii Polski, które już zgromadziło 55 tys. zwiedzających na wystawie poświęconej XX-leciu międzywojennemu, zorganizowanej w wypożyczonej przestrzeni. Liczył się przede wszystkim klimat tamtych lat, można też było przeglądać zebrane materiały, wsłuchiwać się w przemówienia, oglądać filmy i mapy wyświetlane na panelach dotykowych.

ms2 urządziło wystawę, której autorami byli sąsiedzi muzeum – mieszkańcy okolicznych kamienic i klienci sklepów. Przynosili z domu albo tworzyli rzeczy, które uznali za warte wystawienia. Zaprojektowali plakat wystawy, nakręcili o niej film. „Ta wystawa w jednej przestrzeni mieściła ludzi w jakiś sposób wykluczonych z kultury. Jednych z powodu braku pieniędzy, drugich z ich nadmiaru” – mówi Magda Ludwisiak z ms2. Londyńskie Victoria&Albert Museum wraz z artystką Sue Lawty firmuje projekt Plaża Świata. Okazuje się, że plażowa nuda prowadzi wielu na wyżyny sztuki. Powstają obiekty, mozaiki z kamieni, rzeźby, instalacje. Wystarczy wysłać zdjęcie zrobione podczas tworzenia, potem zdjęcie skończonego obiektu, napisać jeszcze kilka słów, by stać się jednym z twórców projektu. Na mapie świata umieścić własne dzieło.

Przed świętami w Tate Modern (muzeum międzynarodowej sztuki nowoczesnej) w Londynie zorganizowano akcję „Zrób sobie święta”. Zaproszono zwiedzających i artystów, by z gratów zalegających w magazynach stworzyć ozdoby choinkowe. Z jednej strony zaproponowano działanie ekologiczne, ale też same odpady nie były byle jakie – pochodziły z wcześniejszych ekspozycji! Przystrojona choinka stanęła w hallu. Aby ją oświetlić, zwiedzający pedałowali na rowerach, wyposażonych w dynama. Jednocześnie do kamery opowiadali o swoich świątecznych przygodach, wspomnieniach. Dla wielu najważniejszą przygodą świąteczną okazało się... pedałowanie w Tate Modern.

WIDZ WYSTAWCĄ


Francuzi nazywają dzisiejszych spadkobierców XX-wiecznej epoki konsumpcji – „consomacteurs”, tymi, którzy konsumują, ale jednocześnie działają, tworzą. Dlatego taką popularnością cieszą się dziś wszelkie narzędzia umożliwiające dzielenie się twórczością – YouTube, Flickr, Wikipedia. Aby więc propozycja muzeów była interesująca, musi pozostawić dla nas miejsce na jakąś aktywność, bo nie jesteśmy tylko biernymi odbiorcami. Widzieliśmy już prawie wszystko – lądowanie na Księżycu, delfina w brzuchu matki – dlatego patrzenie na pamiątki przeszłości zwyczajnie nas nudzi. Chyba że odnoszą się one do naszej współczesności, wywołują emocje.

Wędrująca wystawa o 1000 lat historii Żydów w Polsce, wykorzystująca współczesny design i media, używa eksponatów w sposób nieoczywisty. Znaczenie przedmiotów, a przez to również opowiadanej przez nie historii, staje się kwestią naszej interpretacji. Wystawa kończy się miejscem, w którym ustawiono miękkie pufy. Czasem przewalają się po nich dzieci, ktoś usiądzie i ziewnie, a inny porozmawia. Te pufy to miejsce dialogu, aktywności właśnie. I nawet jeśli akurat nikt na nich nie siedzi, widać odciśnięty ślad człowieka.

W Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie – jak w każdym muzeum – jest sklepik. Trudno wyobrazić sobie pamiątkę po Zagładzie, którą chcielibyśmy mieć w domu. Tymczasem na półce siedzi miś w szlafroku. To miś z historią: „Należałem do Sary, która urodziła się w Polsce, jej tata zginął podczas wojny, a Sara z mamą ukrywały się. Musiały zmienić imiona. Na szczęście byli ludzie, którzy pomogli im przeżyć. Kiedy wyruszały do USA, mama kupiła córce misia. Sara nazwała go »Uchodźca« i na statku opowiedziała mu wszystko, co spotkało ją podczas wojny. Dziś Sara jest lekarką, a ja chciałbym tak, jak ten pierwszy Uchodźca, przynieść komuś ulgę i ukojenie”.

Specjaliści twierdzą, że dobrą historię można opowiedzieć podczas jazdy windą. Jeżeli historia jest zagmatwana, trudno streścić ją nawet w windzie drapacza chmur, to znaczy, że jest o wszystkim i o niczym zarazem. Takie proste historie opowiadają dobre muzea: Muzeum Powstania Warszawskiego to tak naprawdę muzeum patriotyzmu, również tego lokalnego, Muzeum Sztuki Nowoczesnej – jest o współczesnej sztuce naszej części Europy, Muzeum Historii Żydów – o współistnieniu na jednym obszarze Ziemi. Londyńska Tate proponuje sztukę dostępną dla każdego, a V&A – światowy design. Muzea tworzą własne marki, z których później czerpią korzyści. Wiele muzeów sprzedaje swoje licencje. Jednym z nich jest Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Jeżeli ktoś chce wyprodukować zabawkę zainspirowaną naturą, np. sterowaną radiem tarantulę – może zgłosić swój projekt do ekspertyzy naukowców pracujących w muzeum. Zbadają, czy zabawka zgodna jest z pierwowzorem i można ją firmować nazwą muzeum. Sukcesem okazał się też tort T-Rex z logo muzeum, sprzedawany w supermarketach.

Imprezę Art After Dark (sztuka po zmierzchu) organizuje co piątek Muzeum Guggenheima w Bilbao (kto słyszał o Bilbao, zanim wybudowano tam muzeum?). Do dzieł sztuki współczesnej grają znani didżeje. O 24.00 zaczyna się impreza tylko dla dorosłych – Pink Fever – łącząca muzykę, sztuki wizualne i teatr. Dzieci mogą uczestniczyć w sobotnich warsztatach, podczas których przez sztukę uczą się szanować pracę.

Do Muzeum Nauki w Londynie warto przynieść śpiwór i szczoteczkę do zębów. Wieczorne warsztaty dla młodych wynalazców kończy noc w muzeum – śpi się na polowych łóżkach pośród eksponatów. V&A Muzeum oprócz dyskotek organizuje pokazy „Moda w ruchu”. Modelki przechadzają się wśród kolekcji, a widzowie podążają za nimi. Czasem modele pełnią rolę eksponatów, które ogląda się w muzealnych salach. W latach 60. podobne pokazy organizowało łódzkie Muzeum Sztuki, które teraz wraca do życia i staje się atrakcją, dla której warto odwiedzić miasto.

TROPEM KODU LEONARDA


Tezę, że kultura wyższa może czasem flirtować z niższą, udowodniło Museo National de Antropologia w Meksyku, które serwuje najlepszą czekoladę z chili w mieście. Są ludzie, którzy nie lubią muzeów, ale nie ma takich, którzy nie lubiliby czekolady.

Pracownicy paryskiego Luwru długo debatowali, czy udostępnić sale do kręcenia filmu „Kod Leonarda da Vinci”. Intelektualne treści niesione przez film nie pasowały do linii i marki muzeum. W końcu do kasy Luwru wpłynął milion euro za dwa tygodnie zdjęciowe. 400 osób zapłaciło po 600 euro za pokaz filmu z nocną wizytą w muzeum. 50 tys. płacono za wynajęcie sali projekcyjnej. Muzeum przeznaczyło zyski na zakup malarstwa włoskiego i wystawy na przedmieściach Paryża. Wycieczki śladami Kodu Leonarda wciąż cieszą się wielką popularnością. Pracownicy muzeum nie wypowiadają się na temat książki, starają się tylko rozwiewać plotki.

Brede Werk to muzeum urządzone w największym duńskim zakładzie przemysłowym z początku XIX w. Kto widział nasze, łódzkie muzeum włókiennictwa, ten nigdy w życiu nie wybrałby się do tego pod Kopenhagą. Ale kto widział wideoklip reklamujący Brede Werk w takt industrialnego rocka, ten zastanowi się nad spacerem po zakamarkach rewolucji przemysłowej, gdzie szukać należy źródeł współczesnej konsumpcji.