Odbywający triumfalną podróż po Polsce francuski prezydent generał Charles de Gaulle 9 września 1967 roku zajechał przed zabrzański Dom Muzyki i Tańca. Nikt nie spodziewał się, że przemówienie wygłoszone w tym mieście, które jeszcze w latach 20. zeszłego wieku było wsią, odciśnie swoje piętno w polityce. A jednak zdanie: „Niech żyje Zabrze – najbardziej śląskie z miast śląskich, a zatem najbardziej polskie z miast polskich!” – takiego znaczenia nabrało. Wypowiadając je, de Gaulle doskonale bowiem wiedział, że po plebiscycie z 20 marca 1921 r. miasto zostało podzielone między Republikę Weimarską i Polskę. Wiedział, bo w randze kapitana służył wtedy w siedmiotysięcznych wojskach okupacyjnych skierowanych na Śląsk przez Radę Najwyższą Konferencji Pokojowej. Wiedział też, że Niemcy nie pogodzili się z utratą nie tylko Zabrza, ale całego Górnego Śląska.

Bieruński sztab

W czasie plebiscytowej gorączki Francuzi stacjonowali między innymi w Bieruniu, miejscowości nad Wisłą i na granicy województw małopolskiego i śląskiego. Niecałe pół wieku później de Gaulle znowu się tutaj pojawił. Organizatorzy wizyty dołożyli wszelkich starań, żeby generał wrócił do kapitańskich czasów. W gospodzie, gdzie kiedyś mieszkał, odtworzono jego oficerski pokój. De Gaulle wszedł i zaczęła się rozmowa. „Wspominał śląskie potrawy, które jadał w gospodzie, tańce, pewną młodziutką kelnerkę… Po 47 latach gospodarze odnaleźli dziewczynę, dla miejscowych »babcię Barowową«. Kazali jej się przystroić w ludowy strój i przywitać gościa. Generał de Gaulle pamiętał ładną śląską dziołchę, a tu zjawiła się obfita kobita w śląskim stroju i zaczęła z nim rozmawiać łamaną francuszczyzną. W artykule dla »Dziennika Polskiego« z 1967 roku wspominała: »W restauracji Chadamickich często odbywały się zabawy (...). Przychodzili na nie również Francuzi (...). Może raz, może dwa razy z grupą oficerów przyszedł kapitan de Gaulle, który popijając wino, z zainteresowaniem przyglądał się tańcom. (…) Wysoki kapitan przyszedł, skłonił się szarmancko i ruszyliśmy w tany. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że kiedyś zostanie on sławnym mężem stanu. Jeśli zapamiętałam dobrze ten taniec, to dlatego, że sięgałam swemu partnerowi zaledwie do pasa«. Oboje byli wzruszeni. Generał poprosił, byśmy zostawili go ze znajomą sprzed lat, ich rozmowa trwała ponad siedemdziesiąt minut!” – opowiada Franciszek Wszołek, były minister górnictwa i energetyki w czasach PRL, a w 1967 roku dyrektor kopalni „Wujek”. Człowiek, który znalazł sposób, by uniknąć międzynarodowego skandalu i sprawić, że prezydent Francji zachowa z Polski tylko dobre wspomnienia. A poszło o łóżko.

Sprawa narodowa

 

Wszołek jako ówcześnie znacząca postać na Śląsku znalazł się w komitecie organizacyjnym wizyty francuskiego prezydenta. Przede wszystkim dlatego, że w planach były odwiedziny i przemówienie generała w „Wujku”. „Odbyło się kilkanaście narad, na każdym posiedzeniu program wizyty się zmieniał. Początkowo najważniejszym punktem programu były Katowice, ale po konsultacji z Ambasadą Francji w Warszawie główne przemówienie przeniesiono do Zabrza. Wizyta w kopalni »Wujek« odpadła, a ja dostałem nowe zadanie: zorganizowanie noclegu generała w Katowicach, w willi reprezentacyjnej Ministerstwa Górnictwa i Energetyki przy obecnym placu Korfantego” – wspomina Wszołek po latach atmosferę tamtych dni. Dokładnie pamięta, że przez trzy dni trwały prace przy „małym remoncie” willi, w rzeczywistości – remont był całkiem poważny. Malowanie, wymiana wykładzin, nowa kuchnia, wszystko oczywiście pod ścisłym nadzorem oficerów Urzędu Bezpieczeństwa. „Szczególnie dużo uwagi poświęcono oświetleniu, jakieś specjalne grupy z Warszawy majstrowały przy lampach nadzwyczaj pracowicie. Krążyły plotki, że cały budynek naszpikowano »pluskwami«” – opowiada Wszołek. Dodaje, że od tego remontu nie organizowano nigdy więcej w tej willi oficjalnych przyjęć czy zakrapianych libacji, lokowano tam jedynie delegacje radzieckie albo te z innych zaprzyjaźnionych krajów „demoludu”.

Kiedy w willi farba wyschła, tajniacy zrobili swoje ustawiono nowe meble – francuska ambasada miała odebrać obiekt. Planowano, że generał de Gaulle spędzi w willi dwie godziny następnego dnia, a wieczorem wróci na nocleg. I tutaj zaczęły się prawdziwe schody. Charles de Gaulle był nie tylko wielkim politykiem, lecz także bardzo wysokim mężczyzną. Mierzył 196 centymetrów. Okazało się, że w ferworze przygotowań o tym wcale nie tak drobnym fakcie zapomniano. Pamiętali za to doskonale agenci osobistej ochrony prezydenta. „Wszystko się podobało, ale gdy weszli do sypialni i zmierzyli łóżko, okazało się, że ma 210 cm. Dla generała de Gaulle'a potrzebne było łóżko długości minimum 240 cm! Zrobiło się nerwowo. Był wieczór, a do rana łóżko musiało być wymienione” – opowiada emerytowany minister. Natychmiast ogłoszono alarm we wszystkich sklepach meblowych na Śląsku. Oficerowie UB samochodami na sygnale ściągali kierowników sklepów, ale łóżka długości 240 cm nie udało się wytropić. „UB mnie postraszyło, że jak do rana nie znajdę właściwego łóżka, to mnie zamkną. Załamany pojechałem do biura w kopalni, wezwałem do siebie kierownika stolarni, był już późny wieczór. Nasz stolarz zapewnił, że da radę przedłużyć łóżko, i od razu wziął się do roboty. Była jeszcze kwestia materaca, pościeli, ale żona stolarza i jej sąsiadki w tym czasie już zabierały się do wydłużania materaca i szycia nowego prześcieradła i pierzyny. O spaniu oczywiście nikt z nas nie myślał. O szóstej rano nowe łóżko w rozmiarze generalskim było gotowe” – wspomina Wszołek, uśmiechając się, chociaż czterdzieści cztery lata temu miny nie miał zbyt tęgiej.

Tylko wspomnienie

Obiektów pamiętających wizytę de Gaulle’a prezydenta zachowało się wciąż wiele. Funkcjonuje oczywiście Dom Muzyki i Tańca, stoi willa. Niestety tych z czasów de Gaulle’a kapitana jest już znacznie mniej. Dzisiaj dawna karczma nazywa się „Bar Przystań”. Pokoiku i pamiątek po generale Charles'u de Gaulle'u już nie ma, on i jego rówieśnicy odeszli, ale to miejsce pozostaje „Degolówką”. „Wizyta zawsze będzie mi się kojarzyła z za krótkim łóżkiem, od którego zależała moja przyszłość. To była sprawa rangi państwowej. Kopalniany stolarz, jego żona i sąsiadki uratowały honor Polski Ludowej, nie wspominając o mojej głowie. Wszyscy potem dostali wysokie nagrody, za które – jak mówiono – można było kupić po dziesięć łóżek, ale niech tam! Zasłużyli!” – śmieje się leciwy pan. Czy prezydent Francji wiedział o tych wszystkich przygodach z łóżkiem, nie wiadomo. Na pewno spał owej nocy w Katowicach lepiej niż Franciszek Wszołek.