Tego, że w oznaczonym numerem 41 apartamencie domu przy Stifstrasse zdarzyć się mogło coś złego, domyśliła się sprzątaczka. Zdziwiło ją piskliwe szczekanie psa za drzwiami i torba z pieczywem zawieszona na klamce. Po chwili wahania sprzątaczka zapukała do drzwi.

Raz, drugi, i nic. Potem zadzwoniła na policję. Było popołudnie 1 listopada 1957 r. Policja w osobach komisarzy Heintza Möllera i Heinza Gouvernatora w domu przy Stifistrasse zjawiła się ok. 16.30. Od razu uderzyło ich panujące w mieszkaniu ciepło. Okazało się, że grzejniki nastawione były na pełną moc. Zwłoki lokatorki znaleźli w większym z dwóch pokoi apartamentu. Ułożone były w bardzo dziwnej pozycji. Kobieta miała nogi na tapczanie, pozostała część ciała spoczywała na podłodze pokrytej drogim dywanem w orientalne wzory. Dywan, meble, a nawet biała słuchawka telefonu poplamione były krwią. Kobieta została zamordowana dwa czy nawet trzy dni wcześniej. Wezwano lekarza i ekipę śledczą.

RODOWÓD PRAWIE ARYSTOKRATYCZNY

Tożsamość ofiary policjanci ustalili łatwo. Rosemarie, a właściwie Marie Rosalie Auguste Nitribitt, urodziła się w 1933 r. Ojca nie znała, matka była sprzątaczką w Düsseldorfie. Ponieważ miała już troje nieślubnych dzieci, faszystowscy urzędnicy uważali ją za prostytutkę. Co jakiś czas zamykali w więzieniu, a wtedy Rosemarie z siostrami trafiała do ochronki lub do rodziny zastępczej.

W 1944 r., podczas jednego z takich pobytów, została zgwałcona. Odtąd zaczęła sprawiać trudności wychowawcze. Urzędnicy szybko znaleźli wytłumaczenie dla zmiany w jej zachowaniu. W aktach napisali, że powodem było „przybycie oddziałów okupacyjnych”. Sprawcy gwałtu na 11-letniej dziewczynce nikt nie ścigał. Tuż po zakończeniu wojny dziewczyna zaprzyjaźniła się z dwiema prostytutkami, które od czasu do czasu użyczały ją francuskim żołnierzom. Rosemarie z satysfakcją stwierdziła, że jest w stanie zarabiać tak na życie, ale urzędnicy nie zostawili jej w spokoju. Rozpoznali u niej „oznaki niedorozwoju”, twierdzili, że jest „bezczelna i wyzywająca”, i wysyłali ją do kolejnych zakładów wychowawczych, z których Rosemarie regularnie uciekała. Tak miało być do chwili osiągnięcia przez nią pełnoletności (czyli do 21. roku życia), ale dziewczyna dowiodła, że potrafi sobie radzić. Zatrudniła adwokata, który wystarał się dla niej o wcześniejsze „prawo do dorosłości”. Odtąd Rosemarie mogła decydować sama o sobie.

Na początek wynajęła niewielką kwaterę w centrum Frankfurtu i choć oficjalnie pracowała jako modystka, to jednak już wtedy miała kilku stałych klientów. Przeważnie byli to mężczyźni, chociaż zdarzało się, że sypiała i z kobietami. W środowisku „czerwonych latarni” znano ją jako „Rebeccę” lub też „hrabinę Maritzę”. Powodziło się jej całkiem dobrze, aż do 29 października 1957 r. To właśnie tego dnia około godziny 16.30 została zamordowana. Tak przynajmniej orzekli lekarze.

Na podstawie sekcji zwłok stwierdzono, że kobieta została uduszona, wcześniej jednak morderca szarpał się z nią i stąd wzięły się na jej ciele sińce, zadrapania i długa na trzy centymetry rana z tyłu głowy. Nieznany był motyw zabójstwa. Mimo że w mieszkaniu znaleziono biżuterię, brylanty, drogie futra i ok. 1000 marek gotówki, nie można było wykluczyć zbrodni na tle rabunkowym.

Inne powody popełnienia morderstwa też były możliwe. W grę wchodziła nawet zbrodnia polityczna, ponieważ do klientów Rosemarie Nitribitt należało kilku prominentnych ludzi w Niemczech. W dwóch notesach z 1956 i 1957 r. znaleziono nie tylko zaszyfrowane informacje o zarabianych przez nią sumach, ale też nazwiska i numery telefonów paru znanych osób. Poza tym były zdjęcia, na których rozpoznano kilku przemysłowców i wysokich rangą urzędników państwowych, oraz… magnetofon ukryty w szufladzie stolika, który stał opodal łóżka.

Na początek policja przesłuchała kilku sąsiadów kobiety, ale ci wiedzieli niewiele. Równie bezowocny był wywiad przeprowadzony wśród frankfurckich „dam do towarzystwa”. Od nich policja dowiedziała się tylko tego, że Rosemarie Nitribitt nie cieszyła się sympatią wśród koleżanek po fachu, nie lubili jej też miejscowi sutenerzy. Uważali, że Rosemarie była wyniosła i zarozumiała. Kłuła ich też w oczy swoją limuzyną marki Mercedes, którą jeździła po ulicach Frankfurtu. Ba – nosiła kapelusz... dobrany pod kolor auta!

Policja nigdy nie ujawniła pełnego grona klientów panny Nitribitt, zapewniała jednak, że nie było wśród nich nikogo znaczącego. Nie była to prawda. W trakcie śledztwa takich nazwisk pojawiło się kilka, a jednym z nich był Harald von Bohlen und Halbach, potomek i dziedzic fortuny Kruppów. O jego związkach z zamordowaną policja dowiedziała się dzięki znalezionej w mieszkaniu ofiary butelce wina Beaujolais. Posiadała ona znak rodzinnych piwnic Kruppów.