- Po kwarantannie obserwuję prawdziwy „wysyp” problemów z otyłością u coraz młodszych pacjentów. Jej cichym towarzyszem często jest nadciśnienie. Dzieci pokutują za błędy żywieniowe rodziców  – zauważa Monika Stromkie-Złomaniec, prowadząca poradnię Z kaloriami na pieńku. Choć wyniki narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców (KANTAR) wskazują, że w czasie lockdownu wzrosła sprzedaż owoców i warzyw, nie znajduje to odzwierciedlenia w wynikach badań najmłodszych pacjentów. Czas zacząć bić na alarm?

Co trzeci Polak choruje na nadciśnienie tętnicze. W skali kraju daje to 10 milionów osób. Na naszych oczach i w naszych kuchniach nadciśnienie staje się chorobą cywilizacyjną. Do lamusa odchodzą czasy, gdy brano je za problem ludzi starszych. Teraz cichcem przymierza się również do najmłodszych pacjentów – coraz częściej borykających się z otyłością.

Czy to więc pora, by wreszcie otrząsnąć się z marazmu i w walce z nadciśnieniem wyciągnąć broń większego kalibru? Tak – bo chyba nigdy wcześniej wyniki badań nie były tak alarmujące.

Słodycze, stres, wysoce przetworzone produkty, brak ruchu (nie, to nie opis kwarantannowej rzeczywistości, choć dla nadciśnienia była ona prawdziwym El Dorado)… Te żywieniowe niewybuchy trzeba zdetonować w dietach Polaków, nie tylko tych najmłodszych – złe nawyki nabrane w dzieciństwie, są kulą u nogi w późniejszym życiu, przyczyniając się do powstania nadciśnienia pierwotnego. Inaczej rzecz ma się z nadciśnieniem wtórnym, bo na nie pacjenci nie mają bezpośrednio wpływu, jako że zwykle pojawia się w efekcie jakiejś innej choroby (np. schorzenia nerek, zaburzeń hormonalnych). To jednak to pierwsze zbiera teraz, po lockdownie, pokłosie wśród najmłodszych.

By wykryć nadciśnienie, potrzebujemy przeprowadzić co najmniej dwa lub trzy badania, z których każde powinno dać wynik wyższy niż 140/90 mm Hg – wyjaśnia Monika Stromkie-Złomaniec, dietetyk kliniczny z wieloletnim doświadczeniem. Jedno badanie nadciśnienia nie czyni – już sam strach przed „białym fartuchem” może przyprawić pacjenta o szybsze bicie serca i tym samym przekłamać jego wyniki.

Zresztą, to nie jedyna perfidna zagrywka, do jakiej ucieka się nadciśnienie. Nie dość, że z łatwością udaje mu się  podszyć pod zwykły stres, nerwowość lub zmęczenie, to jeszcze u młodszych może sobie naprawdę pofolgować – jest cichym, zagadkowym przeciwnikiem i do tego, jak przypuszcza Monika Stromkie-Złomaniec, z rzadka diagnozowanym. Badanie ciśnienia u dorosłego pacjenta jest wśród internistów względną normą. Inaczej wygląda to u dzieci. Sprawdzenie im ciśnienia podczas wizyty lekarskiej nie jest już taką „oczywistą oczywistością”. Chorobę zdradzają dopiero wyraźne objawy, jak bóle głowy, zaczerwienienie na twarzy niewspółmierne z podejmowaną aktywnością fizyczną, chroniczne zmęczenie.

Na linii frontu nadciśnienie często zjawia się razem z podwyższonym cholesterolem (znowu – zwłaszcza u starszych). To ono jest pierwszym, łatwym do zauważenia przeciwnikiem, który dietetycy biorą na cel. Samo nadciśnienie, jak sugeruje Monika Stromkie-Złomaniec, częściej można wykryć u osób dwudziesto- lub trzydziestoparoletnich.  I jakie jest, nie każdy widzi – bo masywna budowa i wysokie BMI wcale nie świadczą o chorobie. Otyłość? Jasne, to już jakaś poszlaka, ale nadciśnienie nie dołącza do niej „z marszu”, lecz po jakimś czasie. Chorobę łatwo zdradzić może dopiero genetyka, czyli przypadki nadciśnienia wśród innych członków rodziny.

- Ostatnio przyszła do mnie mama z kilkuletnią dziewczynką. Mama – bardzo chce, by dziecko zrzuciło parę kilogramów i było zdrowsze. Córka – nie pała do pomysłu zmiany diety entuzjazmem, ale czuje, że trzeba coś zmienić. Są na jednym wspólnym froncie, dzięki czemu nasza współpraca układa się lepiej. Łatwiej jest wprowadzać zmiany. To jednak wyjątek, bo zwykle trzeba pracować nad całą rodziną, a rodzice nie chcą sami stosować się do nowych zaleceń dietetycznych. To dziecko ma przechodzić rewolucję, oni dają sobie zielone światło na kontynuowanie dawnego stylu życia. Na dłuższą metę tak się nie da – nakreśla problem Monika Stromkie-Złomaniec.

- Widzę przede wszystkim błędy rodziców i ich przyzwolenie na kiepską dietę – wyjaśnia. I dodaje: Niedawno pojawiła się u mnie mama z dziesięciolatkiem. Siadamy do analizowania tego, co jadł wcześniej. I co się okazuje? Pokutują błędy wychowawcze. Bo zawczasu dziecko nie odkryło różnych smaków i wykształciło swoje preferencje żywieniowe skupiające się na słodkich płatkach śniadaniowych i frytkach. Rozumiem, że mama chciała być miła, dobra i wspaniała, ale skończyło się na tym, że dziecko trudno przekonać do jakiejkolwiek zmiany diety, bo on na tych paru daniach i na ograniczonych składnikach wychowywał się przez niemal całe swoje dotychczasowe życie.

Czas chyba, by dorośli powiedzieli: nostra culpa. Nasza wina. Grzech ciężki? Niedbanie o to, by w okresie kluczowym, tj. między 6 miesiącem a 2-3 rokiem życia dziecka, wprowadzić zróżnicowaną dietę. Grzech powszedni? Wprowadzanie potomkowi dietetycznych zakazów i nakazów, podczas gdy samemu kontynuuje się stare, niekoniecznie zdrowe przyzwyczajenia. - Jak dziecko ma mieć jakąkolwiek motywację jeśli inni domownicy piją przy nim słodkie napoje, a ono słyszy „ty masz wodę, tobie pani dietetyk zabroniła”? –  komentuje Monika Stromkie-Złomaniec.

Rodzice muszą być wzorcem, nie zastąpią ich media społecznościowe, choć coachów zdrowego jedzenia na nich nie brakuje. Kiedy dziecko staje się świadome błędów żywieniowych rodziców i chce iść tropem influencerów, często wybiera najprostsze dla siebie możliwe rozwiązanie – niejedzenie. Bo nie chce mieć takich posiłków, jak rodzice, a przy tym samo jeszcze nie jest w stanie robić sobie zakupów, szykować posiłków, gotować.

Przed kwarantanną problem coraz częstszych przypadków otyłości wśród dzieci osiągnął status quo. - Od czerwca, czyli od czasu powrotu do kliniki, obserwuję prawdziwy „wysyp” problemów z otyłością u coraz młodszych pacjentów – ostrzega jednak nasza rozmówczyni – często ma cichego towarzysza, nadciśnienie, choć je trudno zdiagnozować u dzieci. Najmłodszym z reguły nie podaje się owoców i warzyw jako przekąski. Na stole w domu leżeć będą częściej słodycze niż, dajmy na to, borówki czy maliny (preferowane przez młodszych, bo nie wymagają tyle „zachodu” co obranie jabłka czy pomarańczy). Dodajmy do tego ograniczony ruch i konsumpcję poczynionych w strachu zapasów w postaci wysoko przetworzonej żywności.

Taki obraz nieco kłóci się  z tym, na co wskazywałyby wyniki z pierwszego półrocza trwających narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców realizowanych przez KANTAR. W kwietniu i w maju (czyli podczas lockdownu) pojawiła się wyraźna tendencja wzrostowa dla kupowania owoców i warzyw.  Można by pomyśleć, że mieliśmy więcej czasu na przygotowywanie wspólnych posiłków i na dbanie o różnorodność na talerzu – wszak pośpiech przestał być już wymówką. Czy na pewno? Jak zauważa Stromkie-Złomaniec: - Nie przeanalizowaliśmy jeszcze tego, jak duże było wówczas marnowanie żywności. Czy kwestia kupowania łączy się ze spożywaniem? Nie do końca możemy interpretować te wyniki w sposób jednoznaczny. „Skoro kupił, to zjadł” – a może „Kupił, bo wszyscy kupowali… I wyrzucił?”.